Chile - Peru - Boliwia z RT

562 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
sigma001
Obrazek użytkownika sigma001
Offline
Ostatnio: 4 dni 7 godzin temu
Rejestracja: 03 paź 2013

cienkibolek :

Gdy ja byłem na tej wycieczce na przełomie kwietnia i maja tego roku, to realizowaliśmy już (można powiedzieć pilotażowo) program, który oficjalnie ma obowiązywać dopiero od sezonu Zima 2018/2019. Jeśli gospodarz tego wątku nie będzie miał nic przeciwko temu, to mogę ewentualnie wkleić do tego wątku pisemną (zdjęć nie chce mi się już przygotowywać) relację z mojej wersji wycieczki.

Nie dziwię się powtórzeniu tej wycieczki dla boliwijskich lagun, bo są faktycznie niesamowite.

Ja z kolei podczas tej wycieczki powtórzyłem Peru, ale nie żałuję, bo tym razem częściowo zrealizowałem w tym kraju własny program, dzięki czemu zobaczyłem sporo nowego.

Serdeczne dzięki , sam doskonale wiesz że będę zachwycony.  Jestem bardzo ciekaw twoich wrażeń zwłaszcza z nowych miejsc, chociaż bardzo szkoda że zrezygnowano z Lagun Miscanti, Miniloque czy Chaco z pięknymi pelikanami i kolorami wody.

Śmiało pisz wersję pisemną ja od czasu do czasu wkleję jakąś fotkę ( Mi się nie chce pisać) chociaż gdybyś wkleił coś z Gór Tęczowych czy Lagun Baltinache lub Cejar.

Startuj czekam z niecierpliwościąi pozdrawiam.

Dance 4

sigma001
Obrazek użytkownika sigma001
Offline
Ostatnio: 4 dni 7 godzin temu
Rejestracja: 03 paź 2013

basia35 :

Jesteś zadowolony z pogody, sporo było słoneczka.

Z pogodą było bardzo różnie, w Chile brak opadów, w Boliwii padało po lagunie Colorada z przerwami do końca dnia, a był bardzo długi i intensywny. Natomiast w Peru w Cusco, pół dnia, poza tym słoneczko Couple-in-the-rain-smiley

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

No to wklejam moją relację. Moja wycieczka „Na szlaku piękna” miała miejsce w terminie 20.04–03.05.2018

Dzień 1 (20 IV 2018 piątek)

  Zbiórkę na lotnisku w Warszawie wyznaczono nam tym razem na 17:35 (czyli dwie godziny przed planowanym odlotem). Na lotnisku, po wcześniejszym odbiorze dokumentów na stanowisku Rainbow,  przeszedłem stosowne procedury związane z odprawą i oczekiwałem na wylot do Paryża, który zaplanowano na godzinę 19:35. W tym miejscu wspomnę, że w tym terminie utworzono aż 3 osobne grupy (z trzema różnymi pilotami) na taką samą wycieczkę i uczestnicy z dwóch pozostałych grup lecieli przez Amsterdam (z międzylądowaniem w Buenos Aires). Nasz samolot oderwał się ostatecznie od ziemi ok. 19:50. Lot był rejsowy, lecieliśmy samolotem Airbus A320 (z układem siedzeń 3+3) należącym do linii Air France. Podczas lotu podano nam kanapki i napoje. Ok. 21:45 wylądowaliśmy na lotnisku w Paryżu. Tam musieliśmy czekać na lot do Santiago de Chile, który zaplanowano na 23:40. Faktycznie nasz samolot oderwał się od ziemi trochę przed północą. Tym razem lecieliśmy samolotem Boeing 777-300 (z układem siedzeń 3+4+3 w klasie ekonomicznej). Każdy pasażer miał do swojej dyspozycji indywidualne „centrum rozrywki” z wyborem filmów, muzyki, informacjami nt. lotu itd. Na wyposażeniu był także koc i poduszka.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 2 (21 IV 2018 sobota)

