...

 


 


Costa Magica-Gwadelupa, Tobago, Grenada ,Barbados, St.Lucia, Martynika, Aruba, Curacao, Bonaire

72 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
wiktor
Obrazek użytkownika wiktor
Offline
Ostatnio: 9 godzin 2 minuty temu
Rejestracja: 03 mar 2016

Fakt, pogoda nie rozpieszczała.

Która z tych kilku wysp co na razie opisałeś podobała ci się najbardziej ?

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 4 dni 10 godzin temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Myślę, że Grenada i St. Lucia aczkolwiek mówiąc szczerze zdecydowana większość mi się podobała-każda ma sobie coś, co trudno zapomnieć. Łatwiej byłoby wskazać najsłabszą - w tym rankingu najniżej ulokowałbym chyba Tobago.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 4 dni 10 godzin temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Zbliża się połowa rejsu. Kolejną wyspą na naszej trasie jest francuska Martynika.

Na Martynice zatrzymaliśmy się w jej stolicy – Fort-de-France. Ze statku rozpościera się widok na spore miasto z typową miejską zabudową:

Jednym ze znaków rozpoznawczych Martyniki są destylarnie rumu – jedne z najbardziej znanych na Karaibach. Już przy wyjściu z portu na mapce można zlokalizować te najważniejsze:

Mój plan w tym dniu obejmował jednak przede wszystkim wizytę w ogrodzie botanicznym Balata - mającym sławę najładniejszego na Karaibach. Oprócz tego planowałem zajrzeć do pobliskiego lasu deszczowego, w drodze powrotnej obejrzeć kościół Sacre-Coeur będący nieco mniejszym klonem bazyliki o tej samej nazwie zlokalizowanej w Montmartre w Paryżu. Na koniec zostawiłem sobie krótki spacer po samym mieście.

Ogród botaniczny Balata znajduje się w niewielkiej odległości od Fort-de-France. Można tam bardzo łatwo dotrzeć komunikacją miejską, która funkcjonuje w mojej ocenie naprawdę sprawnie i punktualnie. Co istotne – rozkładów jazdy na większości przystanków nie znajdziemy, jednak moje niewielkie empiryczne doświadczenia w tym miejscu pokazały, że można polegać na rozkładzie w internecie, który jest opublikowany na stronie http://www.mozaik.mq .

Do ogrodu botanicznego kursuje bezpośrednio autobus nr 25 (średnio co 30 minut), który po drodze przejeżdża obok bazyliki Sacre-Coeur. Do samej bazyliki z kolei kursuje autobus nr 20. Odległość pomiędzy bazyliką a ogrodami wynosi niespełna 4 km.

Autobus nr 25 odjeżdża z przystanku położonego obok cmentarza przy Rue Andre Aliker, gdzie można dotrzeć z portu na piechotę:

Autobusy są bardzo dobrze oznaczone, czyste i z funkcjonującą z ustawioną na maksa klimatyzacją. Bilet na autobus można kupić w kiosku Mozaik, tuż za rogiem ulicy, przy której znajduje się przystanek linii nr 25 (i wielu innych linii – praktycznie cała wspomniana ulica to ciąg położonych jeden za drugim przystanków autobusowych). Kiosk podobnie jak autobusy jest oznaczony logiem firmy Mozaik odpowiadającej za komunikację miejską w FdF:

Bilet kupiony w kiosku kosztuje 2,30 EUR (tam i z powrotem), można go również zakupić u kierowcy za nieco wyższą cenę (2,50 EUR).

Dojazd do ogrodu Balata zajął mi ok. 30 minut. Autobus po drodze wspina się praktycznie cały czas pod górę – w niektórych miejscach roztaczają się naprawdę ładne widoki.

Jeśli ktoś chciałby się wybrać do ogrodu botanicznego Balata to zdecydowanie polecam zrobić to z samego rana – jest tam wtedy na tyle niewielu zwiedzających, że można zarówno w spokoju obejść ogród jak również zrobić zdjęcia. Ja przyjechałem na miejsce tuż po 9 i wtedy było pod tym względem idealnie. Kiedy wychodziłem już po południu, ilość zwiedzających była naprawdę bardzo duża.

Jeśli chodzi o pogodę to była standardowa:-) To znaczy w ciągu dnia padało co najmniej z 10 razy, w tym kilka razy bardzo intensywnie. Ale zdążyłem się już przyzwyczaić i powoli zacząłem to traktować jak coś normalnego:-)

Po dojechaniu na miejsce można zobaczyć tablicę powitalną a w tle góry i las deszczowy – za mniejszą lub większą mgłą:

Przed wejściem do ogrodu nie było ani tłumu ani kolejki do kasy biletowej:

Bilet do ogrodu kosztuje 13,50 EUR. Przy jego zakupie warto zaopatrzyć się w mapkę ogrodu, aby optymalnie zaplanować sobie jego zwiedzanie i ewentualnie nie ominąć którejś z jego części.

Po minięciu kasy, przeszedłem przez zabytkowy domek-niegdysiejszą rezydencję założyciela ogrodu, w którym zlokalizowana jest mała ekspozycja:

…a następnie wyszedłem na dziedziniec, od którego odchodzą główna alejka oraz ścieżki prowadzące w różne części ogrodu. Pierwszą uwagę przyciągają w tym miejscu liczne i bardzo hałaśliwe kolibry, dla których zawieszono tutaj kilka poidełek:

Ptaszek ten co ciekawe praktycznie ani na chwilę nie przysiada i w ogóle jest niezwykle ruchliwy – z tego powodu bardzo trudno jest mu zrobić dobre zdjęcie.

