hej Asia, dokładnie... tam góry "wyrastają" prawie między kamienicami
*******
śpimy w bardzo urokliwym miejscu....
nocujemy w uroczej miejscowości Axamer Lizum , będąca osrodkiem sportów zimowych; wioska jest bardzo rozproszona po całej okolicy; leży malowniczo w alpejskim paśmie paśmie Alp Stubajskich (Stubaier Alpen); Góry widoczne w tle to część pasma Kalkkögel
Axamer Lizum - to popularny ośrodek narciarski w austriackim Tyrolu, położony ok. 20 km od Innsbrucka; to znany ośrodek sportów zimowych oferujący mnóstwo różnorodnych tras na wysokości 1550–2400 m n.p.m., słynący jako "Dolomity Północy"
...tylko odpowiem na pytanie "gdzie mieszkałem" ; ) Jak sie łatwo domyslić zacząłem od Wiednia a skończyłem na małym miasteczku Sankt Polten. Po drodze był jeszcze krótki pobyt w równie małym Krems. Powiem szczerze Austria (austriacy) nie podbili mego serca. Przydomek "kasztany" oraz...|bez jodu chowani" doskonale opisuje ich temperament i sposób myślenia ; ))) Ale krajobrazowo,COOL !!!
p.s. czy też odniosłaś wrażenie że oni wciąż żyja czasami "Franciszka Józefa" !??? Wg. mnie wciąz tęsknia za tamtym okresem swej historii...
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Radek, raczej nie odpowiem Ci na to pytanie mijałam tam tylko Austriaków ale bez integracji z nimi:) ; ja byłam w Austrii tylko "krajobrazowo"
Nel, hi hi, no na sezon narciarski musisz jeszcze ciut zaczekać....
********
przu wejsciu do zamku znajduje się baner reklamowy z wizerunkiem Philippine Welser (1527–1580), który nawiązuje do zbiorów i ekspozycji w Zamku Ambras;
Philippine Welser była pochodzącą z Augsburga patrycjuszką i potajemną żoną arcyksięcia Ferdynanda II Tyrolskiego
Schloss Ambras- to renesansowa rezydencja zbudowana na wzgórzu w Innsbrucku , jako dar miłości arcyksięcia Ferdynanda II dla jego ukochanej żony Filipiny Welser. Zamek słynie z historycznych zbiorów sztuki
brama wejściowa do Zamku Ambras
Zamek z XVI wieku, rozbudowany przez arcyksięcia Ferdynanda II Habsburga. Słynie z kolekcji zbroi, dzieł sztuki oraz Gabinetu Osobliwości
historyczny herb Habsburgów znajdujący się na fasadzie Zamku Ambras; fresk pochodzi z okresu renesansu, kiedy zamek był przebudowywany w XVI wieku.
dziedziniec Zamku Ambras - słynący z imponujących dekoracji wykonanych techniką sgraffito na fasadach
Stag Trompe-l'oeil - to fresk namalowany na jednej z fasad zamkowego dziedzińca, taką techniką, aby "oszukać oko" Fresk wykorzystuje w ten sposób technikę iluzjonistyczną, aby stworzyć wrażenie, że jeleń faktycznie patrzy przez okno
tutaj wizerunek niejakiego Petrusa Gonsalvusa, znanego jako "włochaty człowiek", którego historia zainspirowała baśń o Pięknej i Bestii. Obraz znajduje się w kolekcji zamku Ambras; Petrus Gonsalvus cierpiał na hipertrichozę, rzadką chorobę genetyczną powodującą nadmierne owłosienie ciała i twarzy. Urodził się na Teneryfie; jako dziecko został przywieziony na dwór króla Francji Henryka II,j ako żywa i nietypowa ciekawostka i jako "egzotyczny dar"
Eksperyment
Eksperyment królowej Francji - Katarzyny Medycejskiej polegał na zaaranżowaniu małżeństwo Petrusa z piękną paryżanką (nazywaną również Katarzyną), która początkowo nie wiedziała, za kogo wychodzi za mąż. Celem było sprawdzenie, czy z takiego związku narodzą się owłosione dzieci.
