.


 


Costa Magica-Gwadelupa, Tobago, Grenada ,Barbados, St.Lucia, Martynika, Aruba, Curacao, Bonaire

72 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 tygodnie 2 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017
Costa Magica-Gwadelupa, Tobago, Grenada ,Barbados, St.Lucia, Martynika, Aruba, Curacao, Bonaire

W ramach relacji z rejsów na statkach wycieczkowych dorzucę jeszcze jedną - tym razem z kolejnej wyprawy na Karaiby.

Mniej więcej rok temu miałem okazję być w tym rejonie i nie ukrywam, że bardzo mi się spodobało. Wtedy była to trasa z Port Everglades (Fort Lauderdale) uzupełniona o przeprawę przez Kanał Panamski. Po karaibskiej części tamtej wyprawy pozostał spory niedosyt wynikający z jednej strony z tego, że rejsowi towarzyszyły pewne turbulencje pogodowe i pierwotnego planu nie udało się w pełni zrealizować, z drugiej zaś strony rejon ten bardzo mi się spodobał i obiecałem sobie, że muszę tutaj jeszcze wrócić.

Rejs rezerwowałem z blisko 11-o miesięcznym wyprzedzeniem i jak się okazało i jego nie ominęły turbulencje pogodowe – ale tym razem zanim się jeszcze zaczął.

W odróżnieniu od trasy sprzed roku, tym razem wybrałem rejs wyłącznie po wyspach. Zaczynam i kończę na Gwadelupie. Po drodze jest Tobago, Grenada, St. Lucia, Martynika, Curacao, Aruba oraz Bonaire. Pierwotnie trasa jednak znacznie różniła się od tej, którą ostatecznie potwierdzono – były na niej m.in. St. Marteen, St. Kitts, Tortola, Antigua oraz Dominika. Nie było natomiast Antyli Holenderskich. Zmiana trasy wynikła właśnie ze wspomnianych turbulencji czyli huraganów na Karaibach podczas ostatniego sezonu.

Rejs trwał w sumie 14 dni i odbywa się podobnie jak ten sprzed roku na statku włoskiej linii żeglugowej Costa Crociere – tym razem na statku Costa Magica:

Pełna trasa po modyfikacjach wygląda następująco:

Jak widać z powyższej listy na naszej trasie dwukrotnie pojawia się Gwadelupa, Martynika oraz Grenada. Dwukrotna obecność Gwadelupy i Martyniki wynika z faktu, że Costa organizuje w tym rejonie przede wszystkim rejsy tygodniowe, które rozpoczynają się (i kończą) na jednej z tych wysp - odbywają się one jednak naprzemiennie po dwóch różnych trasach. Po połączeniu dwóch takich segmentów w jeden powstaje rejs 14-o dniowy – i stąd moja ostateczna trasa. Wyszedłem po prostu z założenia, że jak już jadę tak daleko to nie po to, żeby po tygodniu wracać do domu:-) Grenada z kolei występuje w każdym z tych segmentów ponieważ została uznana (moim zdaniem jak najbardziej słusznie za szczególnie wartą zobaczenia.

Zresztą obecność akurat tych 3-ech wysp po dwa razy do jak dla mnie bardzo dobre rozwiązanie – są one bardzo atrakcyjne turystycznie i dzięki temu można będzie więcej zobaczyć:-) W związku z tym na pewno nie będę z tego powodu narzekał:-)

W odróżnieniu od poprzedniego razu, obecnie mamy w planie znacznie mniej dni na morzu a w większości portów spędzamy praktycznie całe dni.

Wstęp zatem mam zaliczony:-)

W następnej części napiszę kilka słów na temat tego jak dostałem się na Gwadelupę i jak się tam w ogóle poruszać – bo wbrew pozorom wyspa wcale nie jest mała a z drugiej strony jest naprawdę atrakcyjna turystycznie. A ponieważ przed rozpoczęciem rejsu zafundowałem sobie tam jeszcze dodatkowe dwa dni, miałem okazję co nieco zobaczyć zanim wsiadłem na statek.

C.D.N.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 tygodnie 2 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Moja wyprawa na Karaiby rozpoczęła się na Gwadelupie – dość egzotycznym i raczej mało popularnym miejscu z naszego punktu widzenia. Jest to jednak całkiem sporych rozmiarów wyspa, jak łatwo się można domyślić położona właśnie na Karaibach. Składa się ona z dwóch bardzo różniących się od siebie części i przypomina na mapie kształt motyla.

Co jednak najciekawsze – jako terytorium zamorskie Francji, dla przybysza z Europy jest bardzo europejska. Po pierwsze, z Polski można tutaj przylecieć korzystając wyłącznie z dowodu osobistego (o ile nie wybieramy się gdzieś dalej paszport nie jest do niczego potrzebny). Obowiązującą walutą jest euro a językiem francuski (i raczej nie należy się spodziewać, że tutejsi mieszkańcy będą władali innym europejskim językiem – np. angielskim; jeśli tak będzie to spotka nas miła niespodzianka). Dzięki unijnym przepisom dotyczącym roamingu, w przypadku rozmów telefonicznych na/z Gwadelupy operatorzy komórkowi nie pobierają opłat roamingowych – obowiązuje wyłącznie stawka krajowa. Chociaż w tej ostatniej kwestii już na miejscu spotkał mnie mały zgrzyt – okazało się, że Play na Gwadelupie i Martynice w ogóle nie pozwala na korzystanie z internetu. Nie chodzi nawet o to, że pobiera za to opłaty (w świetle przepisów nie bardzo może) ale całkowicie to uniemożliwia. Już na miejscu przekonałem się, że w sieci jest sporo informacji na ten temat – nie przyszło mi wcześniej jednak do głowy, że coś takiego jest możliwe. Z tego powodu ostrzegam w tym miejscu ewentualnych klientów Playa, aby przed wybraniem się na Gwadelupę jeśli chcą korzystać z mobilnego internetu zaopatrzyli się w kartę SIM innego operatora. Ja szczęśliwie przypadkiem taką posiadałem w związku z czym problem udało się opanować:-)

Na początek kilka słów na temat podróży na tę wyspę.

