...

 


 


Powsinoga w Słowenii

34 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Online
Ostatnio: 23 minuty 54 sekundy temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Tutaj to i ja bym zeszła. Jest wysoko i szeroko więc dałabym radę

No trip no life

joasiamac
Obrazek użytkownika joasiamac
Offline
Ostatnio: 1 miesiąc 2 tygodnie temu
Rejestracja: 24 wrz 2015

Ech, ząbkujące dziecko nie sprzyja pisaniu Wink Ale już wracam do tematu, mam nadzieję, że choć trochę podciągnę Biggrin

Do Postojnej dojechaliśmy późno, czyli koło 11. Kolejka była ogromna, czego się spodziewaliśmy. Biletów online nie mieliśmy. Mogliśmy kupić stojąc w kolejce, co kilka osób nawet poczyniło, ale jakoś tak zabrakło podjęcia decyzji. Tak sobie tylko o tym gadaliśmy i staliśmy dalej. Nie zasługuje to nawet na komentarz Wink W kolejce spędziliśmy radosne 2 godziny. Kolejne 2 czekaliśmy na wejście do jaskini. Bilet kupiliśmy łączony na Postojną i Predjamę. Te 2 godziny czekania to było jednak zbyt mało czasu, by się do Predjamy wybrać. Między Postojną a Predjamą kursuje darmowy autobus. Warto z niego skorzystać, bo przy Predjamie miejsc parkingowych jak na lekarstwo. A te dwie godziny czekania między zakupem biletu i wejściem do jaskini spędziliśmy na zjedzeniu obiadu. Knajpek przy Postojnej do wyboru do koloru. Jest ich sporo. Mniej lub bardziej fastfoodowych. Aczkolwiek w godzinach szczytu zwanych również porą obiadową, znalezienie miejsca graniczy z cudem, bo ludzi jeszcze więcej Wink

Gdy dochodziła nasza godzina wejścia do jaskini, a była to bodajże 15, udaliśmy się w stronę wejścia. Stał tam kilometrowy ogonek czekający na sprawdzenie biletu. Stanęliśmy na końcu tego ogonka. Przejście całej kolejki zajęło może 5 minut. Następnie każdy ustawiał się przy swojej grupie językowej. Jest ich kilka do wyboru. Bez polskiego, oczywiście, ale to żadna niespodzianka. Każda grupka wchodziła trochę innym wejściem, skanując swój bilet na kołowrotku. Weszliśmy do środka i oczekiwaliśmy na podstawienie wagoników. Gdy już zapakowaliśmy się do środka i cały skład wypełnił się pasażerami, byliśmy gotowi na odjazd. Jazda jest dość szybka i już od samego początku możemy podziwiać piękne formacje skalne. Trasa zwiedzania liczy około 5 kilometrów, z czego pierwsze i ostatnie 2 km pokonujemy wagonikiem. Do pokonania pieszo zostaje więc jedynie kilometr.

Jaskinia jest ogromna. Poczucie dużej przestrzeni towarzyszy nam praktycznie przez cały czas. A przynajmniej nie pamiętam, żeby gdziekolwiek nas opuściło. Chodzi się trochę w górę, trochę w dół. Jaskinia jest oświetlona, drogi są równe, wybetonowane, z barierkami. Myśmy co prawda najmłodszą mieli w chuście, bo nie wiedzieliśmy jak to na miejscu wygląda, ale ludzie z wózkami dziecięcymi chodzili (przewozili je złożone w wagonikach). Także trasa spoko do pokonania. Jak już wspomniałam, formacji skalnych, różnorodnych, sporo. Różne kształty, kolory. Od nadmiaru głowa boli. Nawet dzieci były zachwycone. Starszy słuchał przewodnika, chodził i oglądał. Ze średnią szukaliśmy pałacu Elsy Wink A namłodsza całe zwiedzanie przespała. Obudziła się dopiero na sam koniec, gdy zmierzaliśmy do pociągu.

W ostatniej komorze stoi zaciemnione akwarium. W nim można obejrzeć odmieńca jaskiniowego, zwanego z angielska human fish. Stworzenie ślepe, jak to jaskiniowe, osiągające długość około 30 cm. Te w akwarium są mniejsze, często wymieniane. W naszym przypadku na ekranie monitora mogliśmy oglądać również świeżo narodzone młode. Ale te były w laboratorium badawczym.