 Wkrótce po starcie zaserwowano jeden większy posiłek, a pod koniec lotu śniadanie. Oczywiście przez cały lot można było zamawiać dodatkowo napoje. Z uwagi na porę lotu, tym razem niewiele skorzystałem z indywidualnego centrum rozrywki starając się jak najwięcej zdrzemnąć. W samolocie rozdano nam również chilijskie deklaracje celne, które trzeba było wypełnić i wręczyć potem urzędnikom celnym na lotnisku. Trzeba było m.in. zadeklarować wwóz produktów pochodzenia roślinnego i zwierzęcego (jeśli się takowe posiadało), żeby się potem nie narazić na kłopoty przy ewentualnej kontroli. O 14:00 czasu polskiego (czyli 9:00 czasu miejscowego) wylądowaliśmy na lotnisku w stolicy Chile. Na lotnisku przeszliśmy procedury kontrolne i oddaliśmy wypełnione deklaracje celne. Dostaliśmy też kwitki potwierdzające wjazd, które potem trzeba było przedstawić przy wyjeździe z Chile, gdzie je nam z powrotem zabierano. Podobna procedura obowiązywała też w Peru. W Boliwii nie było aż tylu formalności. Po przejściu kontroli dotarliśmy do oczekującej nas pilotki Izy Ratajewskiej. Ponieważ moja grupa składała się z osób, które zapisały się jako pierwsze na ten termin wycieczki, spodziewałem się, że z racji pierwszeństwa dostaniemy, któregoś z bardziej doświadczonych na tej trasie pilotów (Przemka Balle lub Artura Piniewskiego), tymczasem z nieznanych mi przyczyn biuro zdecydowało inaczej, przydzielając nam najmniej doświadczoną na tej trasie (i z pewnością prowadzącą dotychczas znacznie mniej wycieczek objazdowych niż wyżej wspomniani piloci) Izę. Poza Izą czekał na nas również miejscowy przewodnik Joaquin. Po zebraniu się grupy przeszliśmy do czekającego na nas autokaru z kierowcą Manuelem. Po zapakowaniu się (w autokarze dostaliśmy po butelce wody – 0,5 l na osobę), o 10:47 czasu miejscowego wyruszyliśmy na zwiedzanie Santiago de Chile. Stolica Chile to miasto pełne kontrastów - drapacze chmur przeplatają się tutaj z kolonialnymi zabytkami. Santiago jest uznawane za jeden z najważniejszych ośrodków gospodarczych i kulturalnych całej Ameryki Południowej. Po dojechaniu do centrum wysiedliśmy z autokaru i ruszyliśmy na pieszy spacer po mieście. Podczas niego była też okazja do wymiany waluty. Pierwszym obiektem, do którego dotarliśmy był Palacio de la Moneda. To ładny neoklasycystyczny pałac, który został zbudowany w latach 1784-1805 przez słynnego włoskiego architekta Joaquina Toescę. Pierwotnie mieściła się w nim mennica królewska. Od połowy XIX w. stał się siedzibą prezydentów Chile. Przed pałacem odbywa się uroczysta zmiana warty, na którą niestety nie zdążyliśmy (widzieliśmy tylko odmaszerowujących już żołnierzy). Dalej przeszliśmy przez Plac Konstytucji i skierowaliśmy się w stronę głównego placu miasta. Po drodze mijaliśmy rozmaite obiekty m.in. zabytkowe budynki Palacio de los Tribunales de Justicia de Santiago oraz Museo Chileno de Arte Precolombino. Ten pierwszy, zbudowany w stylu neoklasycystycznym w latach 1905-30, jest m.in. siedzibą Sądu Najwyższego Chile. Budynek Palacio de la Real Aduana w którym obecnie mieści się Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej, powstał w 1807 r. i pierwotnie został wzniesiony na potrzeby urzędu celnego. W końcu dotarliśmy do serca chilijskiej stolicy - Plaza de Armas (powstał on w 1541 r.), otoczonego przez wiele pięknych, zabytkowych budowli. Najpierw wysłuchaliśmy informacji na temat placu i jego otoczenia, potem mieliśmy tam trochę czasu wolnego na indywidualną