...

 


 


Odrobina Orientu i nie tylko czyli 3 tygodnie na statku

51 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017
Odrobina Orientu i nie tylko czyli 3 tygodnie na statku

Na zimowe wieczory dla zainteresowanych mała zaległa relacja…

Mam nadzieję, że nie okaże się przydługawa ani szczególnie nudna. Chociaż z drugiej strony będzie obejmowała ponad 3 tygodnie czyli całkiem sporo czasu.

Ponieważ w niektórych z opisywanych miejsc miałem okazję już być, wykorzystam częściowo jakieś zdjęcia z poprzednich wizyt jeśli w mojej ocenie były lepsze od obecnych albo jeśli dzięki nim relacja będzie bardziej kompleksowa. Piszę o tym z góry, aby wyjaśnić np. ewentualne drastyczne różnice w pogodzie na różnych zdjęciach z tego samego miejsca:-).

Ale do rzeczy:

Przedmiotem relacji będzie spora jeśli chodzi o czas trwania wyprawa statkiem wycieczkowym. Punktem startu jest Savona w północnych Włoszech, trasa kończy się w Dubaju. Pełna trasa wraz z mapką wygląda następująco:

Rejs odbywał się na statku Costa Mediterranea należącego do włoskiego armatora Costa Crociere. Statek pływa od 2003 roku, w standardowy rejs zabiera około 2100 pasażerów oraz nieco ponad 900 członków załogi. Od kilku lat od wiosny do jesieni pływa przede wszystkim w Europie (głównie Morze Śródziemne ale zdarza się również Bałtyk lub Fiordy Norweskie) a na zimę zwykle jest „delegowany” na Bliski Wschód. Wówczas jego portem bazowym staje się Dubaj.

W ramach jak to nazywają organizatorzy rejsów „repozycji” raz w roku statek płynie z Europy do Dubaju a drugi raz w przeciwnym kierunku. Ja właśnie korzystam z pierwszej z tych możliwości. Nie będę ukrywał, że chciałem „zaliczyć” tę trasę od dłuższego czasu pomimo, że sporą część miejsc, które odwiedzimy po drodze miałem okazję już wcześniej widzieć. Trasa ma zresztą w planie relatywnie dużą liczbę dni na morzu. Z obu tych powodów do tego rejsu podchodzę bardzo relaksacyjnie i bez planowania jakiegoś intensywnego zwiedzania w poszczególnych portach koncentrując się na tym czego jeszcze nie widziałem lub co szczególnie chciałem zobaczyć. W relacji postaram się jednak napisać też o tym, co miałem okazję widzieć wcześniej i co na tej trasie moim zdaniem warto zobaczyć – nawet jeśli tym razem tych punktów nie będzie na mojej trasie. Właśnie tutaj może mi się przydać moje stare archiwum zdjęć.

Rejs zaczął się w Savonie – ładnym mieście położonym w Ligurii w północnych Włoszech, około 180 km od Mediolanu oraz 50km od bardziej znanej Genui.

Na początek dotarłem do Genui - bez większych przygód (nie licząc problemów z dotarciem na lotnisko, z których wybawił mnie Uber) korzystając z tym razem niezawodnego Ryanaira (lot do Bergamo).

Sam transfer z Bergamo do Genui był bardzo prosty i nie warty większego opisu: standardowy autobus z lotniska w Bergamo do stacji kolejowej Milano Centrale skąd dalej pojechałem pociągiem do Genui (bilet kupiony przez stronę Trenitalia z ok. 2-miesięcznym wyprzedzeniem).

Zatrzymałem się w Genui z kilku powodów.

Po pierwsze jest stąd blisko do Savony:-) No i łatwo się do niej dostać (co ok. 30 min. pociąg).

Po drugie nigdy tu nie byłem (nie licząc przesiadek) i chciałem chociaż przelotem zobaczyć miasto (choćby po to, aby się przekonać czy warto tu kiedyś przyjechać na dłużej).

A po trzecie chciałem wykorzystać punkty zgromadzone w ramach programu lojalnościowego Le Club Accor Hotels na nocleg przed rejsem a w Savonie po prostu nie ma hotelu należącego do tej sieci.

W ramach ciekawostek warto wspomnieć, że dla mojej walizki podróż zaczęła się kilka dni wcześniej. Korzystając z jednego z fajniejszych przywilejów w programie lojalnościowym Costy skorzystałem po raz pierwszy z możliwości odbioru bagażu w domu przed rejsem. Trzeba w tym celu tylko zgłosić taką chęć z odpowiednim wyprzedzeniem.

Kilka dni temu przyjechał kurier UPS i zabrał moją (nie ukrywam, że dość ciężką bo nie miałem umiaru w pakowaniu) walizkę:

Opcją śledzenia w serwisie UPS mówiła, że walizka od wtorku przed rejsem czekała już w terminalu UPS ok. 10km od Savony więc była szansa, że dotrze na statek na czas. Dzięki temu mogłem się wybrać w trasę tylko z bagażem podręcznym co nie ukrywam było bardzo miłe Smile

A wracając do mojej podróży: Genua to miasto Krzysztofa Kolumba, na którego zresztą można się natknąć zaraz po wyjściu z dworca kolejowego Genova Piazza Principe:

Zresztą pomnik Kolumba to nie jedyna pamiątka po nim w Genui. A tymczasem sprawnie dotarłem do hotelu i wybrałem się na wieczorne zwiedzanie miasta…ale o tym napiszę w następnej części.

Zapraszam wszystkich zainteresowanych do lektury Smile

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Okazało się, że Genua naprawdę warta jest zobaczenia:-)

Mimo tego, że moja wizyta tutaj od początku miała charakter „techniczny” to muszę przyznać, że zrobiło na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie. To całkiem spore (ok. 600 tys. mieszkańców) miasto ma niewątpliwie swój klimat a miłośnicy pięknej architektury na pewno znajdą tutaj coś dla siebie.

Dziełem sztuki jest już sam dworzec kolejowy Genova Piazza Principre:

Jak pisałem w poprzednim poście od Genui dotarłem w sumie dość późno, około 18 i samo miasto miałem okazję zobaczyć już tylko „wieczorową porą”.

Pomimo niedoskonałości poniższych fotek, uczciwie muszę przyznać, że miasto ma w sobie „coś” co absolutnie zasługuje na to, aby je odwiedzić na dłużej przy okazji kolejnego wyjazdu.

Stare miasto w Genui to nieprawdopodobne skupisko budynków, którym przypisano nazwę „Palazzo”. I o ile zazwyczaj określenie „pałac” jest czymś pretensjonalnym lub co najmniej mocno przesadzonym, o tyle w tym miejscu muszę przyznać, że tutaj w zdecydowanej większości przypadków nie było to nadużyciem. Nieomal w każdym zaułku kryje się jakieś cudo architektury. I skoro dostrzega to ktoś kto nie jest znawcą - przeciętny profan, można łatwo się domyślić jak potraktowałby to ktoś bardziej świadomy.

Warto podkreślić, że pomimo, że było już po 20-ej dziedzińce większości budynków były dostępne – można było (a warto) wejść i zobaczyć jak się prezentują w wieczornej scenerii – zazwyczaj dodatkowo podświetlone.

Przykładowo dziedziniec Palazzo Doria-Tursi, w którym urzęduje magistrat Genui prezentuje się tak:

Szkoda, że nie dało mi było zobaczyć więcej niż można zobaczyć wchodząc do bramy i na dziedziniec ale nie da się ukryć, że nawet wieczorem zrobiło to nieprawdopodobne wrażenie.

Położony z kolei obok Palazzo Lecardi-Parodi z XVI wieku (co ciekawe należący do dziś do tej samej rodziny) może się pochwalić pięknymi freskami widocznymi już z ulicy:

Centralnym punktem miasta jest Piazza de Ferrari - nazwa jest zresztą łatwa do zapamiętania:-) . Plac ma dość nieregularny kształt – prawie w centrum znajduje się urokliwa fontanna a nieco z boku Opera Carlo Felice, przed którą stoi pomnik Garibaldiego.

Zresztą wszystkie budynki wokół placu prezentują się bardzo dostojnie.

Przechodząc via Dante w bliskiej odległości od Piazza de Ferrari można zobaczyć dom Krzysztofa Kolumba (a w zasadzie to co z niego pozostało):

Praktycznie nad Domem Kolumba wznoszą się z kolei dwie majestatyczne baszty wchodzące w skład Porta Soprana – jednej ze średniowiecznej bram do miasta. Ciekawe są również dlatego, że mają one inny kształt z obu stron.