Jak nasze wrażenia z Postojnej? Jaskinia zrobiła na nas ogromne wrażenie. Formacje skalne rzeczywiście są piękne. Wszystko jest zadbane, utrzymane w porządku. Ale zwiedzanie leci. Próba przystanięcia gdziekolwiek choć na 10-15 sekund kończyła się gonieniem przewodnika w biegu. Generalnie przewodnik nie zwracał uwagi czy grupa się zerbała. Zaczynał opowieść w miejscach zbiórki nawet przy obecności połowy grupy. Bo go pewnie czas gonił. A w sumie to kolejna idąca grupa, przebiegająca przez jaskinię w podobnym tempie. Nie zrozumcie mnie źle, nie żałuję wizyty w jaskini. Ale również wiedziałam, że tak to zwiedzanie wygląda. Gdybym nie wiedziała, pewnie bardziej by mnie to wpieniło Wink

To w sumie tyle. Jak wyszliśmy z jaskini, lało strasznie. Biegiem udaliśmy się do autobusu, by podjechać do Predjamy. Tym bardziej, że czas gonił. Zrobiło się już późne popołudnie, a autobusy kursowały tylko do określonej godziny...

To jeszcze na koniec najbardziej znana formacja skalna z Postojnej i jej symbol zarazem - lody:

joasiamac
Obrazek użytkownika joasiamac
Offline
Ostatnio: 1 miesiąc 2 tygodnie temu
Rejestracja: 24 wrz 2015

Predjamę od Postojnej dzieli jakieś 8-9 km. Przejazd zajmuje natomiast koło 20 min. Droga jest wąska i kręta.

Predjama już z daleka robi wrażenie.

Wchodzimy do środka. Audioguide jest w cenie. My nie wzięliśmy. Mamy z nimi złe doświadczenia. Niestety, na ogół spotykaliśmy się z...nudnymi tekstami w nich nagranymi. Przeładowanie informacji, które nic nie wnoszą, monotonny głos, długie nagrania. Nie chcieliśmy tym razem testować czy będzie inaczej. Postanowiliśmy po prostu pospacerować po zamku, pooglądać co ma do zaoferowania, zajrzeć do jamy, którą to (zgodnie z nazwą) zamek zasłania. I spokojnie wrócić do autobusu. Choć, jak się okaało, wsiadanie do autobusu do spokojnych nie należało. Ale o tym to już nawet pisać nie będę.

Za to zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć z Predjamy.

Asia-A
Obrazek użytkownika Asia-A
Offline
Ostatnio: 4 godziny 15 minut temu
Rejestracja: 01 wrz 2015

Ale superkowy widok. Postojną znam ze słyszenia - tato do Lublany jeździł służbowo ( ponad 40 lat temu), ale tego nie widzialam.

megizak
Obrazek użytkownika megizak
Offline
Ostatnio: 2 tygodnie 1 dzień temu
Rejestracja: 28 paź 2013

Też byłam w Lubljanie, ale dlaczego tego zamku nie widziałam to nie wiem. Super wkomponowany w skałę. 

megi zakopane

joasiamac
Obrazek użytkownika joasiamac
Offline
Ostatnio: 1 miesiąc 2 tygodnie temu
Rejestracja: 24 wrz 2015

Megizak - może dlatego, że Lublanę od Predjamy dzieli ponad 60 km Biggrin

joasiamac
Obrazek użytkownika joasiamac
Offline
Ostatnio: 1 miesiąc 2 tygodnie temu
Rejestracja: 24 wrz 2015

Kolejnego dnia dnia pogoda już od samego rana była bardzo ładna, choć jedyna kałuża na całym kempingu (tuż przy naszym namiocie, oczywiście) wciąż była duża i pełna wody. To tylko świadczy o obfitości opadów pierwszej naszej nocy w Słowenii. No i w ciągu dnia też lało, jakby nie patrzeć. W każdym razie, kolejnego dnia już od samego rana było ciepło, słonecznie i tak, jak być powinno Biggrin

Pierwsze dwa punkty z listy miejsc do odwiedzenia odhaczone. Czas wyruszyć na wschód. Do końca mieliśmy wątpliwości, czy chce nam się do wschodniej Słowenii pakować. Bo to kawał drogi, bo to, bo tamto. Jednak wyruszyliśmy.

Na pierwszy ogień poszło małe miasteczko. Małe acz urokliwe. Z zamkiem, bo jakże inaczej. I o dźwięcznej i wdzięcznej nazwie - Ptuj.