Możliwości dostania się na Gwadelupę jest kilka. Pomijając przewoźników stricte turystycznych najbardziej popularne to lot Air France z przesiadką w Paryżu lub lot dowolnymi liniami do USA i stamtąd na Gwadelupę korzystając z połączeń Norwegiana lub American Airlines. Ze względu na ilość możliwych połączeń oraz ceny ja zdecydowałem się na Air France.

Warto przy tym dodać, że w przypadku połączeń liniami Air France na Karaiby (również na Martynikę), w Paryżu niezbędna jest zmiana lotniska. Samoloty z Polski przylatują na główne paryskie lotnisko de Gaulle, a samoloty na Gwadelupę odlatują z lotniska Orly. Koszt tego transferu pokrywa Air France.

Przy nadawaniu bagażu w Polsce otrzymałem od razu bilet na autobus transferowy w Paryżu (normalnie kosztowałby 21 EUR; pomiędzy lotniskami można przemieszczać się również korzystając z innych środków transportu – wtedy ceny mogłyby być niższe). Bilet transferowy wygląda podobnie jak normalna karta pokładowa na lot:

W przypadku odprawy on-line bilet ten się nie generuje – trzeba go odebrać w Warszawie albo na stanowisku transferowym Air France w Paryżu. Ponieważ na tym kierunku raczej każdy podróżuje z bagażem, wizyta na stanowisku check-in w Warszawie i tak jest niezbędna, w związku z czym nie powinno to stwarzać jakichś wielkich problemów.

Sam autobus z lotniska CDG na Orly odjeżdża co około 30 minut i na lotnisku CDG zatrzymuje się na kilku przystankach przy różnych terminalach.

Warto przy tym pamiętać o bagażu – Air France nie zapewnia jego transferu pomiędzy lotniskami. W związku z tym musimy go najpierw odebrać na pierwszym lotnisku w Paryżu, zabrać ze sobą do autobusu i ponownie nadać na lotnisku Orly.

Same autobusy transferowe są oznaczone w charakterystyczny sposób:

Podróż pomiędzy lotniskami zajmuje około godziny. Biorąc pod uwagę, że czas pomiędzy lotami wynosi zwykle kilka godzin, to nawet uwzględniając odbiór i nadanie bagażu oraz maksymalny czas oczekiwania na autobus jest to w zupełności wystarczające.

Samego lotniska Orly niestety nie będę wspominał najlepiej. Terminal "West", z którego odlatywał mój samolot jest podzielony na kilka niewielkich, nie połączonych ze sobą hal. Pierwsze czego doświadczyłem w "swojej" hali było przenikliwe zimno. Razem z innymi pasażerami siedziałem w niej maksymalnie opatulony oczekując na swój lot. Po drugie jakakolwiek oferta gastronomiczno-usługowa w tej hali była minimalna i przypominała lotnisko low-costowe w bardzo kiepskim wydaniu. Liczyłem też na to, że będę mógł skorzystać na Orly z saloniku – niestety byłem wyjątkowo naiwny. Okazało się, że oba saloniki dostępne w "mojej" hali nie akceptują kart PP, a ten który akceptuje wymaga wyjścia z hali (przed kontrolę bezpieczeństwa), udania się do innej hali (czyli przejścia przez kontrolę bezpieczeństwa po raz drugi) a po skorzystaniu – powrotu w ten sam sposób. Dałem sobie z tym spokój, gdy zorientowałem się, że w odstępie godziny z "mojej" hali będą odlatywały dwa duże samoloty z blisko 1000 pasażerów, którzy muszą przejść przez te wszystkie kontrole w związku z czym wysoce prawdopodobne były spore kolejki do kontroli bezpieczeństwa.

Sam lot na Gwadelupę Air France obsługuje samolotem Boening 777-300 w nietypowej i nie spotykanej na innych (tzn. nie-karaibskich) trasach konfiguracji, którą nawet na swojej stronie nazwali "karaibską". Nie ma w niej w ogóle klasy pierwszej, klasa biznes jest bardzo mała,podobnie jak klasa ekonomiczna premium. W efekcie praktycznie zdecydowana większość samolotu to fotele klasy ekonomicznej podzielonej na kilka kabin. Z dużym prawdopodobieństwem taka konfiguracja wynika ze struktury ruchu na Gwadelupę, który ma charakter głównie turystyczny a nie biznesowy. Zapewne podobnie jak w przypadku lotów na Martynikę.

W efekcie wspomniany samolot mieści ok. 470 miejsc czyli niewiele mniej niż skonfigurowany zupełnie inaczej ale zdecydowanie większy dwupokładowy Airbus 380 latający również dla linii Air France (516 pasażerów). Pomimo tego poza sporym tłokiem w terminalu oraz długim czasem oczekiwania na wejście na pokład, ilość miejsca na nogi w samolocie oraz komfort podróży okazały się w zupełności wystarczające.

Jeśli chodzi o odprawę przy bramce na Orly to muszę przyznać, że takiego chaosu dawno nie widziałem, a na locie maszyną takich rozmiarów to w ogóle sobie nie przypominam.

Początek zapowiadał się standardowo – tablica przy bramce informowała o locie bez zastrzeżeń:

Samo wejście na pokład teoretycznie też było zaplanowane sensownie: w grupach wg miejsc w rzędach patrząc od tyłu samolotu (najpierw ostatnie 5 rzędów, później kolejne 5 itd.). Realizacja była niestety fatalna. Po pierwsze nie słyszałem ani jednej zapowiedzi w języku angielskim a jedynie niewyraźny niemalże bełkot po francusku, który dezorientował nawet Francuzów. Co gorsza agentki obsługujące odprawę praktycznie nie władały językiem angielskim. Do tego na kartach pokładowych zostały wydrukowane nieprawidłowe oznaczenia miejsc w samolocie (moje miało na karcie oznaczenie D podczas gdy w samolocie takiego miejsca nie było – zamiast niego było E). W efekcie karty wszystkich pasażerów z miejscami D były odrzucane przy odprawie i obsługa sprawdzała dane pasażera na liście przed jego wpuszczeniem na pokład, co jak łatwo się domyślić powodowało korki przy bramce.