Sam ogród jest absolutnie czarujący i pozytywne opinie na jego temat nie są ani odrobinę przesadzone. Tysiące gatunków drzew, krzewów, kwiatów czy różnego rodzaju traw są zaaranżowane w niesamowity sposób i bardzo zadbane. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z tego miejsca – zapewniam przy tym, że nie oddają one wrażeń, jakie można odnieść na miejscu:

Dużą atrakcją w ogrodzie Balata jest możliwość jego zwiedzania ścieżkami podwieszonymi do drzew nawet kilkadziesiąt metrów powyżej poziomu gruntu. Uprzedzam jednak, że są bardzo chybotliwe i dla osób o słabych nerwach lub lęku przestrzeni niekoniecznie może jest to najlepsze rozwiązanie – ale widoki z tego poziomu są nieprawdopodobne:

Warto przy tym dodać, że na każdym odcinku pomostów mogą jednocześnie znajdować się maksymalnie dwie osoby – w związku z tym przejście tej trasy chwilę zajmuje (wg tablic powinno to zająć ok. 15 minut, w realu prawie dwa razy tyle) . Z tego powodu warto wizytę w ogrodach – szczególnie rano – zacząć właśnie od tego miejsca. Później zaczynają się formować kolejki i trzeba się liczyć z czekaniem na wejście na pomosty.

Zarówno z pomostów jak również z samego ogrodu roztacza się niesamowity widok na sąsiadujący z ogrodem las deszczowy:

…który wraz z górami na przemian przykryty jest mgłą lub całkowicie odsłonięty. W ciągu dnia wielokrotnie można obserwować spektakl zasłaniania/odsłaniania lasu i gór:

Wizyta w ogrodzie Balata jest w mojej ocenie prawdziwym "must see" na Martynice – warta zarówno czasu jak i pieniędzy i zdecydowanie ją polecam każdemu odwiedzającemu Martynikę.

Po wyjściu z ogrodu, chciałem skorzystać z okazji, że ogród zlokalizowany jest w bezpośrednim sąsiedztwie lasu deszczowego. W związku z tym bezpośrednio po wyjściu skierowałem się w kierunku szosy, którą przyjechałem z miasta i skręciłem na niej w lewo (czyli kierunku przeciwnym niż FdF) po czym po przejściu kilkuset metrów, ukazał się drogowskaz na Absalon:

Absalon to dawne, nieczynne już uzdrowisko, w którego okolicach rozpoczyna swój bieg kilka szlaków prowadzących do lasu deszczowego oraz pobliskich wodospadów. W zasadzie podstawą jest jeden szlak okrężny, którego pokonanie zajmuje ok. 2 godziny. Pozostałe szlaki odchodzą w różne strony właśnie od niego.

Droga do Absalon prowadzi początkowo wzdłuż szosy (jest to ślepa ulica w związku z tym ruch na niej był zerowy) obok bardzo gęstego lasu deszczowego:

Wejście na szlak okrężny trudno przeoczyć:

Niestety już od początku widać, że na szlaku będzie bardzo mokro…:

Szczerze mówiąc spodziewałem się tego po kilku ulewach, które miały miejsce jeszcze podczas wizyty w ogrodzie Balata, ale chciałem się przekonać co do warunków na miejscu na własnej skórze. Bardzo szybko pojawiło się również porządne błoto:

Las wzdłuż szlaku przypominał ten na Gwadelupie – o ile nie był jeszcze gęstszy:

Po około 20 minutach rozpoczęła się kolejna ulewa i dałem sobie spokój z dalszym forsowaniem szlaku. Nie miałem ochoty na kolejne przemoczenie butów z racji planów na Gwadelupie następnego dnia. Powoli wróciłem zatem do punktu wyjścia czyli szosy – dodam, że wcale nie było to łatwe – schodzenie z góry w błocie to spore wyzwanie.

Wracając w stronę głównej drogi przeszedłem jeszcze przez stary most Baron podwieszony bardzo wysoko nad strumykiem oraz wodospadem o tej samej nazwie:

…i powoli skierowałem się w stronę FdF.

Poniżej zamieszczam kilka ujęć wspomnianej już bazyliki Sacre-Coeur, do której zajrzałem po drodze. Robi naprawdę duże wrażenie, chociaż uczciwie trzeba też przyznać, że jest bardzo zaniedbana i widać, że niszczeje w bardzo szybkim tempie – zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz:

Sprzed platformy przed wejściem do bazyliki roztacza się natomiast piękny widok na Fort-de-France:

Chwilę później przyjechał autobus, którym wróciłem do miasta.

Jeśli chodzi o samo miasto FdF to muszę przyznać, że prezentuje się bardzo dobrze – jak typowe miasto europejskie. Pointe-a-Pitre na Gwadelupie przy FdF to naprawdę ubogi i zaniedbany krewny. W mojej ocenie różnica jest olbrzymia – zarówno jeśli chodzi o sposób i intensywność zabudowy, szerokie ulice oraz widoczne na każdym kroku dbałość o czystość oraz porządek.

W pobliżu portu warto rzucić okiem na fort St.L ouis:

…obok, którego znajduje się niewielka plaża oraz park:

Z kolei budynkiem w FdF, który przynajmniej na mnie zrobił największe wrażenie jest położona w niewielkiej odległości od fortu Biblioteka Schoelchera:

Do wnętrza biblioteki jest swobodny dostęp dla każdego - można przeglądać tam księgozbiór, zatrzymać się w czytelni lub najzwyczajniej w świecie skorzystać z bardzo dobrego dostępu do internetu. Wnętrza prezentują się równie interesująco jak cały budynek z zewnątrz:

Ja tymczasem pokręciłem się jeszcze po okolicznych uliczkach i wróciłem powoli na statek. Na Martynice będziemy jeszcze raz za tydzień i wtedy mam zaplanowany wyjazd nieco dalej. Ale o tym napiszę trochę później.