Po przejściu przez Porta Soprano można zapuścić się w wąskie-typowe dla średniowiecznego włoskiego miasta uliczki, które co jakiś czas łączą się w mniejsze i większe place i placyki. Czasami wyrastają przy nich piękne kamienice i pałace – niestety wiele z nich nie jest podświetlona w związku z czym na ich podziwianie trzeba się wybrać w ciągu dnia.

Naprawdę duże wrażenie robi położona w tej części miasta Katedra - Cattedrale di San Lorenzo:

Na uwagę zasługuje również położony w sąsiedztwie Porto Antico (pozostałości po starożytnym porcie – aktualnie pełni raczej głównie funkcje kulturalno-rozrywkowa) Palazzo san Giorgio z XIII wieku:

W drodze powrotnej do hotelu miałem okazję jeszcze zobaczyć zrekonstruowany galeon “Neptuno”, który można było zobaczyć w kilku filmach (m.in. u Romana Polańskiego). Niestety jest on zupełnie niepodświetlony i gdybym o nim nie wiedział to mógłbym go nawet nie zauważyć ze względu na zasłaniające go nieco od strony ulicy palmy. Zdjęcie nie jest doskonałe (wykonane w trybie nocnym) ale lepsze takie niż żadne:

Podsumowując: pomysł zatrzymania się „po drodze” w Genui był bardzo dobry. Miasto ma niewątpliwie ciekawy klimat a liczba dostępnych atrakcji powinna bez problemu wystarczyć na 2 dni zwiedzania a po włączeniu tego co można zobaczyć w okolicy (np. Portofino) można się tu spokojnie wybrać na jakiś wydłużony weekend.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Noc minęła bardzo szybko. Rano wymeldowałem się z hotelu i wyruszyłem na dworzec w Genui, skąd pociągiem podmiejskim pojechałem się do Savony. Wszystko przebiegło sprawnie i bezproblemowo.

Port w Savonie położony jest w odległości ok. 2-3km od dworca kolejowego. Można się tam dostać autobusem miejskim (nie bezpośrednio ale blisko), autobusem Costy (jeździ wg jakiegoś rozkładu) oraz oczywiście na piechotę. Ja wybrałem tę ostatnią opcję.

Już zbliżając się do portu zaczęły wyłaniać się charakterystyczne żółte kominy wystające ponad przyportowe kamienice:

Port oraz terminal pasażerski w Savonie należą do Costy i praktycznie jest to ich „prywatny” port. Bardzo rzadko są stąd odprawiane statki innych przewoźników – również dlatego, że praktycznie codziennie przypływają tu/odpływają statki Costy – od jednego do trzech w tym samym dniu i dla innych zwyczajnie byłoby trudno o „slot”:-)

Po kontroli dokumentów wszedłem na teren portu i miałem okazję zrobić pierwsze zdjęcie statku, na którym przyjdzie mi spędzić kolejne 3 tygodnie:

Akurat w porcie oprócz naszego statku była również obecna Costa Favolosa. Ten statek również zaczynał rejs repozycyjny – ale do Ameryki Południowej. Portem docelowym w jego przypadku był port w Santos niedaleko Sao Paulo (rejs potrwa mniej więcej tyle samo dni co nasz).

Terminal Costy w Savonie składa się z dwóch budynków połączonych przeszklonym rękawem. Zorganizowany jest podobnie jak lotnisko (dolna kondygnacja-obsługa przyjazdów, górna – wyjazdów). A tak terminal wygląda z góry (zdjęcie ze statku):

W środku wszystko odbywa się bardzo sprawnie. Pomimo, że jednocześnie była prowadzona odprawa na dwa statki dla łącznie ponad 5000 pasażerów, nie było widać jakichś nadmiernych tłumów:

Gdy dotarłem do terminala (tuż po 12) okazało się, że wejście na mój statek jest już możliwe. Wchodząc do terminala każdy otrzymuje numerek określający grupę, w której będzie się wchodziło na statek, aby wszyscy nie tłoczyli się przy „bramce” tylko podchodzili w miarę wywoływania numeru danej grupy. Z racji posiadanego statusu otrzymałem numerek „1” i mogłem skorzystać z przejścia priorytetowego. W praktyce wszystkie czynności związane z wejściem na statek, w tym kontrola dokumentów, odprawa paszportowa, kontrola bezpieczeństwa, wykonanie zdjęcia (wyświetla się ono później na terminalach przenośnych przy zejściu/wejściu na statek po zeskanowaniu karty pokładowej) itd. zajęły w sumie niecałe 15 minut.

Wejście na statek odbywa się z wykorzystaniem pomostu-rękawa:

Ze względu na trasę tym razem zabrano wszystkim paszporty. Zapewne będziemy je dostawać z powrotem przed wejściem do niektórych portów (przypuszczam, że np. w Ejlacie) a samo ich stemplowanie (o ile ktoś będzie chciał je stemplować) będzie się raczej odbywało bez naszego udziału.

Przy rękawie można było szybko zapoznać się z podstawowymi parametrami statku:

Po wejściu udałem się do kabiny zostawić swoje rzeczy i przywitać ze stewardem. Pomimo, że rezerwowałem kabinę wewnętrzną Costa przyznała mi upgrade do kabiny z balkonem, co nie ukrywam jest miłe biorąc pod uwagę długość rejsu. Pierwsze wrażenia kabina zrobiła jak najbardziej pozytywne:

Z kolei przy oddawaniu paszportów okazało się, że w recepcji pracuje Polka a wśród pasażerów będzie kilku Polaków (plus zapewnie iluś z obcymi paszportami). W kabinie zresztą czekała na mnie nietypowa niespodzianka – informacja po polsku:

Jak dla mnie to pierwszy przypadek, kiedy otrzymałem jakąś informację na statku po polsku – pomimo, że mam już zaliczone sporo rejsów. Miłe:-)

W ramach różnych listów powitalnych, programów dnia, zaproszeń itp. był również inny oryginalny list zawierające informacje o sposobie postępowania w przypadku, gdyby na statek napadali piraci…

Faktycznie akwen przy wyjściu z Morza Czerwonego wzdłuż wybrzeży Jemenu ma złą sławę i to chyba z tym ma związek. Ale to dopiero za ponad tydzień.

Tymczasem idę się integrować z poznanymi pasażerami. Poza tym wkrótce będzie obowiązkowe szkolenie na wypadek alarmu szalupowego (każdy musi się na nim stawić z własną kamizelką ratunkową z kabiny).

Więcej zdjęć ze statku wrzucę w następnym poście.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Jeszcze kilka słów na temat statku. Jeśli chodzi o design to Costa Mediterranea utrzymana jest w typowym dla Costy stylu miejscami wpadającymi w kicz. Atrium i jego okolice jak dla mnie są gwałtem na oczach…ale jak mawiali starożytni „de gustibus…” Smile

Atrium jest o tyle istotne, że jest to skrzyżowanie tras na dwóch pokładach, na których skupione są funkcje rozrywkowo-gastronomiczne.

Patrząc na statek bardziej ogólnie i porównując go z innymi (tak Costy jak innych armatorów, z którymi miałem okazję pływać) to Costa ani nie odkryła tutaj jakiejś Ameryki ani niczym szczególnym nie zaskakuje. Układ jest tradycyjny – najwyższe pokłady to baseny i miejsca do opalania, relaksu oraz uprawiania sportu (oraz oczywiście towarzyszące im bary, które są na statku dosłownie na każdym kroku-jeśli dobrze liczyłem to w sumie na całym statku jest ich 15) a tuż pod nimi/obok nich zajmujący pół pokładu bufet samoobsługowy. Poniżej znajduje się kilka pokładów, pełniących (z małymi wyjątkami) praktycznie wyłącznie funkcje hotelowe. Jeszcze niżej – na pokładach 2-3 oraz częściowo 1-ym zlokalizowany jest teatr oraz dwie restauracje główne a także miejsca, w których toczy się życie wieczorno-nocne czyli kolejne bary, kasyno, dyskoteka oraz różnego rodzaju punkty usługowe (np. foto, recepcja, biuro wycieczek, stanowiska dla pilotów większych grup turystycznych , biuro Costa Clubu oraz konsultantek sprzedających przyszłe rejsy itd.). Tu również zlokalizowana jest galeria sklepów.