Na szczęście sam lot przebiegł już bardzo sprawnie i bez problemów. Po przeszło 8-u godzinach wylądowaliśmy w Pointe-a-Pitre czyli największym mieście na Gwadelupie (ale nie jej stolicy administracyjnej).

Na bagaż trzeba było chwilę poczekać i w końcu można było wyjść na zewnątrz. Pomimo wieczornej pory (było już po 19 lokalnego czasu) pierwsze uderzenie ciepła robiło nieprawdopodobne wrażenie – tym bardziej, że temperaturze (ok. 28st). towarzyszyła bardzo wysoka wilgotność. Ponieważ komunikacja autobusowa w P-a-P zamiera o zmierzchu, jedyną metodą na wydostanie się z lotniska było skorzystanie z taksówki. Zresztą komunikacja autobusowa na lotnisko sprawia w ogóle wrażenie zorganizowanej "na siłę" - autobusy jeżdżą rzadko a ich przystanek jest schowany za budynkiem wypożyczalni samochodów w pewnej odległości od terminala – pewnie wiedzą o nim głównie lokalni mieszkańcy. Widać, że lobby taksówkarskie na Gwadelupie potrafi zadbać o swoje interesy:-)

Pierwsze dwie noce po przybyciu na Gwadelupę postanowiłem spędzić z P-a-P, które samo w sobie nie jest jakąś atrakcją turystyczną ale stanowi dobrą bazę wypadową do eksploracji wyspy. Dodatkowo miałem "pod ręką" port, z którego dwa dni później miałem ruszyć w rejs. Od właścicielki hoteliku wyszukanego na booking.com znałem zwyczaje i stawki taksówek z lotniska, w związku z czym po krótkich negocjacjach uzgodniłem cenę z kierowcą i niespełna 15 minut byłem na miejscu – niedaleko placu Victorii i dosłownie 300 metrów od terminala portowego.

Do wykorzystania na Gwadelupie miałem pierwsze dwa dni – jeden w całości i drugi w zdecydowanej części (bo wejście na statek rozpoczynało się dopiero o 17). W związku z tym przegadałem moje plany z właścicielką, która nie ukrywam bardzo mi pomogła w ich doprecyzowaniu oraz zdradziła mi tajniki funkcjonowania wyspiarskiej komunikacji. Po tym wszystkim – około godz. 20 postanowiłem wybrać się "na miasto". Właścicielka uczciwie mnie uprzedzała, że w mieście o tej porze nie ma nic wartego uwagi ale nie dałem się zniechęcić…i bardzo szybko się przekonałem, że P-a-P po zmroku to miasto duchów. Wyludnione ulice, pozamykane sklepy oraz knajpy (nawet w rodzaju Mc Donaldsa czy KFC). Ograniczyłem się do szybkich zakupów u Hindusa (myślałem, że ich małe sklepiki to europejska specjalność – ale skoro Gwadelupa to "prawie" Europa to i takie europejskie specjalności tutaj dotarły) i wróciłem do pokoju.

Następnego dnia miałem w planie wyprawę do lasu deszczowego na górzystej części Gwadelupy będącej pierwszym skrzydłem wspomnianego motyla na mapie. Część ta nosi nazwę Base Terre. Dodatkowo chciałem połączyć tę wizytę z wycieczką na słynne gwadelupskie wodospady Les Chutes du Carbet. Ale o tym co z tego wynikło napiszę w kolejnej części.

C.D.N.

korolowa
Obrazek użytkownika korolowa
Online
Ostatnio: 10 minut 30 sekund temu
Rejestracja: 24 lut 2014

fantastycznie, szukam własnie informacji, może nie tyle ad rejsu, ale ad tych wysp Clapping w styczniu,

Makono
Obrazek użytkownika Makono
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 6 dni temu
Rejestracja: 11 gru 2013

czekam na więcej ...

Bez podróży się duszę....
http://kolekcjonujacchwile.blogspot.com/

ssstu-6
Obrazek użytkownika ssstu-6
Offline
Ostatnio: 7 godzin 34 minuty temu
Rejestracja: 31 maj 2016

...heee, opowiadaj !!! ; )

...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 tygodnie 2 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Na temat komunikacji publicznej na Gwadelupie trudno dowiedzieć się czegoś konkretnego z sieci. Jeśli już coś uda się znaleźć, to z reguły narzekania na brak rozkładów, złe oznaczenia przystanków oraz chaos. Moje doświadczenia pokazują, że jest w tym trochę prawdy – ale bez przesady. Po pierwsze komunikacja zbiorowa na Gwadelupie istnieje a po drugie można stosunkowo szybko zrozumieć pokrętne dla Europejczyka zasady jej funkcjonowania. W każdym razie moim zdaniem nie jest to nic strasznego. Bez względu jednak na to o której z omówionych poniżej form komunikacji będzie mowa, warto pamiętać o jednym: po zmroku komunikacja praktycznie przestaje funkcjonować i pozostaje nam wtedy wyłącznie samochód z wypożyczalni lub autostop.