C.D.N.

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Offline
Ostatnio: 3 dni 1 godzina temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

No nie ,znowu ulewy he he , cos niesamowitego..

Ogród był piekny , mi też się bardzo podobał. Podrzucę ci koliberka tego przy wejściu ,w pełnej krasie

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 4 dni 10 godzin temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Nelcia, zdjęcie po prostu perfekcyjne biorąc pod uwagę jak ruchliwe są te stworzonka!

A co do ulew to ja je miałem chyba w formie jakiegoś bonusu. W którymś momencie przestałem w każdym razie na nie zwracać jakoś szczególnie uwagę:-)

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 4 dni 10 godzin temu
Rejestracja: 29 lip 2017

W środku rejsu mieliśmy zaplanowany całodniowy postój na Gwadelupie. To tutaj większość pasażerów zaczyna i kończy rejs – w zależności od konfiguracji 7-o lub 14-o dniowy. Zresztą za tydzień i dla mnie tutaj skończy się wyprawa po Karaibach…

Miejsce było mi już znane – spędziłem tu nieco czasu przed wejściem na statek, w związku z czym po opuszczeniu statku sprawnie zabrałem się za realizację planu na ten dzień.

Postanowiłem ponownie powrócić na Base Terre i co prawda dałem sobie już spokój z wielkimi wodospadami Les Chutes du Carbet, chciałem jednak zobaczyć coś znacznie mniejszego ale wymienianego we wszystkich przewodnikach z Gwadelupy – wodospad Cascade aux Ecrevisses oraz okoliczny las deszczowy. Gdy podzieliłem się tym planem z moją gospodynią, u której mieszkałem przed rozpoczęciem rejsu, ze śmiechem stwierdziła, że to najbardziej oklepany punkt wycieczek po Base Terre na Gwadelupie, do którego pielgrzymują wszyscy autobusami, jej zdaniem zupełnie nie wart sławy jaka go otacza. Powiedziała zresztą, że popularność tego miejsca bierze się w 99% z jego dostępności – jest położone mniej niż 500 metrów od głównej drogi i parkingu a szlak na miejsce to wybrukowany lub wyłożony drewnem chodnik a nie normalna droga przez las. Zdecydowanie mi go odradziła zachęcając do zobaczenia położonego w pobliżu wodospadu Saut de la Lezarde. Powiedziała, że z racji tego, że miejsce to jest dużo trudniej dostępne, dociera tam mało turystów i zazwyczaj poza miejscowymi są to głównie grupki prowadzone przez lokalnych przewodników.

Stwierdziłem, że nie będę dyskutował z tymi argumentami. Zgodnie ze wskazówkami Nelly, mapą w ręku oraz kartką z nazwą miejsca, gdzie kierowca ma mnie wysadzić udałem się z samego rana na znany mi już dworzec Bergevin. Pokazałem kartkę kierowcy pierwszego busa ale ponieważ niewiele to pomogło pokazałem mu również miejsce na mapie. I wtedy zaczęło się ciekawe przedstawienie – kierowca z mapą w ręku poszedł do swoich kolegów, z którymi zorganizowali szybkie konsylium kto pojedzie w to miejsce. Okazało się, że nie leży ono na typowej trasie busa i potrzebna jest korekta standardowego kursu (normalna rzecz na Gwadelupie). W końcu szczęśliwie ustalili, do którego busa mam wsiąść. Zapłaciłem za przejazd (2 EUR) i po chwili wyruszyliśmy. Jak się okazało po drodze, moje miejsce docelowe do końca nie było dla kierowcy jasne – musiał się kilkakrotnie konsultować z pasażerami oraz osobami przy drodze (a ja dodatkowo kontrolowałem sytuację na GPS na telefonie) ale w końcu po jakichś 30 minutach szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Jakby ktoś był zainteresowany dokładniejszymi szczegółami to proszę o sygnał:-)

Z busa wysiadłem na skrzyżowaniu obok drogowskazu na Saut de la Lezarde:

…i to był ostatni znak do mojego punktu docelowego jaki w tym dniu zobaczyłem:-)

Ruszyłem w drogę posiłkując się mapą i GPS jednak nie mogąc nigdzie znaleźć żadnego szlaku ani drogi odchodzącej od szosy zasięgnąłem w końcu języka u miejscowych, którzy wskazali mi jakąś ruderę mówiąc, że szlak zaczyna się po jej lewej stronie oraz, że jest całkowicie nieoznaczony.

Dowiedziałem się, że powinienem cały czas podążać ścieżką, która przez większość czasu była na tyle wyraźna, że nie było wątpliwości, gdzie należy iść. W jedynym miejscu, w którym się rozwidlała kierowałem się słuchem – skręciłem w lewo bo wydawało mi się, że tam słychać jakąś rzekę (a uznałem, że skoro u celu ma być wodospad to musi też być rzeka). GPS jest w lesie średnio przydatny ponieważ ścieżka bardzo kluczy – można z jego pomocą kontrolować tylko generalny kierunek.

Jeśli chodzi o stan szlaku, początek trasy zapowiadał się całkiem nieźle – nie było na nim ani kałuż ani błota:

Niestety w miarę jak szlak się zwężał, warunki na nim coraz bardziej się pogarszały.