(z z tego związku narodziło się siedmioro dzieci, których część odziedziczyła genetycznie tą przykrą " włochatą przypadłość" - hipertrichozę po ojcu ;
po obejrzeniu Zamku - udajemy się na ....czeka nas zupełnie inna atrakcja
wieczoren udajemy sie do knajpy, a raczej takiej wielkiej "biesiadowni" która zwie się Tiroler Abend na wieczór tyrolski
to "atrakcja" poza lista programową włączona jako dodatkowo płatny fakultet dla chętnych; chętni byliśmy wszyscy:))
jest i foto-plansza dla tych, którzy chcą się focić na pamiatkę; my początkowo też chciałyśmy ale kolejka zrobiła się spora więc odpusciłyśmy; he he dorośli ludzie - a jak dzieci!
poza tym nie było planszy z dwiema babami
w Biesiadowni - ogromna sala przygotowana na przyjęcie kilku wycieczek!...
zatem zajmujemy miejsca i czekamy na "artystów" ....
obsługa w regionalnych kubraczkach
a potem to już widomo:
roznoszą nam napitki, jedzonko a dalej występy, tańce i przede wszystkim JODŁOWANIE ! „Jolo-ooo-la-jooo!”
Tiroler Abend - występowała tu znana tu rodzina Gundolfów
granie na alpejskich rogach (alphorns) - obowiazkowe!
jako pierwszą serwują nam cremige kurbisuppe - zupę dyniową
danie główne to Tiroler Shweinebratten - mówiąc po ludzku - pieczona wieprzowina po tyrolsku z dodatkami; smaczne to było, bo mięsko zrobione "na mięciutko" !
w międzyczasie na scenie zabawa trwa....
są też wygibasy:) to część tańca Schuhplattler (taniec z uderzaniem w buty) z podnoszeniem i podrzucaniem:) i inne takie "akrobacje"
tutaj pan grający na nietypowym instrumencie – pile muzycznej (pile śpiewającej)
a tu pani pięknie grająca na cytrze (cytra alpejska) - strunowy instrument z grupy chordofonów szarpanych
fajnie to zrobili - bo ze sceny widać głównie osobę grającą a nie sam instrument- wiec są stosowne ekrany, pokazujące w czasie gry jak to dokładnie wygląda
a tu gra na raffele
w międzyczasie wjechał deser:)
to oczywiście Apfelstrudel !
wszak to Austria , Tyrol!
no i tak cały czas......
„Jo-de-la-i-ti, jo-de-lah-hu uu!”
aż mi w uszach dzwoniło od tego grania i jodłowania:)))
grali tu na piłach, młotkach , krowich dzwonkach i różnych dziwnych instrumentach :):)):)
Pozdrawiali po kolei wszystkie nacje na sali śpiewając "lokalne" przyśpiewki z danego kraju
Nel, a no niestety... biedak ten Petrus, tylko mu współczuć...., ale pamiętajmy że w tamtych czasach wszystko co było "poza normą" było dziwactwem ; tolerancja nie istniała w wiekach minionych
ps. oglądałam niedawno stary, poruszający film w tych właśnie klimatach...., o murzynce sprowadzonej w XIX wieku z Afryki południowej do Europy ("Czarna Wenus" )
kobiety z plemienia Khoikhoi z RPA , która ze względu na swoją anatomię – cechującą się bardzo wydatnymi pośladkami i biodrami (w czasach obecnych wiemy, że ta przypadłość w medycynie i antropologii nazywa się steatopygią; ale wtedy nie wiedziano....– była pokazywana w Londynie i Paryżu jako istne kuriozum i atrakcja cyrkowa, znana pod pseudonimem Hottentot Venus;
kolejny dzień to ten z serii widokowych ; jedziemy do przepięknego , i znanego w Austrii miejsca ...., to jedziemy tam....
po drodze jest bardzo malowniczo, choć w czasie jazdy trudno czasem zrobic udane fotki
już z parkingu widać nasz cel ...
to wspaniałe wodospady KRIMML...