Mówiąc o komunikacji w pierwszej kolejności warto powiedzieć, że w Pointe-a-Pitre istnieje całkiem sprawna komunikacja miejska, która oprócz P-a-P zapewnia połączenia z lotniskiem oraz najbliższymi miejscowościami (np. popularnym Le Gosier). Odpowiada za to firma Karulis, której autobusy są z reguły oznaczone w dość jednolity sposób:

Mapka linii Karulisa oraz ich rozkłady są dostępne na stronie internetowej - http://karulis.com/toutes-les-lignes.html. Przystanki Karulisa są bardzo dobrze oznaczone i nie powinno być problemu z ich zidentyfikowaniem – ale rozkładów jazdy częściej na nich nie ma niż są. Na niektórych jednak zamiast rozkładów są wyświetlacze informujące o planowanych najbliższych odjazdach (widziałem je tylko w kilku miejscach ale być może z czasem pojawią się na większej liczbie przystanków):

Tak jak wspomniałem rozkładów na przystankach nie należy się spodziewać a co do punktualności tego co jest w sieci trudno mi cokolwiek powiedzieć. Jeśli chodzi o rozkład to czasami zdarza się niespodzianka jak na poniższym zdjęciu ale to raczej wyjątek niż reguła:

Z rozmowy z moją gospodynią wynika, że komunikacja Karulisa funkcjonuje sprawnie i jeśli zdarzają się opóźnienia to wynikają one głównie z korków (trudno w to uwierzyć ale potrafią być naprawdę spore). W mieście w każdym razie autobusy Karulisa można zobaczyć praktycznie na każdym kroku.

Po drugie, oprócz Karulisa na wyspie funkcjonuje całkiem rozwinięta sieć komunikacji autobusowo-mikrobusowej. Zasadniczo obsługują one dalsze trasy (tzn. poza siecią Karulisa) zatrzymując się w mieście i w jego pobliżu również na jakichś przystankach – z reguły tych samych, z których korzysta Karulis. Autobusy te są obsługiwane przez różne firmy – nie mają ani jednolitego wyglądu ani oznaczeń.

Chcą wybrać się poza P-a-P należy skorzystać z jednego z dwóch dworców autobusowych (można znaleźć je również w google maps), pomiędzy które zostały podzielone obsługiwane kierunki. Oczywiście możemy jechać tam również wspomnianym Karulisem-o ile jest położona blisko P-a-P i Karulis ją obsługuje. Wtedy nie trzeba iść na żaden dworzec tylko znaleźć właściwy przystanek Karulisa i poczekać na autobus.

Pierwszym dworcem jest Bergevin obsługujący połączenia z P-a-P w kierunku miejscowości położonych na "skrzydle" Basse-Terre. Tak wygląda on w realu:

Poniższe zdjęcie pokazuje wykaz linii dostępnych na Bergevin, przy czym mają one przebieg umowny (tzn. kierowcy mogą je modyfikować w zależności od potrzeb):

Drugi dworzec (Gare Routière de Darboussier) położony jest w niewielkiej odległości od głównego placu miasta i obsługuje trasy na "skrzydle" Grand Terre (np. St.Francois).

Według słów mojej gospodyni tutaj autobusy kursują częściej niż na Basse Terre ze względu na to, że na tej części wyspy mieszka znaczna część jej populacji a dodatkowo to tutaj kierują się głównie turyści.

Z istotnych rzeczy - należy się przygotować na to, że poza Karulisem autobusy są z reguły niezonaczone w ogóle lub zawierają tylko tablicę z miejscowością końcową. Wystarczy jednak podejść do kierowcy i pokazać na mapie gdzie chcemy dojechać (lub napisaną na kartce nazwę miejscowości) a wskażą nam właściwy autobus lub miejsce, którego odjedzie.

Bilety kupuje się bezpośrednio u kierowcy. Przykładowo bilet z P-a-P do Capesterre kosztował mnie 5,20 EUR a z P-a-P do St.Francois 4 EUR.

Co do czasu oczekiwania to moje doświadczenia z autobusami na Gwadelupie są takie, że na autobus z P-a-P do Capesterre nie czekałem w ogóle bo czekał już na peronie w Bergevin. W drodze powrotnej na przystanku (bez rozkładu oczywiście) czekałem max. 15 minut. Z kolei na autobus z P-a-P do St. Francois czekałem kilka minut. Z powrotem wracałem autostopem (popularna metoda przemieszczania się po wyspie).

Z istotnych rzeczy warto pamiętać, że w P-a-P autobus zatrzymuje się wyłącznie na wyznaczonych przystankach. Poza P-a-P autobus można zatrzymać w dowolnym miejscu machając ręką. Druga istotna kwestia jest taka, że pomimo tego, że są wyznaczone przystanki autobusowe, nie jest w ogóle obsługiwana linia z St.Francois do popularnego wśród turystów (i wartego odwiedzenia-napiszę o tym później) Pointe des Chateaux. Tam można skorzystać wyłącznie ze wspomnianego autostopa lub przejść się pieszo (chociaż to spory kawałek).

Warto jeszcze wziąć pod uwagę to, że kierowcy autobusów pokonują trasę nie do końca ściśle wytyczoną trasą, zbaczając z niej często i objeżdżając okoliczne wioski. Z tego co się dowiedziałem jest to standard, który znacząco wydłuża czas przejazdu. Dodatkowo na czas ten wpływają korki – rano i ok. 16-17 na wjeździe/wyjeździe z P-a-P. Kilkudziesięciokilometrowy odcinek z St.Francois do P-a-P w godzinach popołudniowych może zająć nawet ponad 2 godziny…

Podsumowując: na Gwadelupie można spokojnie poruszać się korzystając z komunikacji jednak warto pamiętać, że jest to forma dobra jeśli chcemy przemieścić się z punktu A do B i tam zostać, ewentualnie wracać po kilku godzinach. Jeśli ktoś chciałby w jeden czy dwa dni objechać w miarę kompleksowo całą wyspę to ten sposób raczej odradzam – ze względu na brak konkretnych rozkładów oraz brak synchronizacji odjazdów mogłoby to zająć sporo czasu.

Po tym ogólnym wstępie chciałbym płynnie przejść do mojej pierwszej wycieczki na Gwadelupie. Jej celem był Park Narodowy położony na Basse Terre, w którym chciałem przejść szlakiem przez las deszczowy do wodospadów Les Chutes du Carbet. W miarę możliwości chciałem jeszcze zobaczyć okolice jeziora Grand Etang. Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami z samego rana udałem się na wspomniany dworzec Bergevin, wytłumaczyłem kierowcy pokazując na mapie gdzie chciałbym dojechać i wyruszyłem w trasę. Po około 40 minutach kierowca wysadził mnie na rondzie obok Capesterre:

Stąd ruszyłem w kierunku widocznego w oddali lasu i gór.