W ogóle warto dodać, że o stan tej ścieżki raczej nikt nie dba i wszystkim reguluje natura. W związku z tym w wielu miejscach można na niej spotkać wywrócone drzewa, które trzeba obchodzić – co biorąc gęstość lasu w sąsiedztwie niekoniecznie jest proste:

Niestety po jakichś 20-u minutach marszu rozpoczęła się naprawdę porządna ulewa:

Ścieżka do wodospadu prowadziła coraz bardziej w dół a miejscami była bardzo stroma. Ale cel - sam wodospad okazał się naprawdę niezwykle widowiskowy. Ma kształt przypominający literę "U", z której środkowej części spada właściwy wodospad, a z obu boków - liczne drobne strumyczki, których prawie nie widać na zdjęciach. Wodospad położony jest w dolinie – nad nim z kolei "wisi" bardzo gęsty las – ściana zresztą jest tak stroma, że jej przejście możliwe byłoby chyba tylko z linami w stylu górskim:

U podstawy wodospadu jest całkiem spory zbiornik, w którym można było zobaczyć kąpiących się turystów:

Przed wodospadem przez las kluczy bardzo typowa górska rzeka z kamienistym korytem, nad którą rozpościerają się bardzo nisko gałęzie drzew:

Przejście wzdłuż rzeki w pozycji wyprostowanej moim zdaniem było praktycznie niemożliwe.

Jeszcze jedno ujęcie wodospadu z góry:

Miejsce spodobało mi się na tyle, że przed dłuższy czas nie chciało mi się w ogóle stamtąd wracać.

Jeśli chodzi o okolice wodospadu, to las w tym miejscu jest naprawdę bardzo gęsty:

Zresztą w czasie mojej wędrówki oraz już na miejscu padał dość intensywny deszcz, który bardzo skomplikował drogę powrotną. Z góry (tzn. skąd przyszedłem) w kierunku rzeki zaczęły płynąć liczne strumyczki a moja ścieżka stała się jednym z nich. Pomijam już, że sama wędrówka pod górę do najłatwiejszych nie należała. W efekcie nie wiedząc gdzie, musiałem zboczyć ze słabo teraz widocznej ścieżki i najzwyczajniej w świecie zgubiłem się w lesie. Nie byłem chyba pierwszym, który miał ten problem ponieważ idąc bardzo powoli przed siebie widziałem w niektórych miejscach odbite ślady podeszw Smile Kierowałem się przy tym GPS-em i zdrowym rozsądkiem – tzn. nie pchałem się tam, gdzie na pierwszy rzut oka było widać, że może być problem z przejściem lub tam, gdzie było bardzo stromo. Gdyby było sucho, może i dałoby się tam przejść ale w błocie nie było na to najmniejszych szans.

W końcu (nie zajęło to długo-max. 20 minut) dotarłem do skraju drogi – tzn. na wysokości mojej szyi zobaczyłem drogę ale nie bardzo miałem jak na nią wyjść ponieważ przede mną była ponad 1,5 metrowa pionowa ściana z błota. W końcu udało mi się to jakoś obejść. W tym miejscu wyszedłem na drogę:

Nie widać tego na zdjęciu, ale obok tego drzewa z dużymi liśćmi (wyglądał jak bananowiec ale nie miał owoców) jest duży usok – "stopień" w dół.

Okazało się, że jest to max. 50 metrów od skrzyżowania z drogowskazem, gdzie wysiadałem z busa. Ale w drugą stronę (tzn. z tej dziury do wodospadu) na pewno nie chciałbym iść – stromizna taka, że można by było połamać nogi…

Z reporterskiej rzetelności dodam, że buty miałem przemoczone a cały byłem naprawdę porządnie zabłocony. Dobrze, że na statku miałem możliwość skorzystania z pralni i doprowadzić moją garderobę do stanu używalności bo wizyty w lasach deszczowych (ta i poprzednie) na Karaibach mocno ograniczyły to co pozostawało mi dostępne:-)

Ta część wycieczki zajęła mi około 2 godziny z czego co najmniej 40 minut spędziłem przy samym wodospadzie a pewnie jeszcze z pół godziny próbując przeczekać największe ulewy w jakimś bezpiecznym miejscu (o to w lesie nietrudno – trzeba tylko poszukać jakiegoś drzewa z większymi liśćmi Smile ). W sumie gdyby nie deszcz to tę trasę określiłbym i tak jako niespecjalnie wymagającą – deszcz i jego skutki (przede wszystkim błoto) znacząco ją utrudniły.

Będąc w tej okolicy stwierdziłem, że zobaczę również wspomniany na wstępie wodospad Cascade aux Ecrevisses. Kierując się w jego stronę przez moment była widoczna panorama na góry Base Terre – raczej nie ma wątpliwości, że była w nich porządna ulewa:

Po drodze na wodospad minąłem kilka strumieni, nad którymi przebiegała droga:

…i dotarłem do przystanku o nazwie Corossol, na który można dojechać również busem z dworca Bergevin. O dziwo był na nim rozkład jazdy Smile

Dalej było dokładnie tak jak powiedziała Nelly. Od przystanku autobusowego (i parkingu obok) do wodospadu było nie więcej niż 500-700 metrów, którą można było pokonać spacerkiem w komfortowych warunkach. Żadnego błota ani kałuż – pomimo, że znowu porządnie się rozpadało. Tak wygląda ścieżka do wodospadu:

A to pierwszy rzut oka na wodospad, u podnóża którego kąpało się właśnie kilka osób:

Strumień, spadający z wodospadu wpada tuż za nim do większej rzeki. Całość robi naprawdę niezłe wrażenie:

Dla najbardziej wygodnych turystów przy wodospadzie Cascade aux Ecrevisses został nawet zbudowany pomost widokowy, z którego można zrobić zdjęcie całości:-) To zdjęcie wykonane zostało właśnie z tego miejsca:

Muszę jednak zgodzić się z moją gwadelupską gospodynią, że w porównaniu do pierwszego wodospadu, Cascade aux Ecrevisses wypada znacznie słabiej. Ale z drugiej strony Saut de la Lezarde nie jest zbyt łatwo dostępny a ścieżka do tego miejsca nie jest oznaczona, w związku z czym turystom jest tam dużo trudniej się dostać.