Najniżej (jeśli chodzi o tę część statku, która jest dostępna dla pasażerów) – na pokładzie 1-ym oraz znajdującym się pod nim pokładzie A (to pierwszy pokład poniżej poziomu wody) znowu znajdują się kabiny dla pasażerów. Niższe pokłady dostępne są wyłącznie dla załogi.

Poniżej załączam kilka zdjęć z poszczególnych sekcji idąc od góry statku.

Na statku znajduje się również mała kaplica, która w zależności od sytuacji dostosowywana jest do potrzeb różnych wyznań.

Tuż przed wyjściem w morze z Savony zaliczyliśmy obowiązkowe szkolenie szalupowe, które miało na celu przekazanie pasażerom informacji gdzie powinni się zebrać w przypadku alarmu, jak zakładać kamizelkę ratunkową (na szkolenie należało przyjść ze swoją kamizelką zabraną z kabiny) oraz jakie procedury obowiązują w sytuacji alarmowej. Costa jest jedynym znanym mi armatorem, który temat ten traktuje niezwykle poważnie (u większości wygląda to podobnie jak w liniach lotniczych w bardziej komfortowych warunkach – tzn. zazwyczaj w jakimś barze/restauracji/loży). No ale zważywszy na tragiczne doświadczenia Costy sprzed nieco ponad 5-u lat nie ma się chyba co dziwić.

A tymczasem dojechała też moja walizka – chociaż miałem trochę strachu ponieważ system monitorowania UPS generował na jej temat od wtorku sprzeczne i nawet trochę niepokojące sygnały. Na szczęście nie musiałem przerabiać tego co kiedyś miała okazję doświadczyć Nelcia…

wiktor
Obrazek użytkownika wiktor
Online
Ostatnio: 37 minut 10 sekund temu
Rejestracja: 03 mar 2016

Greg statek wspaniały , bardzo sie cieszę z twojego kolejnego rejsu. Poprzednie przeczytałem prawie jednym tchem więc o żadnym przynudzaniu nie ma mowy.

Rzecz jasna płynę z tobą Ssun-smilie water  030

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Witaj Wiktor:-) Fajnie mieć stałego załoganta na pokładzie.

A tak na marginesie to Nelcia mnie zmotywowała do nadrobienia zaległości. Jutro wylatuję na Gwadelupę więc postaram się uwinąć przed wyjazdem:-)

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

No i pierwszy nasz postój został zaliczony. Była nim Civitavecchia, której port posiada status „Port of Rome”.

Port w Civitavecchii jest duży i bardzo rozległy. Ze względu na bliskość Rzymu jest też bardzo popularny wśród statków wycieczkowych. Zdarza się, że jednocześnie potrafi tu cumować 8 dużych statków z nawet ponad 20 000 pasażerami łącznie.

W zależności od tego gdzie zacumuje statek do położonej blisko centrum miasta twierdzy Michała Anioła spacer zajmuje około 15 minut. Port zapewnia również bezpłatne shuttle busy, które praktycznie bezpośrednio spod trapu statku zabierają pasażerów na portowy parking. Dawniej przystanek końcowy tych autobusów był położony obok twierdzy Michała Anioła; niestety obecnie przejeżdżają one tylko obok tej twierdzy i wysadzają pasażerów znacznie dalej – na przyportowym parkingu. Stąd na dworzec kolejowy (cel większości osób) można albo podjechać autobusem miejskim (jego przystanek końcowy jest na tym samym parkingu; bilety sprzedawane są w kiosku obok przystanku autobusowego - nie korzystałem z niego tym razem ale ostatnio kosztowały nieco ponad 1 EUR). Można też przejść się spacerkiem ale zajmie to około 20 minut więc jeśli ktoś ma ochotę na spacer to proponuję spacerek sobie zafundować od razu po zejściu ze statku bez korzystania z shuttle busa. Piszę o tym ponieważ być może komuś przyjdzie korzystać z tego portu a sprawa dojazdu do/z statku autobusem jest moim zdaniem ekstremalnie nieoptymalna – to podręcznikowy wręcz przykład jak źle można zorganizować coś, co teoretycznie powinno być ułatwieniem dla pasażerów.

Wspomniana popularność Civitavecchii jako portu dla statków wycieczkowych nie jest zresztą przypadkiem – miasto położone jest około 70 km od Rzymu z bardzo łatwym i relatywnie szybkim dojazdem do Rzymu. Praktycznie co 30 minut odjeżdża stąd pociąg do Wiecznego Miasta; zwykłym pociągiem regionalnym można dostać się tam w niecałą godzinę bezpośrednio na stację Roma San Pietro położoną w odległości kilku minut spaceru od Placu św. Piotra. Pociągi przyspieszone oraz intercity są nieco szybsze.

Jeśli ktoś się zdecyduje na taką wyprawę warto kupić całodniowy bilet aglomeracyjny BIRG (rok temu kosztował 12 EUR; teraz nie weryfikowałem ceny), który umożliwia podróż z Civitavecchii do Rzymu w obie strony oraz dodatkowo korzystanie z całej komunikacji miejskiej w samym Rzymie.

Jeśli mogę coś doradzić to, aby przed wyjazdem do Rzymu policzyć statki wycieczkowe w porcie. Jeśli jest ich więcej niż 3-4 można zakładać, że przy dużej liczbie pasażerów wybierających się do Rzymu, ich powrót skumuluje się w tym samym „okienku czasowym”. W takim przypadku chcąc uniknąć problemów rekomendowałbym wsiadać do pociągu powrotnego wyłącznie na głównym dworcu Roma Termini – pomimo, że logistycznie może nam pasować jakiś inny przystanek (jak wspomniany Roma San Pietro). Wynika to stąd, że w przypadku kiedy pociąg do Civitavecchii jest przepełniony już na Termini, nie zatrzymuje się on w ogóle na żadnym innym przystanku pośrednim w Rzymie i najzwyczajniej w świecie gdzie indziej możemy się na niego „nie załapać”. Warto o tym pamiętać ponieważ statek czeka wyłącznie na pasażerów wycieczek organizowanych ze statku; w przypadku pasażerów indywidualnych w przypadku opóźnienia w powrocie należy liczyć się z tym, że statku nie zastaniemy w porcie…

Ja w Civitavecchii miałem inny plan – chciałem zobaczyć Tarquinie – małe miasteczko położone stosunkowo blisko portu, do którego można się równie łatwo dostać. Można powiedzieć, że o jego istnieniu dowiedziałem się zupełnym przypadkiem podczas poprzedniego pobytu w Civitavecchii i obiecałem sobie, że następnym razem muszę je zobaczyć. No i właśnie nadszedł następny raz:-)

Z Civitavecchii do Tarquini można się dostać albo pociągiem (kursuje rzadko – jeden na 2 godziny, koszt 1,5 EUR) lub niebieskim autobusem regionalnym firmy Cotral (wiele kursów w ciągu dnia, koszt 1,3 EUR). Ta druga opcja jest dużo lepsza również dlatego, że przystanek końcowy autobusu w Tarquini położony jest obok bramy Starego Miasta; przystanek kolejowy jest zaś ponad 2 km dalej.

Z kolei w samej Civitavecchii przystanek autobusowy położony jest naprzeciwko katedry, kilka minut spaceru od fortu Michała Anioła, który jest tak charakterystyczny, że każdy (czy idący ze statku na piechotę czy korzystający ze wspomnianego shuttle busa) musi go zauważyć. W razie wątpliwości o katedrę można zapytać dosłownie każdego. Znajomość włoskiego nie jest potrzebna - na hasło „Katedrale” dostanie się zawsze jakąś odpowiedź na migi:-) Bilety na autobus można kupić w kioskach i sklepikach – nie sprzedaje ich kierowca. Ja o tym nie pomyślałem ale uratowała mnie jakaś starsza pani, która miała kilka biletów na zapas i sprzedała mi jeden.