C.D.N.

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Online
Ostatnio: 46 minut 51 sekund temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Płynę z tobą Greg Ssun-smilie water  030

Gwadelupa jeszcze przede mna Nawet już kiedyś byłam bliska kupienia bilecików,ale jakiś inny kierunek w końcu zwyciężył. Chętnie więc poczytam i ciekawa jestem ,która wyspa ci się bedziej podobala Martynika czu Gwadelupa ?

Jak leciałam na Reunion, to też musiałam zmienić lotnisko i transferowy bus był w cenie. Odebrac bilet jednak musialam na lotnisku w Paryżu

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 tygodnie 2 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Nelcia - chyba jednak bardziej mi się podobała Gwadelupa - ale to może wynikać z tego, że spędziłem na niej więcej czasu niż na Martynice

Jeszcze kilka słów na temat pogody – tak na Gwadelupie jak również na pozostałych karaibskich wyspach. Większość przewodników wyróżnia w tym regionie porę deszczową oraz porę suchą. Po kilku dniach w tym rejonie mam wrażenie, że ktoś, kto tak prosto to zdefiniował albo w tym regionie nigdy nie był albo powiela jakiś stereotyp. Na temat pory deszczowej nie dyskutuję ponieważ nie byłem tutaj w tym czasie. Jednak jeśli chodzi o porę "suchą" uważam jej nazwę za totalne nieporozumienie. Jest ona co najwyżej mniej deszczowa – ale na pewno nie sucha:-)

Wybierając się na Karaiby dobrze jest przygotować się na deszcz, który w tym regionie jest specyficzny. Po pierwsze jest bardzo obfity – bardzo często jest to ulewa, którą u nas nazwalibyśmy "oberwaniem chmury". Po drugie ma ona charakter bardzo lokalny i krótkotrwały – kilka kilometrów dalej może okazać się, że nikt żadnego deszczu nie widział. I po trzecie – zaraz po niej wszystko zaczyna natychmiast parować i tworzy się atmosfera tropikalnej "parówki", a max. 30 min. później jezdnie i chodniki są całkiem suche. Jest to jedyna w swoim rodzaju pogoda… Coś takiego potrafi powtarzać się w ciągu dnia wielokrotnie i chyba to jest główna różnica w stosunku do pory deszczowej, kiedy jak powiedziała mi moja gospodyni potrafi padać kilka dni bez żadnej przerwy…

W związku z tym warto się również przygotować się na taką pogodę-szczególnie jeśli ktoś się planuje wyprawiać w góry albo do lasu. Najlepszym obuwiem pewnie byłyby niezastąpione w takich sytuacjach gumowce ale trudno sobie wyobrazić ich przywożenie z Polski. Jeśli chodzi o obuwie trzeba w każdym razie być przygotowanym, że zostanie bardzo szybko przemoczone – i to nie jest pytanie "czy" ale "kiedy". Poza tym dobrze wiedzieć, że peleryna przeciwdeszczowa (taka z jaką zwykle idzie się w polskie góry) jest tutaj naprawdę niezastąpiona i dużo bardziej praktyczna niż najlepszy parasol.

Powyższe uwagi nie są przypadkowe…ale zacznę od początku.

Jak wspomniałem wcześniej autobus z Pointe-a-Pitre wysadził mnie na rondzie w Capesterre przy drodze prowadzącej do 3-ego wodospadu Les Chutes du Carbet. W sumie wodpospadów składających się na ten kompleks jest trzy – dwa łatwiej dostępne oraz trzeci znacznie bardziej schowany w lesie. Ja planowałem zacząć od tego trzeciego i potem przejść na pierwsze dwa.

Droga od tego miejsca do wejścia do lasu deszczowego (w sumie ok. 4-5 km) prowadziła delikatnie pod górę obok licznych plantacji bananów oraz trzciny cukrowej. Swoją drogą pojawia się pytanie jak poprawnie przetłumaczyć na język polski popularny angielski termin "rain forest" – czy jest to las deszczowy czy też las tropikalny. Ja zamiennie posługuję się tymi dwoma terminami ale do ewentualnych specjalistów mam tutaj prośbę o komentarz i korektę:-)

Po rozpoczęciu wędrówki pojawiły się pierwsze plantacje bananów:

Co ciekawe, na zawiązane kiście bananów zakładane są worki, w których banany dojrzewają aż do zbiorów:

A tak wyglądają niedawno zawiązane owoce bananów na drzewie:

Obok plantacji bananów zaczęły się również pojawiać plantacje trzciny cukrowej:

Sama produkcja bananów odbywa się tutaj w sposób bardzo zorganizowany i uporządkowany. Tak wygląda m.in. uprawa młodych bananowców:

Na powyższych zdjęciach w tle ledwo widać zasłonięty częściowo mgłą wulkan "La Soufriere" oraz las deszczowy.

Droga do wejścia do lasu prowadziła przez zamieszkane osiedla, której granice w sporej części były wyznaczone przez mniej lub bardziej dorodne krotony, które nadają bardzo malowniczy wygląd całej trasie.

Na każdym kroku można tutaj spotkać również palmy kokosowe. Ciekawe tylko, czy parkowanie bezpośrednio pod nimi nie jest zbyt ryzykowne Smile I czy ubezpieczenie pokrywa ewentualne szkody powstałe w wyniku wypadków upadku kokosów z drzewa… Smile

Po ok. 40 minutach drogi dotarłem do granicy lasu. Muszę przyznać, że robi on nieprawdopodobne wrażenie. Soczysta zieleń oraz różnorodność gatunków biją wręcz po oczach. Jeśli weźmie się dodatkowo pod uwagę jak las jest gęsty w niektórych miejscach, to trudno sobie wyobrazić przejście (a raczej przedzieranie się) przez niego bez maczety.