Ponieważ w tym momencie rozpadało się na dobre, odpuściłem sobie wycieczkę do lasu deszczowego po szlaku edukacyjnym, który zaczyna się ok. 15 minut od wodospadu. Praktycznie gdy tylko zatrzymałem się przy przystanku autobusowym, złapałem autostopa (w zasadzie zatrzymał się sam-okazało się zresztą, że jechali nimi Niemcy zwiedzający właśnie wyspę) i w mniej niż pół godziny dotarłem do P-a-P, a stamtąd po krótkiej przechadzce po mieście wróciłem na statek.

Dwie wyprawy na Base Terre na Gwadelupie pokazały mi, że jest to miejsce naprawdę warte zobaczenia. W każdym razie wszystkim lubiącym od czasu do czasu oderwać się od plaży mogę spokojnie polecić tę jej część na bliskie spotkania z nieznaną w Europie stroną natury:-) Naprawdę warto !

_Huragan_
Obrazek użytkownika _Huragan_
Offline
Ostatnio: 1 tydzień 2 godziny temu
Rejestracja: 13 cze 2015

Polski Solaris-mily akcent

https://marzycielskapoczta.pl/

Napisz pocztowke ze swoich podrozy do chorych dzieci

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Offline
Ostatnio: 3 dni 1 godzina temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Kapitalny ten las deszczowy, fajne krajobrazy. Gwadelupa mi się podoba Yahoo

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 4 dni 10 godzin temu
Rejestracja: 29 lip 2017

No i dotarliśmy do Curacao położonego niedaleko od wybrzeży Wenezueli.

Zatrzymaliśmy się tutaj w Willemstad –niezwykle malowniczej miejscowości, której kolorowa starówka jest wpisana na listę UNESCO i jest naprawdę urzekająca. Samo miasto podzielone jest na dwie części: Otrobanda oraz Punda, pomiędzy którymi granicę wyznacza kanał wodny. Kanał ten jest jednocześnie drogą wodną, który prowadzi do dużej, położonej w głębi lądu zatoki, przy której z kolei funkcjonuje jedna z największych rafinerii ropy naftowej na Karaibach.

Pomimo, że wyspa jest stosunkowo nieduża posiada sprawnie funkcjonującą komunikacją. W zależności od tego, na którą część wyspy chcemy dotrzeć musimy najpierw udać się na jeden z dworców – nazwanych od nazw dzielnic Otrobanda lub Punda (trasy linii z obu dworców pokrywają się w niewielkim stopniu). Chociaż z racji niedzieli autobusy nie jeździły zbyt często, z mojego punktu widzenia nie stanowiło to problemu. Bazowałem przy tym na rozkładach ze strony http://autobusbedrijf.org/?lang=en – jak się okazało, zarówno układ linii jak również rozkłady jazdy były zgodne z tym co weryfikowałem później w rzeczywistości:-)

Statek zacumował w dzielnicy Otrobanda, skąd udałem się na pobliski dworzec autobusowy. W planach miałem w pierwszej kolejności wycieczkę do jaskini Hato położonej w północnej części wyspy, w okolicach lotniska. Oznaczony autobus przyjechał zgodnie z rozkładem jazdy:

Bilet można kupić bezpośrednio u kierowcy przy wsiadaniu do autobusu. Chociaż Curacao ma swoją walutę (guldeny nawiązujące do przed-eurowych guldenów holenderskich), można tutaj było bez problemu płacić dolarami amerykańskimi (1 USD/os.).

Po około 20 minutach dotarłem na miejsce. Już pierwszy rzut oka na otoczenie nie pozostawiało wątpliwości, że Curacao musi mieć zupełnie inny klimat niż odwiedzone wcześniej wyspy. Pierwsze w oczy rzuciły się dorodne kaktusy, które jak przekonałem się niewiele później są obecne tutaj praktycznie na każdym kroku:

Zresztą o ile na Gwadelupie czy Martynice można było sobie wyobrazić forsowanie lasu deszczowego (chociaż byłoby to trudne) poza szlakiem, to forsowanie lasu kaktusowego na Curacao bez tarana-jakiegoś spychacza lub traktora wydaje się niewykonalne. Kaktus rośnie tutaj dosłownie na kaktusie.

Sama jaskinia Hato położona jest generalnie pośrodku niczego – w sąsiedztwie poza kaktusami nie widać jakiejś poważniejszej zabudowy. W związku z tym trudno było przeoczyć bramę prowadzącą do mojego celu:

Bilet kosztuje 9 USD, można płacić kartą kredytową. Zwiedzanie odbywa się w niewielkich grupach wyłącznie z przewodnikiem – same grupy są formowane na bieżąco a czas oczekiwania nie powinien przekraczać 15 minut. Sama wycieczka po jaskini trwa ok. 40 minut.