Podróż autobusem zajęła mi około 20 minut. Co istotne – przystanek końcowy położony jest nie tylko przy wspomnianej już bramie wjazdowej do Starego Miasta ale także obok punktu informacji turystycznej. Od tego punktu polecam wszystkim zacząć wizytę w Tarquini – co najmniej po to, aby zaopatrzyć się w mapkę, która okazała się bardzo pomocna w zwiedzaniu miasta. Muszę przy tym dodać, że Włoszka, która w nim pracuje jest kimś wymarzonym w takim miejscu – na moje pytanie co przede wszystkim warto zobaczyć zapytała mnie o ilość czasu i zarekomendowała całą trasę, która okazała się bardzo interesująca oraz faktycznie idealnie dopasowana do mojego okienka czasowego. Sama z siebie doradziła też, abym sobie od razu kupił bilet na autobus powrotny bo po 13 wszystkie punkty będą zamknięte (sobota). Miłe:-)

Podkreślić należy, że miasto odrobiło lekcję jeśli chodzi o oznaczenie tras turystycznych, opisy miejsc, strzałki wskazujące kierunek itd. Wszystko jest wykonane w sposób niezwykle konsekwentny - mapa idealnie koresponduje z oznaczeniami poszczególnych atrakcji, opisy są co najmniej w dwóch językach (włoski i angielski; w kilku miejscach dodatkowo pojawia się niemiecki) – przyznam szczerze, że może niesłusznie przygotowany na włoski chaos byłem bardzo mile zaskoczony.

Samo miasto jest praktycznie w całości ufortyfikowane, do dziś zachowały się w zdecydowanej większości mury miejskie. Położone jest przy tym na skalistym wzgórzu co w połączeniu z wysokimi murami z pewnością czyniło z niego w średniowieczu trudną do zdobycia twierdzę.

Przechodząc do samego zwiedzania należy wspomnieć, że miasto ma podwójną historię. Pierwsza jej część związana jest z jednym z najważniejszych punktów cywilizacji Etrusków. Etruska osada założona została około IX-VIII w.p.n.e. Miasto to upadło zaś w IV w. p.n.e. wskutek konfliktu z Rzymem. O tej części historii można się dowiedzieć z Muzeum Archeologicznego Tarquini zlokalizowanego w pałacu praktycznie naprzeciw punktu informacyjnego.

Zgromadziło ono jedne z największych dostępnych artefaktów dot. nie tylko historii Tarquini ale również cywilizacji i kultury etruskiej. Ze względu na ograniczenia czasowe zwiedzanie muzeum zostawiłem sobie na następny raz (wcześniej czy później znowu będę w Civitavecchii i chętnie znowu tutaj przyjadę).

Drugim miejscem, w którym można zobaczyć pozostałości z tamtych czasów jest położona poza murami miejskimi Necropoli Etrusca dei Monterozzi czyli po prostu ówczesny cmentarz. Nie jest to jednak cmentarz w naszym rozumieniu lecz położone na rozległym terenie skupisko wydrążonych w skałach pieczar, w których chowano szczątki zmarłych - poddane uprzednio dość skomplikowanej procedurze pogrzebowej zakończonej zazwyczaj kremacją. Z tego powodu z zewnątrz miejsce to wygląda jak zbiór „piwniczek”, które czasami na wsi służą do celów gospodarczych.

Piwniczki te zwane „kasetami” są wytworem mniej lub bardziej współczesnym i mają jedynie za zadanie zabezpieczyć pieczary grobowe przed deszczem.

Pieczary grobowe są wydrążone w skale i mają różne kształty. Ich wspólną cechą są piękne – mniej lub bardziej zachowane malowidła prezentujące sceny z życia ówczesnych mieszkańców, ich postrzeganie życia, zabawy, śmierci oraz różnego rodzaju codziennych czynności.

Warto wspomnieć, że zwiedzając pieczary grobowe trzeba przygotować się na dużą dawkę chodzenia po schodach…

…ale zapewniam, że warto. Poniżej zamieszczam zdjęcia kilku fresków (wszystkie zdjęcia wykonane przez szybę; zwiedzający nie mają bezpośredniego kontaktu z freskami):

O wielkości starożytnej Tarquini świadczy ilość odkrytych grobów w tym miejscu określana na ok. 6000, z czego tylko do ok. 60 jest dostęp, z których ok. 20 udostępniono do zwiedzania. Poszczególnym pieczarom nadano patronów będących badaczami lub ludźmi zasłużonymi dla miasta. Każdej grocie towarzyszy tabliczka opisująca malowidła oraz zawierające informacje o grocie – zdjęcie przykładowej zamieszczam poniżej:

Większość udostępnionych grot pochodzi z V w. p.n.e. Przypuszcza się, że byli w nich chowani przedstawiciele lokalnej arystokracji (indywidualnie lub całe rodziny) – głównie ze względu na to, że tylko ona mogła sobie pozwolić na tak okazałe grobowce.

Zwiedzanie nekropolii jest naprawdę bardzo interesujące, zawiera ona dodatkowo kilka tablic nt. historii tego miejsca, jego odkrycia a także ceremoniału pogrzebowego w tradycji etruskiej. Moim zdaniem jeśli ktoś będzie miał okazję odwiedzić Tarquinie jest to punkt obowiązkowy. Bilet kosztuje 6 EUR, a w wersji łączonej z wejściem do muzeum, o którym wspominałem wcześniej 8 EUR. Cały kompleks wpisany jest na listę dziedzictwa UNESCO.

Druga część historii miasta związana jest już z okresem średniowiecznym. Z tamtego okresu pochodzą właśnie fortyfikację oraz nieźle zachowana/odrestaurowana zabudowa.

Na uwagę zasługują tutaj liczne kościoły, z których część do dziś zachowała mniej lub bardziej romańską formę ale zobaczyć można też budowle gotyckie i barokowe. Najczęstszy jest jednak mix różnych form wynikający z przeróbek i renowacji realizowanych w różnych okresach. Najstarszy zachowany (Chiesa di San Martino) pochodzi z XI wieku:

Uczciwie przy tym trzeba przyznać, że kościołami z XI-XIII wieku w Tarquini możnaby obdarować co najmniej 10 miast. Z prawie każdym z nich wiąże się jakaś historia (w wielu przypadkach bardzo ciekawa) opisana na wystawionych przed nimi tablicach informacyjnych. Można się z nich dowiedzieć np. o skutkach krótkich rządów Napoleona, który nakazał zamknięcie części kościołów, trzęsieniach ziemi, które mocno nadszarpnęły tkankę miejską w różnych okresach a także mniej lub bardziej oryginalnych pomysłach niektórych budowniczych lub fundatorów.

Poniżej zamieszczam fotki wybranych spośród nich:

Ogólne wrażenia uzupełnia panorama miasta (zdjęcia wykonane z wieży im. Matyldy z Canossy):

Na uwagę zasługują liczne wieże (lub ich pozostałości) – przypominają trochę panoramę średniowiecznej Bolonii ze starych rycin, gdzie było ich chyba nawet kilkaset. W Bolonii zostało ich niewiele (w tym dwie znane); tutaj nie budzą one większego zainteresowania.

Uroku Tarquini dopełnia piękny ratusz miejski w centrum miasta oraz malownicze uliczki.

W sumie w Tarquini spędziłem dobrych kilka godzin i uważam, że był to świetnie spędzony czas. Mogę spokojnie zarekomendować to miejsce każdemu kogo interesują podobne jak opisane powyżej klimaty – tym bardziej, że jest ono bardzo dobrze przygotowane do obsługi turystów.

Czas mijał a zmęczenie zaczęło się już jednak dawać we znaki i powoli trzeba było wracać do Civitavecchii.

Po powrocie na statek w pokoju czekał na mnie mały gift z Costa Clubu:

Kolejny dzień spędzamy na morzu, będzie zatem okazja na odrobinę relaksu. Na pogodę nie można narzekać (co ciekawe – w nocy, gdy jesteśmy na morzu jest cieplej niż dzień – poprzedniego dnia w nocy było 19-20 stopni, w dzień 16) a teoretycznie im dalej tym powinno być cieplej. W trakcie dnia na morzu zaplanowana jest także izraelska kontrola imigracyjna – widocznie w Civitavecchii na statek wsiadła ekipa izraelskich policjantów.