czeka nas tu niezła "jazda bez trzymanki" :):))))
czyli męczące drapanko pod górę , bo żeby dotrzec do tego co tam jest NAJ- to trzeba się niestety troche powspinać...up, up, up.....
przyznac muszę, że sporo trudu i wysiłku włożyłam w pokonanie odcinków do niektórych rewelacyjnych punktów na mapie Austrii wspinając się pod górę do fenomenalnych przyrodniczych punktów naszej wycieczki, co pozwoliło mi stracić w czasie tych wędrówek - he he - sporo kalorii i potu z czoła:)),
m.in. właśnie ten fantastyczny, choć bardzpo męczący szlak do Wodospadów Krimml, gdzie nagrodą za wysiłek wejścia pod górę są cały czas wspaniałe widoki i obcowanie wśród leśnej przyrody; było tam cudownie.... choć naprawdę forsownie!
tak wygląda trasa: do najniższego wodospadu tablica podaje, że idzie się 10 minut;
potem jest tylko gorzej:( męczące wejscie po serpentynach pnących się coraz to bardziej pod górę; ale sama ścieżka jest bardzo wygodna i naprawdę świetnie przygotowana; jednakże mimo wygody samych ścieżek- można się tu trochę spocić :):))))
ale najpierw schodzi się kawałeczek w dół do pierwszego najniżej położonego wodospadu... zatem idziemy tam najpierw...
do wodospadów prowadzą dwa szlaki - ten jest na dół łatwo dostępny i tam idziemy obie najpierw
huk jest tu potężny a woda bryzga daleko; obie jesteśmy mokre mimo, że od wodospadu dzieli nas naście metrów:))
no cóż... jeszcze nie wiemy, że taki orzeźwiający prysznic przyda się przed dalszą wspinaczka pod górę:)
czasu mamy tu sporo (chyba ok. 2 godziny, kazdy więc może sobie wejsć do takiej wysokości do jakiej chce i własnym tempem; nie ma więc napinki ani narzucania tempa; wracamy pod górę do miejsca z którego schodziłyśmy do najniższego wodospadu, ale moja kumpela widząc trasę górną - rezygnuje już na wstępie mówi, że nie da rady.... i ze poczeka w knajpie na dole; jest tu mnóstwo sklepików i punkty gastronomiczne więc posiedzi, popatrzy i sobie poczeka....
trudno, idę więc samotnie .... to znaczy inni też oczywiście idą, ale potem wszyscy się "po trasie" rozłazimy....
to do dzieła!
a dalej las i widoki widoki widoki... i huk kolejnych progów wodospadów....
co jakis czas tablice informacyjne z nazwą danego punktu i z wysokością na jakiej się znajdujemy
coraz wyżej i wyżej... a małe ludki w dole...
co jakis czas takie widokowe balkoniki..... można sobie wejsć pocykac fotki i zostać tam kompletnie zmoczonym na tych punktach bowiem mokra bryza chłosta wodą niemiłosiernie...
i nie ma ucieczki
i dalej up up....
dochodzę do kiosku i stąd juz ostatni odcinek do najwyzszego progu wodospadu....
a dalej dłuuugie, "bolesne" zejście... wprawdzie juz bez sapania ale za to ostro w dół prawie w biegu:))
no i jestem na dole.... Hurra!
szlak na Krimml zdobyty!
wyrobiłam się szybciej niż czas zbiórki zatem szukam kumpeli po knajpach i mam jeszcze czas na zasłużoną kawkę
ach, jak dobrze posiedzieć i odpocząć z kawusią ....
w sklepikach nic ciekawego....
świstak dla malucha (znaczy się mojego najmniejszego wnuczka:))
i na parkimg i koniec Krimml... jedziemy dalej do kolejnej atrakcji...
hej Asia, dokładnie... tam góry "wyrastają" prawie między kamienicami
*******
śpimy w bardzo urokliwym miejscu....
nocujemy w uroczej miejscowości Axamer Lizum , będąca osrodkiem sportów zimowych; wioska jest bardzo rozproszona po całej okolicy; leży malowniczo w alpejskim paśmie paśmie Alp Stubajskich (Stubaier Alpen);
Góry widoczne w tle to część pasma Kalkkögel
Axamer Lizum - to popularny ośrodek narciarski w austriackim Tyrolu, położony ok. 20 km od Innsbrucka; to znany ośrodek sportów zimowych oferujący mnóstwo różnorodnych tras na wysokości 1550–2400 m n.p.m., słynący jako "Dolomity Północy"
tu widoczny nasz pensjonat
widok z balkonu pokoju
odwiedzamy bardzo ciekawe miejsce...