Aby dotrzeć do jaskini, trzeba podejść schodkami do góry do miejsca, gdzie zlokalizowane jest wejście. W skałach widocznych na poniższych fotkach schowana jest jaskinia Hato:

Sprzed samego wejścia do jaskini widać pas startowy pobliskiego lotniska z "zaparkowanymi" na nim maszynami:

…a przyglądając się uważnie otaczającym drzewom można wypatrzeć wygrzewające się na nich iguany:

Tak wygląda samo wejście do jaskini:

Niestety po przekroczeniu tego miejsca, w samej jaskini – poza jednym miejscem – obowiązuje zakaz fotografowania. Według słów przewodniczki został wprowadzony w celu ochrony formacji skalnych jak również ptaków, które wlatują do jaskini i błądzą po niej a aparaty i flesze rzekomo doprowadzały je do szaleństwa…

Sama trasa ma nie więcej niż 200-300 metrów długości i prowadzi przez kilka połączonych ze sobą sal. Jaskinia Hato jest zbudowana ze skał wapiennych a jej największą atrakcją są olbrzymie stalaktyty i stalagmity. Jest na pewno mniejsza od opisywanej wcześniej przeze mnie jaskini Harrisona na Barbadosie a także jest w niej bardziej sucho.

W sali, do której wpada dzienne światło (otwór jest w sklepieniu) można było wykonać zdjęcia – uczciwie jednak mówiąc jest to najmniej atrakcyjna część Hato i ocenianie na ich podstawie całej jaskini na pewno nie byłoby do końca właściwe:

Ponieważ po wyjściu z jaskini miałem jeszcze trochę czasu do przyjazdu autobusu, zrobiłem sobie wycieczkę po krótkiej trasie indiańskiej położonej w pobliżu jaskini. Jest to w dużym uproszczeniu ścieżka idąca z jednej strony w bliskim sąsiedztwie skał, w których schowana jest jaskinia, z drugiej zaś – przez "las kaktusowy":

Ścieżka jest praktycznie pusta – zdecydowana większość zwiedzających jaskinię nie dociera do niej. Może dzięki temu na ścieżce można co chwilę spotkać jakiegoś mniejszego lub większego gada, dzięki którym odnosi się wrażenie, że ścieżka się dosłownie rusza. Są to w zdecydowanej większości małe jaszczurki w różnych kolorach oraz iguany. Niektóre potrafią mieć konkretniejsze rozmiary:

Dopóki nie zobaczą one człowieka poruszają się niezwykle dostojnie i powoli – z nóżki na nóżkę. Gdy iguana ze wspomnianego zdjęcia mnie jednak dostrzegła, włączyła taki dopalacz, że nawet konstruktorzy Formuły 1 byliby zachwyceni. Nawet nie wiedziałem kiedy i gdzie znikła. O gadziej "drobnicy" nawet nie wspominam – jest ona tak szybka, że jej sfotografowanie wymagałoby anielskiej wręcz cierpliwości, dużej dawki szczęścia i świetnej optyki w aparacie – a jest to tym trudniejsze, że ich ubarwienie doskonale się zlewa z otoczeniem i naprawdę trudno je zauważyć dopóki nie zaczną uciekać. Ale gdy już zaczną uciekać, czas kiedy je widać można liczyć w pojedynczych sekundach:-)

Po wizycie na ścieżce indiańskiej wróciłem na przystanek autobusowy – oznaczony jak wszystkie przystanki w "terenie" charakterystycznymi słupkami:

…gdzie punktualnie kilka minut później punktualnie pojawił się autobus jadący na dworzec Otrobanda.

Mówiąc o komunikacji na Curacao warto wspomnieć jeszcze o drugiej jego formie – małych busikach bez numerów, które o tym, że pełnią funkcję komunikacji miejskiej można poznać po tym, że ich numer rejestracyjny, zaczyna się od "BUS". Jeżdżą podobnie jak marszrutki, modyfikując czasami nieznacznie trasę. Mi zdarzyło się korzystać z niej raz – koszt wyniósł ok. 1,5 USD (około bo z dwóch dolarów dostałem kilka monet reszty w tutejszych guldenach):

Wspomnianym busikiem dojechałem do dworca Punda, którego jedną z atrakcji jest "pływający targ". Niestety ze względu na niedzielę w całym Curacao mało co było otwarte (głównie sklepy z pamiątkami i knajpki), w związku z czym na pływającym targu również niewiele się działo:

Normalnie jest to jednak podobno miejsce pełne życia i ludzi:-)

Mówiąc o obu dzielnicach Willemstad czyli Otrobandzie oraz Pundzie nie można nie wspomnieć o tym, że połączone są dwoma niezwykłymi mostami. Pierwszy - królowej Juliany to potężna, zawieszona bardzo wysoko konstrukcja górująca nad miastem – bezpośrednio pod nią mogą przepływać największe jednostki. Z kolei drugi – zabytkowy most królowej Emmy to most pontonowy, pod którym nie przepłynie raczej nic – może poza rybami:-). Wejście do zatoki oraz oba mosty widać na poniższym zdjęciu:

Konstrukcja mostu królowej Emmy o tyle ciekawa, że w razie potrzeby , most może być bardzo szybko złożony – wówczas jeden koniec mostu jest odczepiany od strony Pundy, a następnie cały most "przepływa" w taki sposób, że przybija do drugiego brzegu. Podobne mosty widziałem niedawno płynąc przez Kanał Sueski. Operację taką można oglądać wielokrotnie w ciągu dnia – dzieje się to nawet wówczas, gdy na moście są jacyś przechodnie. Nie mogą oni wówczas jedynie z niego zejść – ale mają zapewnioną ciekawą przejażdżkę:-)

Rozmiaru mostu królowej Juliany można docenić dopiero gdy widać przepływające pod nim jednostki – np. poniżej widać przepływającą sporych rozmiarów barkę wraz z holownikami (ale pod mostem tym przepływają również znacznie większe jednostki):

W tym czasie most królowej Emmy był już złożony a wyjście z kanału na morze całkowicie otwarte. Normanie w miejscu, w którym płynie barka rozłożony jest właśnie ten most:

Natychmiast po przepłynięciu barki rozpoczęła się operacja rozkładania mostu pontonowego:

…i już po wszystkim:-)

Aby nie paraliżować miasta, w czasie kiedy most pontonowy jest złożony, łączność zapewniają kursujące bardzo często bezpłatne promy miejskie.