eksplorację tego miejsca. Zwiedziliśmy tam przede wszystkim miejscową katedrę (w tym jej piękne wnętrze). Została ona zaprojektowana przez włoskiego architekta Joaquina Toescę, który budując ją zrealizował swoją wizję połączenia baroku z neoklasycyzmem. Kościół powstał w latach 1748-1800, potem był jeszcze poddawany różnym przeróbkom. Po wejściu do środka można obejrzeć imponujący ołtarz, który wykonano z lapis lazuli, marmuru i brązu. Wspomnę jeszcze o kilku innych obiektach przy Plaza de Armas, którego oglądaliśmy już tylko z zewnątrz. Przy katedrze znajduje się budynek Pałacu Arcybiskupiego. Również w pobliżu katedry, ale po innej stronie placu stoi Correo Central czyli piękny budynek starej poczty, zbudowany w 1882 r. Obok tego budynku stoi Museo Historico Nacional mieszczące się w imponującym gmachu Palacio de la Real Audiencia. Został wzniesiony w latach 1804-07. Kolejnym budynkiem po tej stronie placu jest Municipalidad czyli ratusz, zbudowany w latach 1785-1790, obecny kształt nadano mu podczas przebudowy w 1895 r. Spośród budynków usytuowanych po innych stornach placu warto jeszcze wspomnieć o Casa Coloroda czyli najlepiej zachowanym domu mieszkalnym z czasów kolonialnych, wzniesiono go w  1759 r. Sam plac jest pięknie obsadzony palmami. Stoją też na nim fontanna i konny pomnik hiszpańskiego konkwistadora Pedro de Valdivii, założyciela Santiago de Chile. Po opuszczeniu placu przeszliśmy do Mercado Central czyli założonego w 1872 r. targowiska, mieszczącego się w ładnej, zabytkowej hali. Tam dostaliśmy nieco czasu wolnego. Można było coś zjeść (ja wybrałem emapanadas) czy np. coś zakupić na targu z owocami (ja skusiłem się na miejscowe truskawki i melony). Na skwerku w pobliżu Mercado Central obejrzałem ponadto Pomnik Bohaterów (El Monumento a los Héroes de Iquique) odsłonięty w 1962 r. Ma on aż 25 m wysokości. Po czasie wolnym podjechał po nas autokar (w międzyczasie w roli kierowcy Manuel został zamieniony przez Claudię), którym pojechaliśmy jeszcze na zabytkowy cmentarz. Takie można powiedzieć miejscowe „Powązki” czy używając bardziej adekwatnego porównania z tamtego regionu świata, taką miejscową „Recoletę”. Ta narodowa nekropolia została otwarta 10 grudnia 1821 r. Widzieliśmy tam wiele pięknych, zabytkowych grobowców. Jest tam pochowany m.in. prezydent Salvador Allende (widzieliśmy jego grobowiec) oraz słynny polski uczony Ignacy Domeyko (widzieliśmy upamiętniający go obelisk), który był m.in. rektorem Uniwersytetu w Santiago de Chile. Potem ruszyliśmy już do hotelu, a właściwie hoteli, bo naszą niewielką 18-osobową grupę rozdzielono na aż 3 hotele. I przy tym żadna część grupy nie trafiła do hotelu „Los Españoles”, w którym zwykle nocowały wcześniejsze grupy Rainbow. Wydaje się niezrozumiałe, że choć nasza grupa była zapisana jako pierwsza, to inne grupy dostały pierwszeństwo przy przydzielaniu hotelu. Ja ostatecznie trafiłem do hotelu „Nogales”. Miałem tam jednak tylko nocleg, bo na kolację musiałem się udać do innego hotelu, w którym nocowała inna część grupy. Serwowaną kolację zaplanowano na 18:00. Po niej wybrałem się na spacer i zakupy spożywcze, żeby zaopatrzyć się na następny dzień. Wspomnę jeszcze, że podczas spaceru z oddali widziałem najwyższy budynek w Chile i w całej Ameryce Południowej - Gran Torre Santiago. Mierzy on 300 m wysokości i ma 64 piętra. Potem udałem się już na odpoczynek do hotelu.
cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 3 (22 IV 2018 niedziela)