Dojeżdżając do miaseczka, już z daleka, widzimy górujący nad nim zamek. Pozostało jeszcze przeprawienie się przez rzekę. Most w remoncie, objazdy, zjazdy, gps szaleje. Udało się. Miejsce parkingowe znajdujemy bez większego trudu. Pieszo udajemy się w stronę atrakcji oferowanych przez Ptuj.

Najpierw docieramy na Slovenski trg, który de facto stanowi serce Ptuja. Przy tym placu mieści się kościół rektorski św. Jerzego, z nagromadzonymi w środku zabytkami (ławy, ołtarz boczny, drewniana figura św. Jerzego). Tuż przed kościołem stoi pomnik Orfeusza. Początkowo go ominęliśmy myśląc, że to fragment jakiejś ściany. A to dlatego, że jest on płytą nagrobną z II w. n.e.Wszystkie szczegóły są na nim dokładnie zachowane. Mamy lwy trzymające głowy baranów, mamy Serapisa, Selenę i pogrążonego w żalu po stracie Eurydyki Orfeusza. W średniowieczu był on używany jako pręgierz. Tuż obok stoi wieża miejska. Po wielkim pożarze została ona zmniejszona do obecnej wysokości 54 m. Wkomponowane w nią są resztki budowli antycznych z Ptuja i okolic. Na wieżę (ku rozczarowaniu moich dzieci) wejść się nie dało.

Następnie udaliśmy się do zamku. Jedną z wąskich bocznych uliczek podeszliśmy pod górę, dotarliśmy do zadaszonych drewnianych schodów i po wniesieniu wózka na górę Wink już byliśmy u wrót. Boczną drogą, ale urokliwą. Zamek jest... ciekawy. Na pierwszy ogień poszła wystawa masek ostatkowych (zakładanych na ostatki, by przegonić zimę. Chłopi przebierają się wówczas za Kurentów, chodzą, tańcują, hałasują. Trwa to 10 dni, a kończy się procesją w niedzielę), która mieściła się w budynku kas. Następnie udaliśmy się do zamku. Zamek z polską historią, bo i nasi władcy się tu pojawili.

Basia A.
Obrazek użytkownika Basia A.
Offline
Ostatnio: 22 godziny 57 minut temu
Rejestracja: 15 lip 2017

W ptuju są termy i tam stawaliśmy na kempingu jak jeździliśmy do Chorwacji jakieś... 15 lat temu. Tata coś tam w cukrowni w okolicy robił jak dobrze pamiętam

joasiamac
Obrazek użytkownika joasiamac
Offline
Ostatnio: 1 miesiąc 2 tygodnie temu
Rejestracja: 24 wrz 2015

O termy nie haczyliśmy, aczkolwiek termy są dość częstym zjawiskiem wzdłuż granicy słoweńsko-chorwackiej (z tego, co zdążyłam się pobieżnie zorientować). Jak już mówiłam, mnie do Ptuja przyciągnęła nazwa Biggrin

Z zamku, jako że na wzgórzu, rozpościera się fajny widok na miasteczko, rzekę i okolicę.

A i sam zameczek niczego sobie. Sal wystawowych jest kilka. Są w nich głównie meble. Piękne szafki, szafeczki, komódki, toaletki, sekretarzyki. Heh, mam słabość do takich mebli Wink Są też obrazy. Wśród nich portrety władców europejskich, którzy z zamkiem mieli jakieś powiązania. I tu pojawia się wątek polski, czyli Michał Korybut Wiśniowiecki.

W sali na parterze, którą zwiedza się jako ostatnią, idąc za wskazówkami kustoszów, wystawione są instrumenty muzyczne. Pianina, fortepiany, bębny, skrzypce... Moja ignorancja dotycząca instrumentów muzycznych nie pozwala mi na nazwanie innych Blush Wystawa natomiast zrobiona z głową. Instrumenty są opisane, można ich posłuchać (stoją szafy grające), a przy słuchaniu konkretnego instrumentu, podświetla się on w gablocie. Co jest idealne dla takiego laika jak ja Biggrin

W ostatniej z sal pokazane są organy. Jak tworzone są ozdoby do organów, jak działają piszczałki, można samemu piszczałki "uruchamiać". Na wystawie z instrumentami spędziliśmy trochę czasu, bo dzieci z wielką ochotą i zainteresowaniem sprawdzały to co mogły Wink

Z zamku wyszliśmy główną drogą i udaliśmy się ulicą Presernovą z powrotem w stronę pomnika Orfeusza, a dalej do kościoła Franciszkanów. Stamtąd udaliśmy się do samochodu, bo w planach mieliśmy odwiedzenie jeszcze głównego miasta wschodniej Słowenii.