Willemstad jest niezwykle malowniczym miasteczkiem, którego kamienice oraz większość obiektów użyteczności publicznej robią olbrzymie wrażenie. Po stronie Otrobandy może mniej, np.:

…ale widok na nabrzeże Pundy jest naprawdę niezwykły:

Zresztą budynki w głębi Pundy są również bardzo malownicze i w większości utrzymane w naprawdę świetnym stanie, np. jedna z uliczek handlowych:

…jeden z urzędów:

…komisariat policji:

…czy w końcu dawny kościół – a obecnie siedziba prokuratury:

Obok mostu królowej Emmy, po stronie Pundy można również zobaczyć Fort Amsterdam będący siedzibą gubernatora i wyspiarskich urzędów:

A to budynki wewnątrz fortu Amsterdam:

Zresztą Fort Amsterdam nie jest jedynym w Willemstad. Po przeciwnej stronie kanału znajduje się z kolei Fort Rif, który po rekonstrukcji zamieniony został w centrum handlowo – gastronomiczne:

Z fortu Rif do miejsca, w którym zacumowany był nasz statek prowadziła promenada historyczna, przy której umieszczono tablice informujące o historii Curacao oraz zamieszkującej wyspę ludności:

Na przykład można się z nich dowiedzieć, że papiamento czyli miejscowy język (mający status jednego z języków urzędowych) powstał w wyniku potrzeby zapewnienia komunikacji pomiędzy pochodzącymi z różnych stron świata kolonizatorami, miejscowymi oraz niewolnikami i zawiera zapożyczenia z wielu języków – m.in. angielskiego, niderlandzkiego, hiszpańskiego, francuskiego oraz licznych dialektów afrykańskich. Na pocieszenie mogę dodać, że praktycznie każdy włada tutaj świetnie językiem angielskim – a do tego niderlandzkim i hiszpańskim. W każdym razie z problemem komunikacyjnym się tutaj nigdzie nie spotkałem.

W parku przy promenadzie można spotkać iguany, które jednak widząc ludzi natychmiast uciekają:

Nie należy się im dziwić – jednym z przysmaków na Curacao (i nie tylko) jest zupa z iguany reklamowana tutaj prawie na każdym szyldzie restauracji. Widocznie iguany są tego świadome i uciekają, żeby nie skończyć w czyimś garnku Smile

Już po wypłynięciu, wieczór na statku był jak zwykle wypełniony bogatym programem. Na początek przedstawienia w teatrze nowi pasażerowie mieli okazję zapoznać się z szefostwem hotelu:

…a później zaprezentowano niezłe show poświęcone muzyce filmowej:

Dodatkowo z racji tego, że przydała wówczas kolejna dla mnie a dla części pasażerów pierwsza "biała noc", można było skorzystać wieczorem z bogatego baru owocowo-deserowego przy basenie:

…oraz zobaczyć mistrza rzeźby w lodzie w akcji:-)

A tymczasem na horyzoncie Aruba:-)

C.D.N.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 4 dni 10 godzin temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Aruba to druga z wysp ABC (Aruba, Curacao, Bonaire), które odwiedziliśmy w trakcie rejsu. Położna jest jeszcze bliżej wybrzeży Wenezueli niż odwiedzane poprzedniego dnia Curacao. Teoretycznie jest to (podobnie jak Curacao) terytorium zależne Holandii o specjalnym statusie, w praktyce (w pewnym uproszczeniu) zwierzchnictwo Holandii ma charakter tytularny i można mówić o Arubie jak o prawie niepodległym państwie. Aruba nie jest jednak częścią Unii Europejskiej. W odróżnieniu od terytoriów zamorskich Francji na Karaibach – Gwadelupy czy Martyniki, obowiązującą walutą nie jest tutaj w każdym razie euro a dzwoniąc do Europy trzeba być przygotowanym na bardzo wysokie opłaty roamingowe.

W stolicy Aruby – Oranjestad (niektórzy miejscowi upraszczali tę nazwę do "orange" przywitała nas porządna ulewa. Biorąc pod uwagę, że ta wyspa jest już dość sucha, było to coś mocno nietypowego – nawet miejscowi mówili później, że o tej porze roku intensywne opady zdarzają się relatywnie rzadko.

Ze względu na ulewę w pierwszej kolejności skierowałem swoje kroki na farmę aloesu, która jest jednocześnie plantacją, fabryką jak również muzeum poświęconym historii tradycji aloesowej na Arubie.

Po drodze miałem okazję obserwować dorodne kaktusy, które miejscami sprawiały większe wrażenie niż nawet te z Curacao:

Wizytę na plantacji aloesu mogę spokojnie polecić każdemu. Aktualnie na wyspie pozostała już tylko jedna czynna plantacja – na obrzeżach Oranjestad; kiedyś było ich na niej dużo więcej. Tak w ogóle, co ciekawe, aloes nie pochodzi w ogóle z Aruby. Został tutaj sprowadzony przez kolonizatorów, gdy stwierdzono że znajdzie tutaj idealne warunki do uprawy. W ten sposób zapewniono wykorzystanie również dużych zasobów dostępnych tutaj wówczas pracowników. Przez bardzo długi okres czasu Aruba była zresztą największym producentem wyrobów z aloesu na świecie.