 Tego dnia mieliśmy wczesną pobudkę, już o 5:15 rano musieliśmy się zebrać z bagażami pod hotelem. Podjechał po nas autokar, który zbierał uczestników wycieczki zakwaterowanych w 3 hotelach. W autokarze dostaliśmy prowiant na drogę zamiast normalnego śniadania. Na lotnisko dotarliśmy kilka minut przed 6-stą. Przeszliśmy odprawę i oczekiwaliśmy na wylot zaplanowany na godz. 8:00. Lecieliśmy Airbusem A319 należącym do chilijskich linii Sky Airlines. Podczas lotu nie było żadnych darmowych napojów czy przekąsek. Można natomiast było coś nabyć odpłatnie (ja np. wybrałem herbatę). O 10:00 wylądowaliśmy na lotnisku w Calamie. Na miejscu czekał na nas kolejny autokar z kierowcą Louisem, którym ruszyliśmy w podróż przez pustynię Atacama. Wspomnę tu od razu, że zrealizowaliśmy tego dnia zmieniony (w stosunku do oficjalnego) program zwiedzania. Odbyło się to za zgodą wszystkich uczestników, przy czym była to zgoda trochę „w ciemno”, bo w praktyce nie byliśmy w stanie ocenić czy jest to zmiana korzystna (z perspektywy czasu mam co do tego pewne wątpliwości). Dodam, że ten zmieniony program będzie już oficjalnym programem w sezonie 2018/19. Podczas drogi mijaliśmy różne piękne krajobrazy, czasem się też na krótko zatrzymywaliśmy, żeby sfotografować miejscowe zwierzęta (lamy, gwanako). W końcu dotarliśmy do Valle del Arcoiris czyli Tęczowej Doliny, nazywanej tak ze względu na niezwykły kolor wzgórz znajdujących się w tym miejscu. Dolina Tęczowa, znajduje się w dorzeczu Rio Grande, 90 km od San Pedro de Atacama na wysokości ponad 3 000 m n.p.m. Paleta barw od czerwieni, fioletów po biel tworzy bajeczny krajobraz. Kolory te są wynikiem różnego stężenia gliny, soli i minerałów. Mieliśmy w tym miejscu nieco czasu wolnego na spacer pośród kolorowych skał. Następnie przejechaliśmy do Yerbas Buenas, gdzie mogliśmy oglądać petroglify na skałach. Ten nowy punkt programu nie wydał mi się specjalnie ekscytujący. Znacznie bardziej podobał mi się kolejny. Zatrzymaliśmy się bowiem przy pięknych lagunach Baltinache. To laguny charakteryzujące się podobnym zasoleniem co Morze Martwe. Była możliwość kąpieli w jednej z takich lagun, z czego oczywiście skwapliwie skorzystałem. Wyporność faktycznie była ogromna, można się było spokojnie położyć na wodzie i sobie poleżeć. W pobliżu były również prysznice, więc można było spłukać z siebie sól po powrocie z kąpieli w lagunie. W międzyczasie przygotowano też dla nas plenerowy poczęstunek. Było wino, soki i różne przekąski. Odprężeni i posileni ruszyliśmy już do hotelu w San Pedro de Atacama. Miasto, położone na wysokości ok. 2440 m n.p.m. jest zieloną oazą na środku pustyni Atacama. Tuż przed 19-stą dotarliśmy w końcu do hotelu „Casa Don Esteban”, w którym mieliśmy 2 kolejne noclegi. O 19:30 mieliśmy w hotelu serwowaną kolację. Tego wieczoru wpłacaliśmy też pilotce obowiązkową kwotę 430 USD na bilety wstępu, przewodników, napiwki itp.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 4 (23 IV 2018 poniedziałek)