Jak widać, mimo środka sezonu letniego (pierwsza połowa sierpnia), na ulicach pusto...

joasiamac
Obrazek użytkownika joasiamac
Offline
Ostatnio: 1 miesiąc 2 tygodnie temu
Rejestracja: 24 wrz 2015

I nadszedł czas na pierwsze miejsce podczas tego wyjazdu (niestety, nie ostatnie), które nas na swój sposób rozczarowało.

Przyjechaliśmy do głównego miasta wschodniej Słowenii, czyli do Mariboru. Miasto nie słynie z dużej ilości zabytków czy coś. Leży również niejako poza głównym szlakiem turystycznym. Słynie natomiast z najstarszej, wciąż dającej owoc, winorośli. Winorośl ta od ponad 400 lat, nieustannie, rodzi owoce. A z owoców tych, a jakże inaczej, produkuje się wino Biggrin (to zielone na budynku w pierwszej linii od rzeki to właśnie stara trta).

Ponoć najpiękniej stara część Mariboru prezentuje się "przez rzekę". Od takiego spojrzenia więc zaczęliśmy. Przy okazji, przy Głównym Moście, jedliśmy chyba najpyszniejsze lody na całym wyjeździe! Lodziarnia nazywa się Lastovka, lody były ogromne, przyzwoite cenowo i przepyszne. A do tego mnóstwo smaków do wyboru Biggrin Taki mały offtop reklamowy zadowolonego klienta Wink

Wracając do tematu, Głównym Mostem wróciliśmy na "centralną" część Mariboru. Dotarliśmy do budynku, przy którym rośnie ta najstarsza winorośl (stara trta). W środku mieści się również informacja turystyczna. I nawet ona potwierdziła, że za wiele więcej do oglądania to tu nie ma. Idąc spacerem wzdłuż rzeki minęliśmy wieżę wodną, przeszliśmy przez Glavni trg, spacerowaliśmy wzdłuż przepięknych, zadbanych, odrestaurowanych kamienic. Za radą pań z informacji udaliśmy się do parku miejskiego. Fajne miejsce na leniwe popołudnie. Miejsce zdecydowanie rekreacyjne. Dzieci się wybiegały, place zabaw (gdyby kogoś temat interesował) są zróżnicowane pod względem atrakcji i wieku użytkowników, są nawet atrakcje dostosowane do dzieci niepełnosprawnych (za co ogromny plus).

A dlaczego Maribor nas na swój posób rozczarował? Właśnie. To, że nie ma ta za wiele dla przeciętnego turysty, to wiedzieliśmy. To, że jedziemy tam zobaczyć głównie panoramę miasta i najstarszą winorośl, też wiedzieliśmy. Tego, że zjemy tam tak pyszne lody, nawet się nie spodziewaliśmy. Wszystko na plus, prawda? No więc o co chodzi? A no o to, że o ile te zabytkowe kamienice są przepiękne, urozmaicone, kolorowe, ozdobne, odrestaurowane, naprawdę jest na czym oko zawiesić, o tyle sąsiadują z nimi budynki będące (na oko) pozostałością systemu słusznie minionego. Znamy podobne szkaradki z naszego podwórka, wiemy, skąd się wzięły i dlaczego takie są. I aż żal patrzeć na ten kontrast między jednym a drugim. Na te ohydki powciskane pomiędzy te ładne budynki. Czy chcę dużo? możliwe. Żeby nie było, ja to wszystko rozumiem. Wiem, że było jak było, z historią (bo z racji wieku, są to dla mnie bardziej czasy historyczne) jestem na bieżąco. Co nie zmienia postaci rzeczy, że z takimi wrażeniami wyszliśmy.

Miasto, jak już wspomniałam, leży z lekka poza głównym szlakiem turystycznym, więc podobnie jak Ptuj, nie jest mocno okupowane przez turystów (choć bardziej, bo większe i pewnie lepiej skomunikowane, ale to już mój domysł, bo nie sprawdzałam, temat mnie nie interesował).

Strony

Wyszukaj w trip4cheap