Sama plantacja aloesu wygląda niepozornie:

Bezpośrednio obok plantacji znajduje się główny budynek fabryki, w której zlokalizowane jest również muzeum:

Sam wstęp do muzeum, w tym oprowadzenie przez przewodnika, jest bezpłatne – wynika to zapewne z faktu, że stanowi pewnego rodzaju formę promocji aloesu jako takiego a także produktów zakładu, które można nabyć w przyzakładowym sklepiku jak również (o czym przekonałem się później) w wielu miejscach na Arubie.

Pierwsza część prezentacji odbywa się przy stanowisku bezpośrednio obok rządków z aloesem, gdzie przewodnik zaopatrzony w niezbędny warsztat wprowadził nas w świat tej dziwnej rośliny:

Aloes – znany również jako lilia pustyni czy kwiat nieśmiertelności to roślina żyjąca nawet 30 lat, nie wymagająca zbyt dużej ilości wody (a nawet jej nie lubiąca – zbyt mocno podlewana obumiera). Jeśli chodzi o same warunki uprawy nie jest ani wymagający ani pracochłonny – inaczej niż w przetwórstwie. Historycznie, sok z aloesu (oraz proszek powstający z odparowania tego soku) był jednym z pierwszych znanych silnych środków przeczyszczających, którego znaczenie jednak radykalnie spadło w momencie wprowadzenia dużo tańszych środków syntetycznych. Drugim zastosowaniem (i obecnie dominującym) aloesu jest produkcja wszelkiego rodzaju środków do pielęgnacji skóry na bazie miąższu aloesu - powstają z niego m.in. kosmetyki, w tym mydła, maści czy olejki.

Źródłem tego co interesuje człowieka jest liść aloesu, który w przekroju wygląda następująco:

Oddzielenie miąższu od łodygi nawet dzisiaj odbywa się ręcznie i jest to zdecydowanie najbardziej pracochłonna część procesu produkcyjnego. Jak powiedział przewodnik, ze względu na różne kształty oraz rozmiary liścia oraz grubość skórki chroniącej miąższ najdokładniej robi się to ręcznie – wynika to stąd, że środek przeczyszczający zlokalizowany jest wyłącznie bezpośrednio przy zewnętrznej ściance liścia i przy wyodrębnianiu miąższu należy to zrobić dokładnie. Po tym wstępie jednym sprawnym cięciem noża pokazał nam jak się to robi:

Sam miąższ może być również spożywany i jako "przekąska" jest podobno popularny wśród miejscowych (podobno ma charakter orzeźwiający) – jednak w takim przypadku zaleca się jego moczenie przez 15-20 minut w wodzie, aby mieć pewność, że ewentualne pozostałości substancji przeczyszczającej przejdą do wody – a następnie należy sam miąższ jeszcze przepłukać:

Niestety przewodnikowi nie udało się znaleźć chętnych do degustacji:-)

Na dolnym piętrze budynku zlokalizowany jest sklep, pomieszczenie muzeum prezentujące kilka historycznych urządzeń oraz narzędzi a także tablice informacyjne nt. historii uprawy aloesu oraz jego właściwości. W tej części jest zlokalizowana również mała sala, w której wyświetlany jest film na temat przetwórstwa aloesu. Również na parterze znajdują są niedostępne dla zwiedzających pomieszczenia produkcyjne.

To, że pomieszczenia produkcyjne nie są dostępne dla zwiedzających nie oznacza, że nie można ich zobaczyć – do tego służy antresola, której ściany są przeszklone dając możliwość podejrzenia z góry jak wygląda produkcja kosmetyków z aloesu:

W innym pomieszczeniu odbywa się konfekcjonowanie i pakowanie:

W jeszcze innym produkcja mydła:

…czy też jego cięcie na kostki:

Cała wizyta na plantacji zajęła mi nieco ponad godzinę.

Warto przy tym wiedzieć, że o tym jakie znaczenie miał aloes w historii Aruby świadczy fakt, że trafił on do herbu Aruby.

Wracając do miasta minąłem ostatnią zachowaną na Arubie suszarnię wapienną, która kiedyś służyła do wypalania cegieł:

…i dotarłem do malowniczego centrum Oranjestad, które wyglądem przypomina (może poza kaktusami i palmami) typowe europejskie miasto. Swojego rodzaju atrakcją jest darmowy tramwaj turystyczny łączący port i główny dworzec autobusowy z centrum miasta i przejeżdżający obok głównych ulic handlowych:

Wspomnieć bowiem wypada, że Aruba ze względu na niskie podatki przez wielu uważana jest za raj zakupowy, w którym można spotkać praktycznie wszystkie znane marki. Sklepy zlokalizowane są przy jednej z ulic handlowych oraz w domach towarowych, których wygląd sam z siebie przyciąga wzrok:

Zresztą nawiązań do czasów kolonialnych jeśli chodzi o architekturę jest dużo więcej – tyle, że z tego co można przeczytać wynika, że większość z nich czasów kolonialnych nie pamięta – to tylko współczesne stylizacje:

Z kolei nadmorska część Oranjestad to część hazardowa, z pewną dawką kiczu w stylu Las Vegas:

W centrum Oranjestad można również zwiedzić muzeum Aruby zlokalizowane w wieży będącej jednocześnie punktem obserwacyjnym:

…oraz zobaczyć liczne iguany w położonym obok parku Wilhelminy:

Ale Aruba jest znana przede wszystkim (i zasłużenie) z plaż. O nich oraz położonych w pobliżu nich nietypowych atrakcjach turystycznych napiszę w kolejnej części.

C.D.N.

Strony

Wyszukaj w trip4cheap