  Tego dnia znowu mieliśmy wczesną pobudkę. Pobraliśmy prowiant na drogę i już o 5:30 wyruszyliśmy autokarem w drogę do gejzerów El Tatio. Są to najwyżej położone gejzery na świecie, znajdują się na wysokości 4320 m n.p.m. Przez wielu są też uznawane za najbardziej imponujące gejzery na świecie. Zdecydowanie najlepiej prezentują się o wschodzie słońca (stąd nasza wczesna pobudka), kiedy są spowite kłębami pary wodnej wyglądającej jak dym. Nazwa tego miejsca, El Tatio, to w tłumaczeniu na język polski „dziadek”. Znajduje się tam aż 80 aktywnych gejzerów, co sprawia, że „Dziadek” to największe pole gejzerów na południowej półkuli i trzecie co do wielkości na świecie. Gejzery przypominają miniaturki wulkanów, które zamiast lawą tryskają gorącą wodą, tworząc ciekawe formy mineralne po odparowaniu wrzącej wody. Średnia erupcja gejzeru to 75 cm, ale woda potrafi z nich „wystrzelić” nawet do wysokości 6 m! Ok. 7 mieliśmy postój przy ostatnich toaletach przed gejzerami. Pół godziny później dotarliśmy już do pola gejzerów. Tam mieliśmy ok. 45 minut czasu wolnego na indywidualną przechadzkę pośród dymiących gejzerów. W międzyczasie przygotowano dla nas śniadanie w plenerze, które następnie zjedliśmy. Potem przejechaliśmy autokarem do miejsca, w którym można było zażyć kąpieli termalnych w basenie na wolnym powietrzu. Było to dość ekstremalne doświadczenie (z naszej grupy oprócz mnie skorzystały z niego chyba tylko 3 osoby), bo choć woda w basenie była bardzo ciepło, to temperatura zewnętrzna oscylowała w okolicy zera stopni. Wyjście z wody było zatem bardzo trudne, ale było warto dla poczucia odprężenia po kąpieli. Potem w ramach danego nam czasu wolnego (do 9:15) pospacerowałem jeszcze trochę po malowniczej okolicy. Następnie ruszyliśmy w drogę powrotną do San Pedro de Atacama. Po drodze zatrzymywaliśmy się w różnych ciekawych miejscach. Pierwszy postój mieliśmy przy Vado Putana czyli bardzo malowniczych rozlewiskach rzeki Putana (wypływa ona z wulkanu o tej samej nazwie). Rozlewisko jest siedliskiem dla różnych gatunków ptaków i wikunii. Kolejny postój był w maleńkim miasteczku Machuca położonym na wysokości ok. 4000 m n.p.m. Jest w nim ok. 20 domów i niewielki biały kościółek pokryty strzechą. Później mieliśmy już tylko bardzo krótkie postoje, aby sfotografować jakieś zwierzęta czy rośliny. Ok. 12:30 dojechaliśmy do San Pedro de Atacama i dostaliśmy tam 2 godziny czasu wolnego. Była zatem okazja by trochę pospacerować po tym dość sennym miasteczku. Na jego centralnym placu rośnie kilka drzew, są też ławki, na których można odpocząć w ich cieniu. Obok placu stoi Iglesia de San Pedro. Ten niewielki kościół zbudowano w 1774 r. W XIX wieku dobudowano do świątyni dzwonnicę. Po drugiej stronie placu, naprzeciwko kościoła, mieści się najstarszy budynek w mieście (obecnie sklep z pamiątkami) Casa Incaica. Po jeszcze innej stronie placu stoi miejscowy ratusz. Przy przechadzce po uliczkach miasteczka uwagę zwraca duża liczba wałęsających się lub wylegujących się psów. Przeszedłem też przez miejscowe targowisko, była również okazja do konsumpcji (tym razem wybrałem sobie kurczaka z ryżem i warzywami). Zgodnie z sugestiami pilotki nabyliśmy tam też niewielką ilość boliwijskiej waluty, aby mieć na następny dzień drobne np. na toaletę. Po czasie wolnym ruszyliśmy autokarem do Valle de la Luna czyli Doliny Księżycowej. Przejeżdżaliśmy przez pasmo Cordillera de la Sal, gdzie można podziwiać wspaniałe, naturalne formacje solne. Dolina Księżycowa zawdzięcza swą nazwę kosmicznemu krajobrazowi, wysuszone jeziora i spękana od braku deszczu ziemia, do złudzenia przypominają krajobraz na Księżycu. Mieliśmy tam kolejno trzy dłuższe postoje, podczas których odbywaliśmy piesze przechadzki. Pierwszy był w okolicy dawnej kopalni soli (Mina Victoria), drugi w okolicy ciekawej formacji skalnej zwanej, z racji swojego kształtu,  „Amfiteatrem” i wreszcie trzeci (najdłuższy) przy tzw. Wielkiej Wydmie. Najbardziej ekscytująca i obfitująca w najwspanialsze widoki była ostatnia z wymienionych przechadzek. Następnie pojechaliśmy autokarem do Valle de la Muerte czyli Doliny Śmierci. Jest to najbardziej suche miejsce w paśmie Cordillera de la Sal. Za to feeria barw jaką oferują tam najróżniejsze formacje skalne i padające na nie promienie słońca tworzą piękny obraz, który namalować może tylko natura. W Dolinie Śmierci mieliśmy już tylko trzy krótsze postoje w punktach widokowych (m.in. przy tzw. „Skale Kojota”). Potem ruszyliśmy już w drogę powrotną do hotelu. Dotarliśmy do niego ok. 18:45. O 19:00 mieliśmy w hotelu serwowaną kolację.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 5 (24 IV wtorek)