Przy wejściu do lasu jest niewielki parking dla zmotoryzowanych – do tego miejsca jeszcze można dojechać samochodem:

…po czym rozpoczyna się szlak turystyczny. Najpierw ma on kształt przypominający elegancki gościniec:

Później również nie wygląda groźnie i przypomina typową ścieżkę przez las zupełnie nie zapowiadając tego co się dzieje dalej…

Na początku szlaku (i w kilku miejscach już na jego trasie) można spotkać zadaszone wiaty, w których można się schronić przed deszczem. O tym jak taka wiata jest przydatna przekonałem się dosłownie 10 minut po wejściu do lasu, kiedy spadła pierwsza ulewa – tak obfita, że na polanie, gdzie deszczu nie ograniczały korony drzew widoczność była ograniczona do zaledwie kilkudziesięciu metrów.

Sam szlak jest oznaczony na tyle, że trudno się na nim zgubić. Po pierwsze co jakiś czas można na nim spotkać zniszczone przez czas ale cały czas czytelne tablice informujące o kierunkach i czasie koniecznym na dotarcie do popularnych miejsc docelowych:

Sam szlak ma kolor żółty i oznaczony jest w formie poziomej żółtej belki namalowanej co jakiś czas na drzewach (ewentualnie jakiegoś materiału w tym kolorze przybitego do drzewa):

Po ustaniu ulewy i nie dłużej niż 10 minutach wędrówki na szlaku pojawiło się pierwsze nieśmiałe błotko:

Sam las jest bardzo gęsty, jest nim wiele połamanych lub wyrwanych przez wiatr drzew, jednak praktycznie nie widać w nim ingerencji człowieka. Żadnych drwali, pił mechanicznych ani modnych u nas ostatnio harwesterów nigdzie nie widziałem ani nie słyszałem:-) Potęga przyrody w tym miejscu naprawdę powala na kolana.

Sam szlak jest zresztą dość kręty, przecina dziesiątki strumyków – przez niektóre z nich prowadzą mostki jak poniższy…

…inne zaś trzeba pokonywać wpław – co nie zawsze jest proste ze względu na ilość wody niesionej przez nie po deszczu.

Samych strumyków rozpoczynających swój bieg w górach na Basse Terre jest kilkaset.

Z czasem szlak robił się coraz bardziej błotnisty i coraz trudniej było na nim utrzymać równowagę. Wylądowanie po kostki w błotku było tylko kwestią czasu…

W ciekawostek, w wielu miejscach można zobaczyć gniazda termitów na drzewach, gdzie chronią się one przed zbyt dużą ilością wody, z którą miałyby do czynienia w standardowych dla tych owadów kopcach ziemnych:

Po około godzinie coraz wolniejszej wędrówki usłyszałem pierwszy wodospad Les Chutes du Carbet. W rzeczywistości był to trzeci wodospad o tej nazwie – pierwszy i drugi położone są nieco dalej i były jeszcze przede mną. Aby zobaczyć sam wodospad należało zejść po stromej ścianie, do której były przymocowane liny asekuracyjne:

Sam wodospad ma wysokość 20 metrów i naprawdę robi wrażenie. W jego sąsiedztwie w powietrzu unosi się mgła oraz aerozol maleńkich drobinek wody, która po kilku minutach praktycznie przesiąka wszystko – człowiek czuje się jak pod prysznicem:-)

Po krótkim postoju i zrobieniu paru fotek ruszyłem w dalszą trasę. Błotko na szlaku robiło się coraz większe i jego pokonywanie było coraz trudniejsze…

W niektórych miejscach większym niebezpieczeństwem niż błoto były korzenie drzew, które w wielu miejscach były dodatkowo zasłonięte przez błoto – trzeba było bardzo uważać, aby się nie pośliznąć lub nie postawić nogi w jakiejś luce między nimi i w efekcie np. nie skręcić kostki:

Szlak biegnie na zboczu wzniesienia poniżej którego cały czas biegnie rzeka, na trasie której znajdują się wodospady Les Chutes du Carbet.

Po kolejnych 15-20 minutach dotarłem do strumyka, który – podobnie jak wiele innych po drodze trzeba było pokonać. Po jego drugiej stronie było widać dalszy ciąg szlaku…

Niestety nie było na to najmniejszych szans. Opady deszczu spowodowały, że niewinny strumyczek zamienił się w rwącą rzekę i może zdjęcie tego nie oddaje ale jego sforsowanie było niemożliwe. Nawet miejscowi, którzy prowadzili kilkuosobową grupę poddali się po stwierdzeniu, że głębokość wody przekracza w niektórych miejscach metr a nurt jest tak wartki, że na utrzymanie się w nim i przejście go wpław nie ma szans. Stwierdzili, że czasem po intensywnej ulewie się tak zdarza i trzeba poczekać około 1-2 godzin, kiedy wszystko wróci do normy. Biorąc jednak pod uwagę trasę jaką miałem jeszcze do przejścia zrezygnowałem z oczekiwania (miejscowi zresztą również), aby w lesie nie złapał mnie później zmrok i powoli wróciłem tą samą trasą do punktu wyjścia.

W związku z tym nie miałem szans zobaczyć ani wodospadu nr 1 ani nr 2 – zdecydowanie bardziej widowiskowych niż ten, który mijałem. Aczkolwiek miejscowi powiedzieli, że tego dnia prawdopodobnie i tak bym ich nie zobaczył ze względu na gęstą mgłę na wysokości, na której się znajdują – ale nie wiem czy tak było naprawdę czy tylko mnie pocieszali…

Profesjonalnie zabłocony, powoli wróciłem do Capesterre gdzie po chwili oczekiwania na przystanku przyjechał autobus do P-a-P, którym wróciłem na kwaterę.