Piea
...tylko odpowiem na pytanie "gdzie mieszkałem" ; ) Jak sie łatwo domyslić zacząłem od Wiednia a skończyłem na małym miasteczku Sankt Polten. Po drodze był jeszcze krótki pobyt w równie małym Krems. Powiem szczerze Austria (austriacy) nie podbili mego serca. Przydomek "kasztany" oraz...|bez jodu chowani" doskonale opisuje ich temperament i sposób myślenia ; ))) Ale krajobrazowo,COOL !!!
p.s. czy też odniosłaś wrażenie że oni wciąż żyja czasami "Franciszka Józefa" !??? Wg. mnie wciąz tęsknia za tamtym okresem swej historii...
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Popatrzyłam na ten wyciąg i do nart mi się zatęskniło ha ha .
No trip no life
Radek, raczej nie odpowiem Ci na to pytanie
mijałam tam tylko Austriaków ale bez integracji z nimi:) ; ja byłam w Austrii tylko "krajobrazowo"
Nel, hi hi, no na sezon narciarski musisz jeszcze ciut zaczekać....
********
przu wejsciu do zamku znajduje się baner reklamowy z wizerunkiem Philippine Welser (1527–1580), który nawiązuje do zbiorów i ekspozycji w Zamku Ambras;
Philippine Welser była pochodzącą z Augsburga patrycjuszką i potajemną żoną arcyksięcia Ferdynanda II Tyrolskiego
Schloss Ambras- to renesansowa rezydencja zbudowana na wzgórzu w Innsbrucku , jako dar miłości arcyksięcia Ferdynanda II dla jego ukochanej żony Filipiny Welser.
Zamek słynie z historycznych zbiorów sztuki
brama wejściowa do Zamku Ambras
Zamek z XVI wieku, rozbudowany przez arcyksięcia Ferdynanda II Habsburga.
Słynie z kolekcji zbroi, dzieł sztuki oraz Gabinetu Osobliwości
historyczny herb Habsburgów znajdujący się na fasadzie Zamku Ambras; fresk pochodzi z okresu renesansu, kiedy zamek był przebudowywany w XVI wieku.
dziedziniec Zamku Ambras - słynący z imponujących dekoracji wykonanych techniką sgraffito na fasadach
Stag Trompe-l'oeil - to fresk namalowany na jednej z fasad zamkowego dziedzińca, taką techniką, aby "oszukać oko"
Fresk wykorzystuje w ten sposób technikę iluzjonistyczną, aby stworzyć wrażenie, że jeleń faktycznie patrzy przez okno
tutaj wizerunek niejakiego Petrusa Gonsalvusa, znanego jako "włochaty człowiek", którego historia zainspirowała baśń o Pięknej i Bestii.
Obraz znajduje się w kolekcji zamku Ambras;
Petrus Gonsalvus cierpiał na hipertrichozę, rzadką chorobę genetyczną powodującą nadmierne owłosienie ciała i twarzy.
Urodził się na Teneryfie; jako dziecko został przywieziony na dwór króla Francji Henryka II,j ako żywa i nietypowa ciekawostka i jako "egzotyczny dar"
Eksperyment królowej Francji - Katarzyny Medycejskiej polegał na zaaranżowaniu małżeństwo Petrusa z piękną paryżanką (nazywaną również Katarzyną), która początkowo nie wiedziała, za kogo wychodzi za mąż. Celem było sprawdzenie, czy z takiego związku narodzą się owłosione dzieci.
(z z tego związku narodziło się siedmioro dzieci, których część odziedziczyła genetycznie tą przykrą " włochatą przypadłość" - hipertrichozę po ojcu ;
Piea
Nie popisała się koleżanka Medycejska, paskudny eksperyment.