 Po śniadaniu w hotelu i wykwaterowaniu ok 7:00 wyruszyliśmy autokarem w drogę do Boliwii. Kilak minut po 8-smej dotarliśmy do chilijskiego posterunku granicznego w Hito Cajon. Dodam jeszcze, że na trasie dojazdu, jak i z samej granicy mogliśmy podziwiać z oddali  wulkan Licancabur (5920 m n.p.m.). Przed posterunkiem nie było bardzo dużej kolejki pojazdu, ale i tak swoje musieliśmy odczekać, w końcu wszyscy przeszli kontrolę paszportową i tuż po 9-tej ruszyliśmy z kolei do boliwijskiego posterunku granicznego (dotarliśmy do niego mniej więcej po 5 minutach). Tam przeszliśmy kolejną graniczną kontrolę. Trzeba też było cofnąć czas o godzinę, przestawiając się na czas boliwijski. Nasze bagaże zostały wyładowane z autokaru, którym przyjechaliśmy na granicę i potem przeładowane do jeepów, którymi podróżowaliśmy przez 2 dni w Boliwii. Oczywiście musieliśmy się podzielić na mniejsze grupki, bo do jeepa oprócz kierowcy wchodziły 4 osoby (mnie przypadło miejsce z przodu obok kierowcy). Dodam, że oprócz kierowcy dołączył do nas również miejscowy przewodnik Sergio. Kierowca „mojego” jeepa nosił imiona Jose Manuel. Jeszcze na granicy kierowcy jeepów przygotowali dla nas śniadanie (było to już nasze drugie tego dnia), które spożyliśmy w plenerze. W końcu ok. 9:10 czasu boliwijskiego wyruszyliśmy w dalszą drogę. Podróżowaliśmy tzw. Ruta de las Lagunas słynącą z pięknych lagun czyli wysokogórskich jezior (najwyższy punkt, w jakim się znaleźliśmy w tym dniu był położony na wysokości aż 4 850 m n.p.m.), z których każda zachwyca innymi kolorami. Występujących tam też liczne flamingi, skupiające się wokół kolorowych wód. Pierwszy postój mieliśmy przy Laguna Blanca. Jest to słone jezioro leżące ona na wysokości 4350 m n.p.m. Ma ok. 11 km2 powierzchni, 5,6 km długości i 3,5 km szerokości. Charakterystyczny biały kolor wody jest spowodowany dużą ilością zanurzonych w niej minerałów. Kolejny postój mieliśmy przy pobliskiej Laguna Verde (również na wysokości 4350 m n.p.m.) o powierzchni ok 1700 ha. To słone jezioro charakteryzuje się z kolei wysoką zawartością arszeniku, który wraz z innymi minerałami w określonych warunkach atmosferycznych (przy odpowiednich wiatrach) nadaje wodzie zielony kolor (w różnych odcieniach). Niestety podczas naszej wizyty ten efekt nie był widoczny. Dodam jeszcze, że w pobliżu tej laguny natknęliśmy się na lisa andyjskiego (przypomina on kojota). Następny postój mieliśmy na Pustyni Dali, która charakteryzuje się krajobrazem pokazującym wszystkie kolory tęczy, będąc tym samym wspaniałym miejscem dla fotografów. Występują tam też ciekawe formacje skalne. Nazwa tego miejsca wzięła się stąd, że tamtejsze krajobrazy przypominają surrealistyczne dzieła Salvadora Dali. Kolejny postój mieliśmy przy lagunie Polques, która zawiera duże ilości białych minerałów. Są też przy niej gorące źródła, widzieliśmy ludzi kąpiących się w basenach nimi zasilanych. Widzieliśmy też różne gatunki ptactwa żerujące w wodach laguny. Następny przystanek mieliśmy przy polu geotermalnym Sol de Mañana. Tereny geotermiczne rozciągają się tam na obszarze ponad 10 km2 na wysokości od4800 do 5000 m n.p.m. My oczywiście widzieliśmy tylko jego fragment. Tereny te charakteryzują się dużą aktywnością wulkaniczną. Widzieliśmy tam źródła siarkowe i dymiące błotne jeziorka. Dwa następne postoje mieliśmy przy lagunie, która mnie zauroczyła najbardziej ze wszystkich lagun widzianych tego dnia. Mowa o Laguna Colorada. Najpierw zatrzymaliśmy się na poziomie wód laguny (leży ono na wysokości 4278 m n.p.m.) przy restauracji, w której zjedliśmy obiad. Potem wjechaliśmy wyżej na punkt widokowy, z którego mogliśmy podziwiać lagunę w pełnej krasie. To płytkie słone jezioro (średnia głębokość to ledwie 0,35 m, maksymalna 1,5 m) ma powierzchnię ok. 60 km2, 10,7 km długości i 9,6 km szerokości. Pigmentacja wód laguny zależy od obecności różnych gatunków alg. Jezioro swoją popularność zawdzięcza charakterystycznej, intensywnie czerwonej barwie. Dodatkowo na jego tafli można zaobserwować liczne, kontrastujące, białe połacie boraksu. Całość tego niezwykłego zjawiska wkomponowana jest w malowniczy, nieskażony, górski krajobraz. Lagunę Coloradę zamieszkują głównie różowe flamingi krótkodziobe, ale można również spotkać flamingi andyjskie i chilijskie. Kolejny postój mieliśmy przy Árbol de Piedra czyli niezwykłej formacji skalnej, wyrzeźbionej przez wiatr, wyglądem przypominającą drzewo o wysokości ok. 7 m. W okolicy widzieliśmy jeszcze wiele innych ciekawych formacji skalnych. Następny postój mieliśmy przy Laguna Kara. To kolejne piękne słone jezioro położone na wysokości 4522 m n.p.m. Ma ona powierzchnię 13 km2, 4,8 km długości i 4,6 km szerokości. Również tam mogliśmy zobaczyć duże ilości flamingów. Potem jechaliśmy już dłuższy czas bez postojów, mijając zmieniające się, ale wciąż niezmiennie piękne, krajobrazy. W końcu zatrzymaliśmy się na postój „toaletowy” wśród ciekawych forma skalnych (normalnych toalet nigdzie tam nie było). W dalszej drodze mieliśmy jeszcze krótki postój w miejscowości San Cristobal, gdzie była możliwość zrobienia zakupów spożywczych. Kilkanaście minut po 20-stej dotarliśmy w końcu do hotelu „Samay Wasi” w Uyuni (miasto leży na wysokości ok. 3700 m n.p.m.) i się w nim zakwaterowaliśmy, a potem udaliśmy na spoczynek po dniu dość wyczerpującym fizycznie, ale za to dostarczającym niezapomnianych wrażeń wizualnych.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 6 (25 IV 2018 środa)