Pomimo, że nie udało mi się zrealizować założonego planu, samą wycieczkę do lasu deszczowego mogę spokojnie polecić. Co prawda trzeba się przygotować na swojego rodzaju survival i mieć dużą akceptację dla tego, że z takiej wyprawy wrócimy porządnie zabłoceni – ale moim zdaniem warto. Widok dzikiej natury i wrażenia po drodze w mojej ocenie w pełni to rekompensują Smile

Na kolejny dzień miałem zupełnie inny plan – tym razem postanowiłem się wybrać na drugą część wyspy czyli Grand Terre i odwiedzić malownicze i popularne wśród turystów St-Francois i okolice tego miasteczka – a szczególnie urokliwy cypel Pointe des Chateaux. A po południu w planie miałem wsiąść na statek i rozpocząć rejs po Karaibach.

C.D.N.

wiktor
Obrazek użytkownika wiktor
Offline
Ostatnio: 1 dzień 21 godzin temu
Rejestracja: 03 mar 2016

Dzień dobry Greg, twoje morskie relacje przyciagają mnie jak magnes.Kolejny rejs i zupelnie inna trasa, już zacieram ręce Preved

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 tygodnie 2 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Hahaha, staram się jak mogę:-) Witam wszystkich - niedawno wróciłem do domu i po 12 godzinach snu zaczynam jakoś funkcjonować.
Zaraz wrzucę kolejną część.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 tygodnie 2 dni temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Drugi dzień na Gwadelupie zaplanowałem trochę inaczej niż pierwszy. Częściowo również dlatego, że nie do końca mogłem sobie pozwolić na ponowną wyprawę w górzyste i leśne Base Terre – a to za sprawą przemoczonych butów:-) Sandały na wędrówki po tej części wyspy się zupełnie nie nadają.

Wejście na statek było zaplanowane dopiero od 17, w związku z tym mogłem spokojnie zaplanować na ten dzień całodniową wycieczkę po wyspie. Tym razem wybrałem Grand Terre czyli tę część wyspy, która jest praktycznie płaska i która jest najbardziej popularna wśród turystów – również ze względu na tamtejsze plaże.

W pierwszej kolejności wybrałem się do popularnej miejscowości turystycznej St.Francois. W drodze na dworzec autobusowy można minąłem najpierw tradycyjny targ warzywny:

…a następnie rybny:

Nieco dalej ryby sprzedawano również bezpośrednio z łodzi rybackich:

Z kolei obok dworca autobusowego zlokalizowany jest budynek o nazwie Memorial Act, w którym znajduje się centrum upamiętnienia niewolnictwa oraz handlu niewolnikami. Jest to obiekt o najbardziej nietypowej architekturze na wyspie jaki widziałem – zdecydowanie przyciąga uwagę:

Po kilku minutach oczekiwania przyjechał autobus do St.Francois, gdzie znalazłem się po niespełna godzinie jazdy. Moim pierwszym celem podróży był cypel położony na końcu wyspy o wdzięcznej nazwie La Pointe des Chateaux.

Samo St.Francois oprócz turystyki utrzymuje się z rybołówstwa. W małym porcie położonym w centrum miasta ryby i inne owoce morza sprzedawane są prosto z łodzi. Dodatkowo obok portu znajduje się nieduży targ rybny, w którym sprzedawane są ryby już wstępnie oprawione a także kraby i inne owoce morza, z których nazwaniem miałbym spory problem:

Jeśli mowa o problemach z nazywaniem owoców morza to zaraz po wyjściu z autobusu natknąłem się na stoisko, na którym sprzedawane były – no właśnie – pytanie co to jest…ani małża, ani duża ostryga. Może ktoś pomoże ?

Sprzedawca na życzenie klientów specjalnym śrubokręto-hakiem otwierał muszle i wyciągał ich wnętrzności, które są główną atrakcją kulinarną:

Jak widać jest to coś całkiem sporego ale szczerze mówiąc mnie to nie przekonało – tzn. musiałbym to zobaczyć może na talerzu:-) Swoją drogą puste muszle były oferowane turystom po kilka euro – intencja sprzedawcy była taka, żeby nic się nie zmarnowało:-)

Na pomostach i łódkach na swoją działkę czekały również pelikany:

Sam port w St.Francois położony jest w głębokiej zatoczce, nad której wejściem przerzucony jest mostek przyciągający wędkarzy.

Dopiero po wejściu na mostek widać, że prąd morski lub wiatr wpychają wody z morza do zatoczki – a wraz z nim ryby. Woda jest krystalicznie czysta w związku z czym widać było, że ich tutaj nie brakuje. Z samego mostku roztacza się widok na cały port rybacki:

Ale moim celem było jak wspomniałem La Pointe des Chateaux. Po przyjeździe do St. Francois czekała na mnie niemiła niespodzianka - okazało się niestety, że aktualnie autobusy do tego urokliwego miejsca nie jeżdżą.

GPS w telefonie mnie poinformował, że do mojego celu-cypla jest 5 km więc specjalnie nie zrażony ruszyłem w trasę chcąc przy okazji zobaczyć położone po drodze plaże i zatoczki. Najpierw jednak miałem okazję zaliczyć pierwszorzędną ulewę. Nie wybierając się w tym dniu w góry nie zabrałem ze sobą ani parasola ani płaszcza przeciwdeszczowego i to był bardzo duży błąd. Przed całkowitym przemoczeniem uchroniło mnie jakieś drzewo z olbrzymimi liśćmi:-) Na szczęście ulewa trwała tradycyjnie czyli do 15 minut. Wkrótce po niej zaczęła się równie tradycyjna "parówka" - słońce zaczęło palić niemiłosiernie a wszystkie chmurki gdzieś znikły.