W osobnym poscie napiszę jeszcze kilka informacji o samej Civitavecchii, w której jest również kilka ciekawych i wartych zobaczenia miejsc, a która to ze względu na bliskość bardziej przyciągającego wszystkich Rzymu raczej nie cieszy się jakimś zauważalnym zainteresowaniem turystów.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Korzystając, że przepływaliśmy przez Cieśninę Mesyńską fotka z tego miejsca – widać na niej również prom łączący Sycylię ze stałym lądem:

A to widok na Regio di Calabria – na jednym z końców włoskiego „buta”:

Nieco wcześniej minęliśmy wyspę Stromboli na Morzu Tyrreńskim, na która składa się w zasadzie tylko wulkan o tej samej nazwie. Jest to jeden z trzech aktywnych wulkanów we Włoszech. Stożek jest wysoki na prawie 1000 metrów, wulkan często dymi (tym razem był miły biały „dymek” ale z racji mgły załączam zdjęcie z poprzedniej mojej wizyty w okolicy). Ostatnia poważna erupcja miała miejsce w 2009 roku. Pomimo tego na wyspie mieszka kilkaset osób.

Z ciekawostek mogę jeszcze dodać, że zaliczyłem izraelską kontrolę imigracyjną. Miała ona iście teatralny charakter…po pierwsze dlatego, że odbywała się w teatrze, na scenie którego rozstawiono stoliki dla izraelskich urzędników imigracyjnych:

Przed podejściem do stolików dostawało się z powrotem paszport, następnie podchodziło do znudzonego urzędnika, który ledwo na niego spojrzał, powiedział po polsku „dziękuję” i oddał paszport oraz przybił stempel na przygotowanym już wcześniej kwitku „visit permit”:

Wniosek z tego taki, że w paszporcie stempla izraelskiego miał nie będę:-) I wcale z tego powodu nie narzekam – mogłyby z tego być kiedyś jakieś problemy w niektórych krajach.

Całość trwała 15 sekund. Zero pytań. Po zejściu ze sceny wszystkim z powrotem zabierano paszporty, na ląd w Eljacie będzie się schodziło już tylko z kwitkiem i ksero paszportu, które jak zapowiedziano mają nam zostać dostarczone do kabin. Prosto, szybko i przyjemnie.

Takie „przedstawienia” zaliczyłem na statkach już wcześniej kilka razy – m.in. przed wpłynięciem do któregokolwiek z portów brytyjskich, Gibraltaru czy Indii.

Izraelska kontrola była dość wcześnie – jesteśmy tam dopiero za kilka dni ale widać logistycznie łatwiej było zaokrętować ich urzędników imigracyjnych we Włoszech i wysadzić w Grecji niż później.

W ramach atrakcji w południe przy basenach bufet przygotował „Sangria&Paella Party” – oprócz wymienionych w nazwie pozycji można było tradycyjnie podziwiać małe dzieła sztuki wykonane z warzyw i owoców:

A tymczasem płyniemy dalej…

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Jeszcze kilka słów na temat Civitavecchii, którą odwiedziliśmy kolejnego dnia.

Ze względu na to, że większość pasażerów zazwyczaj prosto ze statku jedzie do Rzymu, nie widać tam jakichś wielkich tłumów turystów – chyba że w drodze z/na statek.

Tymczasem miasto to (jak zresztą wiele miast we Włoszech) ma bardzo długą i ciekawą historię. Pierwsza osada w tym miejscu pochodziła jeszcze z czasów etruskich (podobnie jak pobliska Tarquinia, o której pisałem wcześniej) – jednakże po niej praktycznie nic nie zostało.

Z kolei pierwszy port w Civitavecchii został zbudowany za panowania cesarza Trajana (II w. n.e.) ale ówczesne miasto zostało praktycznie całkowicie zniszczone jak mówią miejscowi „przez saracenów” czyli najeźdźców arabskich w IX wieku i ponownie odbudowane pod koniec tego samego wieku.

Aktualnie miasto liczy ok. 50 000 mieszkańców. Należy do najważniejszych portów obsługujących statki wycieczkowe we Włoszech, w którym wiele linii w ogóle rozpoczyna swoje rejsy.

Pierwszą budowlą, która rzuca się w oczy każdemu pasażerowi przypływającemu do portu i udającego się do miasta jest Fort Michała Anioła.

Jest to spora i dość masywna budowla, posiadająca centralną wieżę oraz 4 bastiony dedykowane czterem świętym oraz system sekretnych przejść umożliwiających opuszczenie fortu w przypadku oblężenia. Początki fortu datowane są na pierwsze lata XV wieku, kiedy miasto miało problemy z piratami – został on zbudowany do ochrony właśnie przed nimi. Obecną formę przybrał z inicjatywny kard. Giuliano della Rovere (późniejszego papieża Juliusza II) na początku XVI wieku. Prace nad budową fortu były nadzorowane przez Bramantego aż do jego śmierci. Tradycja mówi, że główna wieża fortu została zaprojektowana przez Michała Anioła, od którego przyjął on później nazwę – trudno jednak o jej potwierdzenie w dokumentach ponieważ się one nie zachowały. Według przekazów fort był odwiedzany również przez Leonarda da Vinci – znanego nie tylko z coraz droższych obrazów ale również zajmującego się projektowaniem i budową fortyfikacji.

Niestety Fort Michaleangelo nie jest dostępny dla turystów do zwiedzania – można co najwyżej go obejść i przeczytać kilka tablic informacyjnych. Wewnątrz mieści się kapitanat portu, częściowo zajmuje go również wojsko.

W okolicach fortu można podziwiać również pozostałości dawnych fortyfikacji miejskich. Zostały one zachowane wyłącznie we fragmentach – głównie w okolicy portu. Jednym z lepiej zachowanych ich fragmentów jest monumentalna brama „Porta Livorno”:

Od Fortu Michała Anioła w stronę niewątpliwie najpopularniejszego miejsca wśród pasażerów statków wycieczkowych czyli stacji kolejowej prowadzi promenada biegnąca brzegiem morza:

W Civitavecchii jest również kilka interesujących kościołów.

Głównym kościołem miejskim jest katedra pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu wybudowana w miejscu pierwszego kościoła w Civitavecchii, który powstał w XVI wieku:

Z kolei spacerując promenadą w okolicach fortu Michała Anioła można zobaczyć pochodzący z początku XVIII wieku kościół św. Antoniego Opata.

Warto również wspomnieć kościół świętych męczenników z Japonii, przed którym stoi posąg św. Franciszka z Asyżu. Budowę kościoła zakończono stosunkowo niedawno (jak na Włochy to pewnie trudno go traktować jako zabytek) bo w 1872 roku jednak został on bardzo poważnie zniszczony w wyniku bombardowania w czasie wojny. Po wojnie w ramach odbudowy kościoła przebywający w tym czasie we Włoszech japoński malarz Luca Hasegawa chcąc uczcić śmierć 26 męczenników-jezuitów, którzy wyjechali na misję z Włoch do Japonii pod koniec 16 wieku i tam ponieśli śmierć przyozdobił go we freski.

Civitavecchia jest nie tylko portem dla statków wycieczkowych – to również duży port przemysłowy a także rybacki. W okolicach fortu Michała Anioła można zobaczyć liczne kutry rybackie wracające lub wypływające na połów, rozładowujące swój „urobek” a także przy których prowadzone są proste prace remontowe.

W bezpośrednim sąsiedztwie łodzi pod specjalnym zadaszeniem można również zobaczyć prace przy przygotowywaniu oraz reparacji sieci rybackich:

Być może w porównaniu do Rzymu czy opisywanej przeze mnie wcześniej Tarquini, Civitavecchia nie prezentuje się szczególnie wyjątkowo ale uczciwie trzeba powiedzieć, że to „wina” jej lokalizacji. W miejscu, w którym się znajduje będzie prawdopodobnie już zawsze pozostawała w cieniu przede wszystkim Rzymu; nie jest jednakże prawdą, że miasto to nie ma nic do zaprezentowania i nie ma w nim nic ciekawego do zobaczenia.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Drugi stop podczas naszego rejsu to Katakolon – malutka miejscowość położona w Grecji. W zasadzie jedynym powodem, dla którego zatrzymują się tutaj statki wycieczkowe są położone w odległości ok. 20km od portu pozostałości po starożytnej Olimpii.