  Tego dnia wyjazd na wspólne zwiedzanie był zaplanowany na późniejszą godzinę, więc po śniadaniu w hotelu wybrałem się jeszcze na spacer po Uyuni. Dotarłem m.in. do Plaza Arce z ładnym niebieskim budynkiem ratusza i stojącą obok wieżą zegarową. Widziałem tez różne pomniki, rzeźby nowoczesne czy stare lokomotywy eksponowane na jednej z ulic. Minąłem też jeden z miejscowych kościołów (obejrzałem go tylko z zewnątrz). Po spacerze wróciłem do hotelu. Ok. 10:20 wyruszyliśmy jeepami na wspólne zwiedzanie. Pierwszy przystanek (3 km za miastem Uyuni) mieliśmy przy Cmentarzu Lokomotyw. To unikatowe miejsce, w którym rozkwit kolei przypadł na XIX - XX w. Był ściśle związany z odkrytymi w tym czasie bogatymi złożami minerałów oraz transportem ich z kopalni do portów na wybrzeżu Pacyfiku. Teraz znajduje się tam blisko setka lokomotyw oraz wagonów porzuconych wiele lat temu po wyczerpaniu się złóż minerałów. Porobiliśmy tam trochę zdjęć i ruszyliśmy dalej. Następny postój mieliśmy w miasteczku Colchani, gdzie obejrzeliśmy małe muzeum soli i pokręciliśmy się po miejscowym targowisku. Później pojechaliśmy już do Salar de Uyuni czyli największego solniska na świecie. Jest to niespotykanie płaska (różnica wzniesień to niecałe 41 cm), ogromna pustynia solna o powierzchni ponad 10 000 km². Leży na wysokości 3653 m n.p.m. Pod kilkunastometrową warstwą soli płyną zasolone rzeki. Powierzchnię solniska pokrywa skorupa, pod którą znajduje się niezwykle bogata w lit solanka. Szacuje się, że zawiera 50–70% światowych zasobów litu. W porze deszczowej salar pokryty jest wodą, podczas naszego pobytu widzieliśmy ją jedynie na obrzeżach solniska. Po przejechaniu niewielkiego fragmentu salaru zatrzymaliśmy się na krótki postój, aby zrobić pierwsze zdjęcia tego niezwykłego miejsca. Potem wjechaliśmy daleko w głąb salaru zatrzymując się dopiero przy Wyspie Ryb w miejscowym języku zwanej Incahuasi. Nazwa pochodzi od kształtu wyspy przypominającego kształt ryby. Ta skalista wysepka ma 24,62 ha powierzchni i jest porośnięta dużą ilością ogromnych kaktusów. Stanowi pozostałość dawnego wulkanu. Dostaliśmy trochę czasu wolnego na samodzielny spacer po wyspie (z jej górnych partii roztaczały się wspaniałe widoki), a potem mieliśmy obiad (przygotowali go dla nas kierowcy jeepów) w plenerze na powierzchni solniska. Była to zaiste niezwykła sceneria na posiłek. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną. Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się, aby zrobić oryginalną sesję zdjęciową na salarze. Pomagali nam w tym kierowcy, którzy aranżowali różne sceny do fotograficznych zabaw z perspektywą. W efekcie powstały bardzo zabawne zdjęcia bazujące na złudzeniach optycznych. Po sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej. Następny postój mieliśmy przy hotelu solnym, prawie w całości wykonanym z bloków soli, głównego surowca w okolicy. W tym miejscu w 2014 przebiegał Rajd Dakar, ale w następnych latach się z tego wycofano, bo salar okazał się zbyt zabójczy dla samochodów. W pobliżu hotelu stoi obelisk, na którym jest m.in.  tablica wspominająca o uczestnikach Rajdu Dakar. Potem zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym miejscu, aby popatrzyć na zachód słońca. Dalej ruszyliśmy już na lotnisko w Uyuni. Wg oficjalnego programu mieliśmy spać 2 noce w Uyuni, a jedną w La Paz, tymczasem przyspieszono nam wylot do La Paz i w rezultacie to tam spędziliśmy 2 noce. Wziąwszy pod uwagę znacznie wyższą wysokość i przenikliwe zimno w hotelu w La Paz nie była to raczej zmiana korzystna. Do lotniska w Uyuni dotarliśmy o 18:40. Tam pożegnaliśmy naszego kierowcę jeepa wręczając mu sowity napiwek, bo bardzo byliśmy zadowoleni z jego usług. Na lotnisku przeszliśmy tym razem odprawę grupową, co skróciło jej czas. Za to więcej czasu zajęła szczegółowa kontrola bagażu podręcznego. Nie było tam maszyn do prześwietlania bagażu, więc urzędnicy przeszukiwali je „ręcznie”. Nasz lot zaplanowano na 20:40. Lecieliśmy tym razem samolotem Bombardier CRJ – 200 (z układem siedzeń 2+2) należącym do boliwijskich linii lotniczych Amaszonas. W trakcie lotu zaserwowano nam jedynie wodę. Ok. 21:05 wylądowaliśmy na lotnisku w La Paz (znajduje się ono w dzielnicy El Alto). Tam czekał na nas miejscowy przewodnik Juan. Po odbiorze bagażu przeszliśmy do autokaru z kierowcą Pedro. O 21:35 ruszyliśmy w drogę do hotelu, do którego dotarliśmy kilka minut po 22-giej. Był to hotel „Estrella Andina” położony w centrum miasta. Po zakwaterowaniu udaliśmy się na spoczynek po kolejnym intensywnym dniu.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 7 (26 IV 2018 czwartek)