No trip no life
po obejrzeniu Zamku - udajemy się na ....czeka nas zupełnie inna atrakcja
wieczoren udajemy sie do knajpy, a raczej takiej wielkiej "biesiadowni" która zwie się Tiroler Abend na wieczór tyrolski
to "atrakcja" poza lista programową włączona jako dodatkowo płatny fakultet dla chętnych; chętni byliśmy wszyscy:))
jest i foto-plansza dla tych, którzy chcą się focić na pamiatkę; my początkowo też chciałyśmy ale kolejka zrobiła się spora więc odpusciłyśmy; he he dorośli ludzie - a jak dzieci!
poza tym nie było planszy z dwiema babami
w Biesiadowni - ogromna sala przygotowana na przyjęcie kilku wycieczek!...
zatem zajmujemy miejsca i czekamy na "artystów" ....
obsługa w regionalnych kubraczkach
a potem to już widomo:
roznoszą nam napitki, jedzonko a dalej występy, tańce i przede wszystkim JODŁOWANIE ! „Jolo-ooo-la-jooo!”
Tiroler Abend - występowała tu znana tu rodzina Gundolfów
granie na alpejskich rogach (alphorns) - obowiazkowe!
jako pierwszą serwują nam cremige kurbisuppe - zupę dyniową
danie główne to Tiroler Shweinebratten - mówiąc po ludzku - pieczona wieprzowina po tyrolsku z dodatkami; smaczne to było, bo mięsko zrobione "na mięciutko" !
w międzyczasie na scenie zabawa trwa....
są też wygibasy:) to część tańca Schuhplattler (taniec z uderzaniem w buty) z podnoszeniem i podrzucaniem:) i inne takie "akrobacje"
tutaj pan grający na nietypowym instrumencie – pile muzycznej (pile śpiewającej)
a tu pani pięknie grająca na cytrze (cytra alpejska) - strunowy instrument z grupy chordofonów szarpanych
fajnie to zrobili - bo ze sceny widać głównie osobę grającą a nie sam instrument- wiec są stosowne ekrany, pokazujące w czasie gry jak to dokładnie wygląda
a tu gra na raffele
w międzyczasie wjechał deser:)
to oczywiście Apfelstrudel !
wszak to Austria , Tyrol!
no i tak cały czas......
„Jo-de-la-i-ti, jo-de-lah-hu uu!”
aż mi w uszach dzwoniło od tego grania i jodłowania:)))
grali tu na piłach, młotkach , krowich dzwonkach i różnych dziwnych instrumentach :):)):)Pozdrawiali po kolei wszystkie nacje na sali śpiewając "lokalne" przyśpiewki z danego kraju
i to tyle z TIROLER ABEND
Piea
Nel, a no niestety...
biedak ten Petrus, tylko mu współczuć...., ale pamiętajmy że w tamtych czasach wszystko co było "poza normą" było dziwactwem ; tolerancja nie istniała w wiekach minionych
ps. oglądałam niedawno stary, poruszający film w tych właśnie klimatach...., o murzynce sprowadzonej w XIX wieku z Afryki południowej do Europy ("Czarna Wenus" )
kobiety z plemienia Khoikhoi z RPA , która ze względu na swoją anatomię – cechującą się bardzo wydatnymi pośladkami i biodrami (w czasach obecnych wiemy, że ta przypadłość w medycynie i antropologii nazywa się steatopygią; ale wtedy nie wiedziano.... – była pokazywana w Londynie i Paryżu jako istne kuriozum i atrakcja cyrkowa, znana pod pseudonimem Hottentot Venus;
Piea
Ciekawy i oryginalny wieczór, też bym skorzystała z tego fakultetu.