Ale zanim dotarliśmy do Katakolon zaliczyliśmy w bonusie „extra” atrakcję w środku nocy. Około 2-ej obudził mnie (i pewnie co najmniej połowę pozostałych pasażerów) nieprawdopodobny huk. Okazało się, że w statek uderzył piorun. Gdy już się obudziłem, ze swojego balkonu miałem okazję obserwować bardzo dziwną burzę z piorunami: morze spokojne, praktycznie zero wiatru, deszcz prawie nie pada a naokoło biją pioruny przy czym gdy uderzają w morze nie towarzyszy im praktycznie w ogóle huk. Trudno to sfotografować ale zjawisko arcyciekawe. Pooglądałem i poszedłem z powrotem spać – tym bardziej, że tej nocy dostosowywaliśmy się do greckiego czasu czyli przesuwaliśmy zegarki o godzinę do przodu więc noc była „krótsza”. Jak się okazało rano, po uderzeniu pioruna nie było nawet śladu a poza tym to „nic nadzwyczajnego” i zdarza się od czasu do czasu:-)

Sam Katakolon to mała miejscowość licząca co najwyżej kilkuset mieszkańców i kilka uliczek. Trudno ją znaleźć nawet w google maps – trzeba tam szukać albo starożytnej Olimpii albo położonego w pobliżu miasta Pyrgos (Pirgos). Główna oferta Katakolon sprowadza się do sklepów i barów oraz niewielkiej plaży położonej w pobliżu portu. Wszystko jest tak kompaktowe jak tylko sobie można wyobrazić – bez większego zmęczenia można całą miejscowość przejść wzdłuż i wszerz w przysłowiowe pół godziny. Tak Katakolon wygląda ze statku:

A tak wygląda ze wzgórza widocznego na poprzednim zdjęciu:

W Katakolon pojawiła się też okazja zrobić pierwsze zdjęcie samego statku po wypłynięciu z Savony:

Okolice Katakolon prezentuje poniższa mapka. Jak widać sama miejscowość położona jest u podstawy niewielkiego półwyspu (ale o tym nieco dalej):

W okolicy portu oprócz oferty gastronomiczno-handlowej niewiele jest do zobaczenia – z wyjątkiem małej cerkwi prawosławnej pod wezwaniem św. Mikołaja:

Można tutaj również odwiedzić lokalne Muzeum Starożytnej Greckiej Techniki:

Pomimo, że nieliczne – uliczki w Katakolon przypominają ulice typowych miejscowości turystycznych:

Oczywiście główną atrakcją jest położona w okolicy starożytna Olimpia. I to właśnie zainteresowanie historią oraz olimpijskie tradycje sprawiają, że miejscowość przyciąga tutaj co roku dziesiątki statków wycieczkowych oraz masę turystów. I chociaż ja tym razem postawiłem na leniwe spędzanie dnia i odpuściłem sobie wizytę w starożytnej Olimpii, napiszę poniżej kilka słów co ma do zaoferowania to miejsce.

Z Katakolon można się dostać do Olimpii na kilka sposobów, z których najprostszy (poza skorzystaniem z wycieczki ze statku) to zakup biletu na jeden z licznych lokalnych autobusów jadących do Olimpii, który po 2-3 godzinach zabiera swoich pasażerów z powrotem. Ten czas powinien wystarczyć na średnio dociekliwe samodzielne poznanie miejsca; jeśli ktoś chce zostać dłużej może ustalić z przewoźnikiem, że wróci do Katakolon jednym z kolejnych autobusów. Tego typu przejazd w dwie strony kosztuje ok. 10-15 EUR. Miejscowi przewoźnicy w tym miejscu są na tyle dużą konkurencją dla operatorów statków wycieczkowych, że te ostatnie sam transfer do Olimpii (bez przewodnika i biletów wstępu na teren odkrywki i do muzeum) zaczęły sprzedawać w podobnej cenie (na naszym rejsie za 15 EUR). Jak widać w tym miejscu niewidzialna ręka rynku zadziałała perfekcyjnie:-) Zresztą trzeba przyznać, że przedsiębiorczość greckich biur turystycznych potrafi naprawdę zaskoczyć. Tym razem po raz pierwszy w porcie w Katakolon spotkałem się z agentami sprzedającymi niezależne od statku wycieczki w kolejnym porcie, do którego zawinie statek czyli w Atenach. Przy moich poprzednich pobytach tutaj takich ofert jeszcze nie było:-)

Jeśli chodzi o starożytną Olimpię to niektórzy nazywają ją „gruzowiskiem” i coś w tym jest. Warto jednak zainteresować się nieco historią tego miejsca. Wszyscy kojarzą ją jako kolebkę igrzysk olimpijskich jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że osada ta istniała bardzo długo – powstała przed X w. p.n.e. Pierwotnie było to miejsce kultu religijnego dedykowanego Zeusowi, w którym w którymś momencie rozpoczęto organizowanie najbardziej znanych w całej starożytnej Grecji igrzysk, które przyjęły nazwę olimpijskich. Ostatnie igrzyska odbyły się tutaj w IV w n.e. Później zostały zakazane przez cesarza, który uznał je za obyczaj pogański i niegodny kontynuowania. Niewiele później władca nakazał zresztą zburzenie Olimpii – zniszczona została wówczas największa świątynia Zeusa. Reszty dokonały późniejsze trzęsienia ziemi oraz powodzie, które zalały teren a osady przyniesione przez rzeki zasłoniły pozostałości Olimpii około 7-o metrowym mułem. Miasto zostało całkowicie opuszczone i zapomniane aż do XVIII wieku, kiedy ponownie je odkryto. A kolejne igrzyska olimpijskie odbyły się dopiero w 1896 roku w Atenach.

Po zakupie biletu (zdecydowanie polecam bilet łączony z muzeum) i przejściu przez gaj oliwny wchodzimy na teren starożytnego miasta. Już pierwsze widoki oddają klimat miejsca:

Spacerując pomiędzy poszczególnymi sekcjami odkrywki zdecydowanie warto posługiwać się mapką otrzymaną przy zakupie biletu – bez niej trudno zidentyfikować przeznaczenie większości miejsc ponieważ z nielicznymi wyjątkami wyglądają podobnie. Ścieżka prowadzi praktycznie cały czas między ruinami:

Jednym z niewielu obiektów, z których coś pozostało jest świątynia Filipa Macedońskiego - spośród jej kilkunastu kolumn pozostały tylko trzy:

W tle za tą świątynią widać charakterystyczną kolumnę będącą częścią świątyni Hery. Miejsce to wykorzystywane jest do dziś jako to, w którym zapalany jest znicz olimpijski przenoszony następnie w sztafecie do miejsca organizacji kolejnych igrzysk.

Z kolei to, że poniższe zdjęcie przedstawia coś co kiedyś było świątynią Zeusa trzeba po prostu wiedzieć i przyjąć na wiarę:

Choć trudno dzisiaj w to uwierzyć, według nie budzących większych wątpliwości przekazów historycznych, w świątyni Zeusa był zlokalizowany zaliczany do 7-u cudów świata posąg tego boga wykonany ze złota o wysokości ponad 12 metrów (za czasów cesarza Konstantyna został on zdemontowany i przewieziony do Konstantynopola po czym słuch po nim zaginął – prawdopodobnie został wykorzystany do wyrobu monet lub wystroju świątyń chrześcijańskich).

Starożytna Olimpia była sporym kompleksem – obejmowała nie tylko liczne świątynie czy miejsca, które były arenami zmagań sportowców ale również całe zaplecze – sale do ćwiczeń, miejsca zamieszkania a także skarbce, w których przechowywano kosztowności. Poniższe zdjęcie prezentuje pozostałości po pomieszczeniach dla zawodników, które w przeszłości były wykorzystywane również do rozgrywania niektórych dyscyplin oraz do ćwiczeń przed samą olimpiadą:

Bardzo ważną część starożytnej Olimpii stanowił stadion olimpijski w charakterystycznym kształcie, do którego prowadziło wąskie przejście:

Istotnym uzupełnieniem odkrywki jest przylegające do niej Muzeum Archeologiczne, które gromadzi artefakty wydobyte na stanowiskach archeologicznych na terenie Olimpii (prace archeologiczne są zresztą cały czas kontynuowane).

Można w nim między innymi zobaczyć odtworzoną makietę miasta obrazującą jak było ono rozległe oraz ile różnego rodzaju obiektów zawierało:

W muzeum udało się również skompletować i częściowo odtworzyć fragmenty frontonów świątyń, elementów elewacji a także posągów zdobiących świątynie:

Tyle na temat starożytnej Olimpii – zainteresowanym zdecydowanie polecam wizytę.