Tuż po wyjściu z St.Francois miałem okazję zobaczyć pierwszą z licznych i praktycznie opustoszałych plaż:

Plaże w tej części wyspy są zarówno piaszczyste jak i kamieniste – i z reguły bardzo wąskie. Kawałek potem natknąłem się na "wysypisko " muszli po wspomnianych wcześniej małżach/ostrygach (?):

Jak widać, lokalni sprzedawcy te muszle, których nie uda im sprzedać oddają morzu . Dodam tylko, że zapach w okolicy do najprzyjemniejszych nie należał – dobrze o tym wiedzieć przed zakupem takiej muszli bezpośrednio po wyjęciu z niej wnętrzności – wymaga ona chyba jeszcze poważnych zabiegów sanitarnych, aby można ją było położyć na regale:-)

Za St.Francois rozciągają się liczne zatoczki klifowe – praktycznie każda z nich jest inna:

W ogóle cały ten odcinek jest bardzo urokliwy. Idąc wzdłuż głównej drogi co jakiś czas skręcałem w stronę brzegu podziwiając tutejsze okoliczności przyrody.

Niestety mojemu GPS-owi chyba coś się pokręciło bo ostatecznie okazało się, że do mojego punktu docelowego jest nie 5 a 9 km – a to zasadnicza różnica. Dotarłem tam jednak w miarę sprawnie i muszę przyznać, że miejsce faktycznie warte jest wizyty.

La Pointe des Chateaux to najbardziej wysunięty na wschód przylądek Gwadelupy, gdzie można zobaczyć niesamowity morski spektakl, podczas którego morskie fale rozbijają się o dziwnie uformowane skały. Na samym przylądku został umieszczony krzyż widoczny z oddali – zarówno od strony morza jak również z plaż od strony St.Francois.

Wzniesieniu z krzyżem towarzyszy kilka skał:

Z kolei po drugiej stronie mojego "punktu obserwacyjnego" ulokowana była piękna zatoczka z wystającymi formacjami skalnymi tworzącymi coś na wzór falochronu:

Oczywiście z La Pointe des Chateaux nie miałem najmniejszej ochoty wracać pieszo. Stwierdziłem, że tym razem spróbuję podróży autostopem. Poszło bardzo szybko – pierwszy samochód zatrzymał się po kilku minutach. Okazało się, że podróżujące nim małżeństwo Francuzów przebywające tutaj na wakacjach całkiem sprawnie sobie radzi z angielskim i po krótkiej wymianie grzeczności wylądowałem na tylnym siedzeniu ich samochodu:-) Początkowo planowałem wrócić do St.Francois i stąd autobusem w stronę P-a-P ale okazało się, że jadą oni do St. Anne – kolejnej urokliwej miejscowości położonej mniej więcej w połowie drogi pomiędzy St.Francois a P-a-P. Bez problemu zgodzili się podrzucić mnie do centrum St.Anne, gdzie dotarliśmy w niespełna pół godziny.

Saint-Anne już na pierwszy rzut oka przypomina kurort turystyczny. Praktycznie w centrum miejscowości ulokowana jest całkiem spora i naprawdę ładna plaża, której towarzyszy cała masa straganów, budek, restauracji i innych atrakcji turystycznych. Sama plaża wygląda tak:

Wzdłuż morza ciągnie się deptak-promenada, którym można przejść całkiem spory odcinek:

Tuż po przejściu całej promenady zainteresował mnie lokalny cmentarz, a raczej bardzo nietypowe nagrobki przypominające mini-kapliczki:

A praktycznie tuż za tym miejscem (idąc w kierunku P-a-P) pojawił się drogowskaz do drugiej – i chyba najsłynniejszej plaży w St.Anne – Caravelle. Sama plaża położona jest obok ekskluzywnego ośrodka Club Med – największego jaki w ogóle widziałem na wyspie. Ponieważ przez teren ośrodka nie można przejść, dostęp do plaży jest możliwy nieco z boku – trzeba przy tym najpierw przejść przez mniej atrakcyjny fragment brzegu aby trafić we właściwe miejsce. Ponieważ na Gwadelupie nie jest dozwolone grodzenie plaż dla celów prywatnych, każdy kto dotrze do plaży w ten sposób może na niej zostać – ale niestety nie może korzystać już z plażowych przybytków (prysznice, toalety itd.) ponieważ te leżą już na terenie wspomnianego Club Med. Mimo wszystko warto się tutaj wybrać bo miejsce jest naprawdę warte zobaczenia. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z plaży Caravelle:

Po zakończeniu wizyty w St.Anne wróciłem na główną drogę prowadzącą do P-a-P, gdzie odnalazłem przystanek autobusowy. Nie czekałem na nim nawet minuty, kiedy podjechał jakiś Kreol, który spytał czy jedziemy (ja i jeszcze jedna para oczekująca na przystanku) do P-a-P. Po potwierdzeniu powiedział, że nas zabierze i w ten sposób po kolejnych 20-u minutach byłem w centrum P-a-P. Po drodze mówił, że zawsze chętnie zabiera turystów ponieważ może sobie z nimi porozmawiać i mu się nie nudzi:-) A tak w ogóle to mieszkał 14 lat w Nowym Jorku ale wrócił na Gwadelupę ponieważ nie był w stanie dłużej pracować w tempie jakiego tam od niego oczekiwano. Jak powiedział – tutaj żyje spokojnie a czas płynie wolniej Smile

W drodze do mojej kwatery po bagaże zajrzałem jeszcze na targ w centrum miasta specjalizujący się w sprzedaży lokalnych rumów i nalewek:

A potem – już z bagażami – pokonałem niewielki odcinek jaki dzielił mnie od portu i dosłownie po 10-u minutach poświęconych na oddanie bagażu, kontrolę dokumentów, wykonanie zdjęcia oraz kontrolę bezpieczeństwa stałem przed trapem prowadzącym na statek:

Jak się okazało większości pasażerów spodziewano się dopiero około 20 po przylocie samolotu Air France z Paryża – stąd terminal był praktycznie pusty.

Kabina już czekała w gotowości:

I w ten sposób zakończyła się pierwsza część mojego pobytu na Gwadelupie. Pierwsza bo będę tutaj jeszcze za tydzień i za 2 tygodnie i jakieś plany jeszcze mam. A tymczasem wieczorem wyruszamy w kierunku Tobago.

C.D.N.

Strony

Wyszukaj w trip4cheap