Apfelstrudel uwielbiam, zawsze na wyjazdach narciarskich wcinałam go , tylko na ciepło
No trip no life
Nel, ten tutaj też podano nam na ciepło
*****
kolejny dzień to ten z serii widokowych ; jedziemy do przepięknego , i znanego w Austrii miejsca ...., to jedziemy tam....
po drodze jest bardzo malowniczo, choć w czasie jazdy trudno czasem zrobic udane fotki
już z parkingu widać nasz cel ...
to wspaniałe wodospady KRIMML...
czeka nas tu niezła "jazda bez trzymanki" :):))))
czyli męczące drapanko pod górę , bo żeby dotrzec do tego co tam jest NAJ- to trzeba się niestety troche powspinać...up, up, up.....
przyznac muszę, że sporo trudu i wysiłku włożyłam w pokonanie odcinków do niektórych rewelacyjnych punktów na mapie Austrii wspinając się pod górę do fenomenalnych przyrodniczych punktów naszej wycieczki, co pozwoliło mi stracić w czasie tych wędrówek - he he - sporo kalorii i potu z czoła:)),
m.in. właśnie ten fantastyczny, choć bardzpo męczący szlak do Wodospadów Krimml, gdzie nagrodą za wysiłek wejścia pod górę są cały czas wspaniałe widoki i obcowanie wśród leśnej przyrody; było tam cudownie.... choć naprawdę forsownie!
tak wygląda trasa: do najniższego wodospadu tablica podaje, że idzie się 10 minut;
potem jest tylko gorzej:( męczące wejscie po serpentynach pnących się coraz to bardziej pod górę; ale sama ścieżka jest bardzo wygodna i naprawdę świetnie przygotowana; jednakże mimo wygody samych ścieżek- można się tu trochę spocić :):))))
ale najpierw schodzi się kawałeczek w dół do pierwszego najniżej położonego wodospadu... zatem idziemy tam najpierw...
do wodospadów prowadzą dwa szlaki - ten jest na dół łatwo dostępny i tam idziemy obie najpierw
huk jest tu potężny a woda bryzga daleko; obie jesteśmy mokre mimo, że od wodospadu dzieli nas naście metrów:))
no cóż... jeszcze nie wiemy, że taki orzeźwiający prysznic przyda się przed dalszą wspinaczka pod górę:)
czasu mamy tu sporo (chyba ok. 2 godziny, kazdy więc może sobie wejsć do takiej wysokości do jakiej chce i własnym tempem; nie ma więc napinki ani narzucania tempa; wracamy pod górę do miejsca z którego schodziłyśmy do najniższego wodospadu, ale moja kumpela widząc trasę górną - rezygnuje już na wstępie
mówi, że nie da rady.... i ze poczeka w knajpie na dole; jest tu mnóstwo sklepików i punkty gastronomiczne więc posiedzi, popatrzy i sobie poczeka....
trudno, idę więc samotnie .... to znaczy inni też oczywiście idą, ale potem wszyscy się "po trasie" rozłazimy....
to do dzieła!
a dalej las i widoki widoki widoki... i huk kolejnych progów wodospadów....
co jakis czas tablice informacyjne z nazwą danego punktu i z wysokością na jakiej się znajdujemy
coraz wyżej i wyżej... a małe ludki w dole...
co jakis czas takie widokowe balkoniki..... można sobie wejsć pocykac fotki i zostać tam kompletnie zmoczonym
na tych punktach bowiem mokra bryza chłosta wodą niemiłosiernie...
i nie ma ucieczki
i dalej up up....
dochodzę do kiosku i stąd juz ostatni odcinek do najwyzszego progu wodospadu....
a dalej dłuuugie, "bolesne" zejście... wprawdzie juz bez sapania ale za to ostro w dół prawie w biegu:))
no i jestem na dole....
Hurra!
szlak na Krimml zdobyty!
wyrobiłam się szybciej niż czas zbiórki
zatem szukam kumpeli po knajpach i mam jeszcze czas na zasłużoną kawkę

ach, jak dobrze posiedzieć i odpocząć z kawusią ....
w sklepikach nic ciekawego....
świstak dla malucha (znaczy się mojego najmniejszego wnuczka:))
i na parkimg i koniec Krimml... jedziemy dalej do kolejnej atrakcji...
cdn....
Piea
Wodospad piękny i aż czuć ten powiew kropel wody. Podejście nie wygląda strasznie, ale wierzę w to co piszesz, że można się spocić.