Jak wspominałem ja tym razem odpuściłem sobie wizytę w Olimpii lecz wybrałem się na spacerek na przeciwną stronę półwyspu, na którym leży Katakolon. Nie jest to jakaś szczególnie wyczerpująca ani czasochłonna wyprawa a odległości są relatywnie niewielkie. Po niespełna 30 minutowym spacerze przez bezludną okolicę można podziwiać nieprawdopodobnie urokliwe wybrzeże:

Droga do tego miejsca prowadzi obok licznych upraw oliwek – mniej lub bardziej zadbanych:

Jak już jestem przy przedstawianiu okoliczności przyrody nie sposób nie wspomnieć o rosnących na każdym dosłownie kroku drzewach mandarynkowych i cytrynowych z dojrzewającymi właśnie owocami:

Z kolei w drodze na drugą stronę półwyspu natknąłem się na bardzo rozległe krzewy z jagodo-podobnymi miękkimi owocami wielkości średnich truskawek o pięknym wyglądzie i zapachu:

Trudno mi powiedzieć jak smakują - nie zdecydowałem się skosztować. Teraz nie wiem czy to dobrze czy źle:-) Z pewnością Katakolon oraz starożytna Olimpia jest miejscem interesującym i wartym odwiedzenia dla miłośników historii – w szczególności kultury antycznej. Można też pospacerować po najbliższych okolicach – a dla tych, których to nie pociąga zawsze pozostaje możliwość oddania się błogiemu lenistwu lub niezdrowej konsumpcji:-)

Po powrocie na statek trafiłem jeszcze na bardzo ciekawą prezentację o historii Kanału Sueskiego:

Był to wstęp do tego co nas czeka za kilka dni.

Po południu wypłynęliśmy do Aten. Prognoza pogody jest trochę nieciekawa – tylko 12 stopni i przelotny deszcz w co trudno uwierzyć (w nocy jak dotąd praktycznie zawsze powyżej 20 stopni) ale miejmy nadzieję, że się nie sprawdzi…

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 4 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Kolejny postój naszego rejsu miał miejsce w jednej z kolebek kultury antycznej czyli w Atenach. Statek zatrzymał się w porcie Pireus (Grecy wymawiają tę nazwę jako „Pireas” lub "Pirews"), który stanowi miasto sąsiadujące z Atenami. Jest to jeden z największych (o ile w ogóle nie największy) port w basenie Morza Śródziemnego o olbrzymim znaczeniu komunikacyjnym dla Grecji ze względu na fakt, że pozwala on utrzymać łączność kontynentalnej części tego Państwa z licznymi greckimi (i nie tylko) wyspami.

Prognoza pogody sprawdziła się na szczęście nie do końca. Było 15-16 stopni i parę razy krótko pokropiło ale w sumie nic poważnego. Poza tym co chwilę wychodziło słońce więc ogólnie było cieplutko i miło.

Z portu do centrum Aten można się dostać na kilka sposobów. W sezonie turystycznym (od maja do września) kursuje ekspresowa linia autobusowa X80, która praktycznie bez zatrzymywania się po drodze umożliwia w miarę szybkie dotarcie do podnóża Akropolu oraz na centralny plac miasta – Syntagmę. Poza sezonem pozostaje zielona linia metra, którą można dostać się z końcowej stacji Pireus bezpośrednio do stacji Monastiraki położonej w centrum najstarszej dzielnicy Aten – Plaki, w okolicy której zlokalizowana jest duża liczba zabytków (w tym Akropol) oraz z której jest stosunkowo blisko również do Syntagmy. Niestety stacja metra w Pireusie nie jest położona bezpośrednio przy porcie. Trzeba do niej podejść (ok. 2 km) lub podjechać jednym z licznych autobusów (np. 827, 828, 831, 843, 859...).

Ja podczas tego pobytu w Atenach miałem w planie odwiedzić trzy ateńskie wzgórza a także stadion panatenajski. Kolejność była następująca: najpierw wzgórze Likavitos skąd przeszedłem do stadionu panatenajskiego Kallimarmaro. Kolejnym punktem było wzgórze Filopapposa a na koniec Aeropag. Stamtąd przeszedłem się po Place i wróciłem do portu.

Aby rano nie tracić czasu, tym razem zamówiłem śniadanie do kabiny. Wypełnia się w tym celu ankietę zaznaczając „krzyżykami” co chcemy dostać i zawiesza wieczorem formularz na drzwiach do kabiny. W ankiecie zakreśla się również okienko czasowe (z dokładnością do 30 minut), kiedy śniadanie powinno być dostarczone. Dzięki temu nie trzeba rano tracić czasu na wizytę w restauracji ani bufecie, czekać na cokolwiek, szukać stolika itd. W dni kiedy statek jest w atrakcyjnych miejscach turystycznych (jak Ateny) restauracje i bary tuż przed wpłynięciem do portu są bardzo zatłoczone i tego typu zabieg pozwala zaoszczędzić trochę czasu. Tak też było tym razem.

Korzystając z zielonej linii metra i zaopatrzony w dzienny biletu na transport miejski w Atenach (4,5 EUR) pojechałem najpierw do stacji Omonia (ok. 20 minut jazdy od Pireusu), skąd udałem się spacerem w kierunku pierwszego mojego celu – wzgórza Likavitos. Po drodze miałem okazję mijać położone w tej okolicy Uniwersytet Ateński oraz Akademię Nauk:

Samo wzgórze Likavitos jest co prawda tylko jednym z wielu ale jednocześnie najwyższym wzniesieniem w Atenach (blisko 300 m n.p.m). Jest też położone najdalej od największych atrakcji Aten, w tym Akropolu. Na górę można się dostać kolejką linową lub na piechotę. Prowadzi tam cały system alejek – początkowo przez lasek iglasty, który stopniowo zmienia się w stosunkowo strome zbocze porośnięte prawie wyłącznie agawami:

Kiedy zobaczyłem agawy i rachityczne łodygi niby-drzewek pomiędzy nimi pomyślałem, że to jakieś osłabione skarlałe drzewa – podobne do tych, które można zobaczyć w wyższych partiach gór. Z bliska okazało się jednak, że są to łodygi kwitnących agaw:

Jest to o tyle ciekawe, że agawa kwitnie tylko jeden raz w swoim życiu po czym usycha ale powstaje przy tym nieprawdopodobnie bogaty kwiatostan liczący nawet kilka tysięcy kwiatów na jednej łodydze. Bardzo żałuję, że nie miałem okazji zobaczyć tego wzgórza w okresie, kiedy agawy kwitły. Obecnie były już wszystkie przekwitnięte i suche.

Pierwszym widokiem, który ukazał mi się po przejściu przez „las” agaw i wyjściu na szczyt była dzwonnica zlokalizowana obok małej białej cerkwi Agios Georgios oraz sama cerkiew:

Obok dzwonnicy znajduje się duży taras widokowy (a obok również kawiarnia ze swoim tarasem), z którego rozpościera się nieprawdopodobny widok na miasto:

Pomimo, że Likavitos położone jest w sporym oddaleniu od najważniejszych atrakcji Aten, na poniższym zdjęciu można je łatwo zidentyfikować: z lewej strony widać wyraźnie stadion panatenajski, w centralnej części Syntagmę oraz Ogrody Narodowe (a w nich Zappeion) po prawej zaś Akropol z Partenonem.

Z przeciwnej strony Likavitos można z kolei zobaczyć wkomponowany w zbocze amfiteatr miejski:

Po zejściu z Likavitos skierowałem się w kierunku stadionu panatenajskiego Kallimarmaro. Po drodze minąłem Muzeum Wojny, przed którym dostępna była ciekawa ekspozycja różnego rodzaju pojazdów kołowych, pływających i latających a także armat i rakiet wykorzystywanych w różnych okresach dziejów na polach bitew:

Praktycznie zaraz obok Muzeum Wojny zlokalizowany jest Lykeion (czyli Liceum) – a w zasadzie jego ruiny i odsłonięte stanowiska archeologiczne. W starożytnych Atenach była to najbardziej znana szkoła prowadzona m.in. przez Arystotelesa – ucznia Platona. Została założona ok. IV w. p.n.e. i działała do ok. I w. p.n.e.

Oba te miejsca (tzn. Muzeum Wojny i Lykeion) wpisałem sobie już na listę do odwiedzenia przy okazji kolejnego pobytu w Atenach.

Po około 20 minutach spaceru dotarłem do starożytnego stadionu panatenajskiego, którego zarysy widziałem wcześniej ze wzgórza Likavitos. Aby sprawiedliwości stało się zadość, będąc już pod stadionem wykonałem zdjęcie tego samego wzgórza – dopiero stąd widać jak góruje ono nad miastem:

Sam stadion (bilet wstępu kosztuje 5 EUR, w cenie dostępny audioguide – naprawdę warto wejść do środka) robi nieprawdopodobne wrażenie. Ma on kształt mocno wydłużonej podkowy, wykonany jest w całości z marmuru i posiada miejsca dla 60 000 widzów. Nie rzuca się to w oczy na pierwszy rzut oka ale profil widowni nie jest jednolity. W końcowej (zakrzywionej) części podkowy zmienia ona w różnych rzędach nieregularnie kąt nachylenia – tak, aby wszystkim widzom zapewnić dobrą widoczność.

Stadion został pierwotnie wybudowany w IV w p.n.e. Początkowo odbywały się tutaj igrzyska panatenajskie a po przejęciu kontroli nad Atenami przez Rzym – walki gladiatorów. Za panowania Turków rozpoczęła się dewastacja stadionu, z którego zaczęto pozyskiwać marmur jak z kamieniołomu. W efekcie, aby stadion nadawał się do użytku podczas pierwszej olimpiady nowożytnej w 1896 roku konieczna była jego gruntowna odbudowa, której i tak nie zdążono ukończyć (brakujące ławy dla widzów wykonano wówczas z drewna i obłożono białym obiciem, aby z daleka imitowały marmur). Ostatecznie odbudowę zakończono na przełomie XIX i XX wieku. Stadion ten był również świadkiem ostatnich igrzysk w Atenach w 2004 roku.

Poniższe zdjęcia prezentują nieprawdopodobną skalę obiektu:

U podstawy stadionu, niedaleko podium dla medalistów można zobaczyć również aktualizowane na bieżąco tablice prezentujące informacje o miejscach organizacji kolejnych nowożytnych igrzysk olimpijskich (tylko letnich) oraz szefach Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego:

W głębi obiektu dostępna jest monumentalna brama prowadząca do długiego korytarza, którym sportowcy wychodzili na stadion; aktualnie w czasie zawodów stanowi on przejście do szatni a poza nimi – do niewielkiego muzeum:

Muzeum warto zobaczyć. Zaprezentowano w nim m.in. pochodnie, od których zapalano znicz olimpijski podczas dużej części igrzysk, plakaty pamiątkowe przypominające o miejscach, w których odbywały się kolejne olimpiady - a także, w głębi sali ważne rekwizyty: m.in. lustro służące do zapalenia ognia olimpijskiego oraz ołtarz przy którym odbywa się ta ceremonia. Oba te rekwizyty wędrują na ten czas do pozostałości po świątyni Hery w starożytnej Olimpii, o której pisałem w jednym z wcześniejszych postów – tam odbywa się właśnie ceremonia zapalenia ognia olimpijskiego.

Na koniec jeszcze rzut oka na samo boisko (arenę) stadionu:

Dodać warto, że historia stadionu oraz poszczególne jego elementy są bardzo ciekawie opracowane w przewodniku audioguide, który dostaje każdy wchodzący na stadion. Dostępne jest 11 języków, niestety nie ma wśród nich polskiego.

Spod stadionu panatenajskiego przeszedłem piechotą w stronę Akropolu kierując się na sąsiadujące z nim wzgórze Philopappos. Najpierw minąłem świątynię Zeusa, a nieco później odbiłem nieco w stronę Odeonu Heroda. Tym razem miałem okazję obejrzeć Odeon Heroda od tyłu:

Samo wzgórze Philopappos jest wyraźnie niższe niż Lakavitus. Rozpościera się stąd piękny widok nie tylko na sporą część Aten ale przede wszystkim na Akropol. Na wprost można zobaczyć tylną ścianę Odeonu Heroda, na samym Akropolu widoczny jest wyraźny Partenon (oczywiście z dźwigiem) a po lewej stronie potężne monumentalne Propyleje. Z kolei w tle – za Akropolem widoczny jest Likavitus:

Na szczycie Philopappos można również zobaczyć pozostałości po pomniku Gajusza Philopapposa (jednego z ówczesnych książąt Syrii) wzniesionego w II w. n.e. Pomnik został ufundowany i zlecony do wykonania przez samego Philopapposa. Z czasem wzgórze przyjęło jego imię, które jest używane do dziś. Monument przez wieki niszczał – częściowo za sprawą dewastacji a częściowo ze względu na naturalne procesy i brak konserwacji – mimo wszystko nadal stanowi silną dominantę całego wzgórza:

Z ciekawostek warto wspomnieć o jeszcze jednym miejscu leżącym u podnóża wzgórza Philopapposa zwanym więzieniem Sokratesa:

Jest to labirynt pieczar wykutych w skale, co do których przeznaczenia nie ma pewności. Tradycja mówi, że w tym miejscu więziony był Sokrates; z kolei inne przekazy mówią, że były to łaźnie miejskie. Pewne jest jedynie to, że w czasie ostatniej wojny pieczary te służyły jako miejsce schronienia dla najcenniejszych zabytków z Akropolu oraz Muzeum Archelologicznego (aby uniemożliwić do nich dostęp zostały one tutaj zamurowane).

Po zejściu z wzgórza Philopapposa pozostała mi wizyta jeszcze na jednym (ale na pewno nie ostatnim w Atenach) wzgórzu: Aeropagu. Podobnie jak opisane wcześniej wzgórze Philopapposa, również Aeropag sąsiaduje bezpośrednio z Akropolem ale od innej strony. Wejście na ten szczyt jest zdecydowanie najłatwiejsze z całej zaplanowanej trójki. Ze wzgórza roztacza się przede wszystkim przepiękny widok na Propyleje na Akropolu. Tak naprawdę dopiero stąd widać jak gigantyczna jest to budowla:

Z kolei patrząc w przeciwną stronę, można podziwiać widok na Agorę z dominującym budynkiem Stolla Attalosa:

Warto wiedzieć, że według przekazów historycznych z Aeropagu nauczał św. Paweł. Aby uczcić nawrócenie wielu ówczesnych ateńczyków, u jego podnóża wybudowano bazylikę św. Dionizego z Aeropagu (jednego z nawróconych, późniejszego biskupa oraz patrona Aten i świętego); do dnia dzisiejszego przetrwały jedynie jej ruiny. Z tego też powodu do dziś co roku 29-ego czerwca czyli w św. Piotra i Pawła na Aeropagu odbywają się uroczystości religijne.

Po zejściu z Aeropagu odwiedziłem jeszcze Plakę i labirynt jej uliczek. Dla uzupełnienia relacji wykonałem jeszcze zdjęcie świetnie zachowanej ośmiokątnej Wieży Wiatrów położonej w bardzo niewielkiej odległości – zarówno od Aeropagu jak i stacji metra Monastiraki, z której skorzystałem wracają do Pireusu:

Cała opisana trasa przez wzgórza i stadion (od stacji metra Omonia do stacji metra Monastiraki) ma łączną długość ok. 15,5 km. Jej przejście wraz ze zwiedzaniem stadionu, wykonaniem zdjęć i krótkim odpoczynkiem zajęło mi w sumie nieco ponad 5 godzin. Podejścia na wzgórza (nawet na Likavitos choć tutaj można skorzystać z kolejki) nie są trudne ani wymagające . Każdemu zainteresowanemu trochę niestandardowym spędzeniem dnia w Atenach mogę zdecydowanie polecić tę trasę.

Jak przy tym widać, przy założeniu, że trasę pokonuje się na piechotę (można wtedy więcej zobaczyć) bilet całodniowy na komunikację miejską jest niepotrzebny – wystarczyłyby w zupełności dwa zwykłe bilety 90-o minutowe.

Po powrocie na statek zastałem w kabinie dwa zaproszenia z Costa Clubu: na zwiedzanie kuchni i zaplecza kuchennego oraz na degustację win. Oba zdarzenia są planowane podczas kolejnych dni na morzu, których przed nami jest kilka. Napiszę pewnie o nich za kilka dni.

A tymczasem powoli dobiegła końca ta część rejsu, która obejmuje basen Morza Śródziemnego. W kolejnej części napiszę kilka słów o Heraklionie i Krecie po czym przyjdzie czas na zmianę klimatów na bliskowschodnie (no może nie od razu, ale powoli trzeba się na to przygotowywać).

Strony

Wyszukaj w trip4cheap