  Po śniadaniu w hotelu (jedliśmy je w restauracji na 5-tym piętrze, skąd rozpościerały się piękne widoki na miasto) o 8:30 wyruszyliśmy autokarem na zwiedzanie miasta. La Paz, to największe miasto Boliwii, leżące na wysokości 3200 - 4050 m n.p.m. Zostało wybrane w prestiżowym konkursie na Siedem Cudów Świata w kategorii: miasta. Pierwszy postój mieliśmy przy jednym z punktów widokowych, z którego podziwialiśmy widoki na miasto. Następnie podjechaliśmy do jednej ze stacji kolejki gondolowej Mi Teleferico, która zastępuje w tym mieście metro. Zaczęła funkcjonować w 2014  i obecnie ma już 7 linii (łącznie kilkanaście km długości). Tego dnia odbyliśmy przejażdżkę linią „zieloną”, podziwiając wspaniałe widoki na miasto. Potem znowu wsiedliśmy do autokaru, którym podjechaliśmy do kolejnego punktu widokowego (Killi-Killi), z którego roztaczała się cudowna panorama miasta. Widziałem z oddali m.in. położony najwyżej na świecie stadion piłkarski, na którym Boliwia oczywiście regularnie ogrywa swoich przeciwników. Na wzgórzu widzieliśmy też niewielki park z łukiem pośrodku. Następnie podjechaliśmy do głównego placu miasta - Plaza Murillo (zaprojektowano został w 1558 r.) i go obejrzeliśmy wraz z otaczającymi go budowlami, w tym katedrą (pw. Matki Boskiej Pokoju), do której wnętrza także zajrzeliśmy. Budowę katedry zaczęto w 1831 r., a ukończono w 1925 r.  W jej wnętrzu zwracają uwagę piękne witraże. W maju 1988 roku katedrę odwiedził papież Jan Paweł II, co upamiętnia tablica pamiątkowa. Obok katedry stoi pałac (Palacio Quemado), do którego wejścia strzegą żołnierze w pięknych (stylizowanych na XIX-wieczne) czerwonych mundurach. Jest to siedziba prezydenta republiki Boliwii. Nazwa Palacio Quemado oznacza Spalony Pałac, a została ona nadana po spaleniu pałacu podczas powstania w 1875. Potem pałac został odbudowany i był wielokrotnie przebudowywany. Najładniejszym budynkiem stojącym przy placu wydał mi się jednak Pałac Ustawodawczy, w którym obraduje boliwijski Kongres. Jest to budynek o architekturze kolonialnej. Siedzibą Kongresu stał się w 1904 r., wcześniej mieściło się tam więzienie, uniwersytet i klasztor. Ciekawostką jest zabytkowy (z 1905 r.) zegar na wieży pałacu, który ma odwróconą kolejność cyfr na cyferblacie i wskazówki też przesuwają się w drugą stronę. Wspomnę jeszcze, że pośrodku placu stoi duży pomnik Pedra Domingo Murillo, patrioty, który odegrał kluczową rolę w uzyskaniu niepodległości przez Boliwię. Podczas dalszego spaceru minęliśmy m.in. kościół Santo Domingo (wybudowany w 1760 r w stylu baroku metyskiego), budynek (Amigos de la Ciudad) biblioteki miejskiej oraz ładny budynek teatru miejskiego (El Teatro Municipal „Alberto Saavedra Pérez”), zbudowany w latach 1834-45. Następnie dotarliśmy do brukowanej uliczki Jaen, która zachowała swój kolonialny charakter i zabudowę. Mieszczą się przy niej liczne muzea. Wspólnie odwiedziliśmy jedno z nich, było to Muzeum Instrumentów Muzycznych (Museo de los Instrumentos Musicales). Zostało ono założone w 1962 r. przez słynnego boliwijskiego charangistę (charango to niewielki andyjski instrument gitarowy, podobny do mandoliny, zazwyczaj ma 10 strun i  pudło rezonansowe wykonane ze skorupy pancernika) Ernesto Cayour Aramayo. Zawiera największą tego typu kolekcję w Boliwii,  na którą składa się ponad 2000 instrumentów muzycznych, używanych w różnych regionach Boliwii, w tym także obszerną kolekcja charango. Ciekawostką są instrumenty muzyczne wykonane z nietypowych materiałów jak skorupy żółwia czy pancernika, dziób tukana, kozie kopyta czy zęby muła oraz flety wykonane z wulkanicznej skały w kształcie erotycznych postaci. Po zwiedzeniu muzeum odwiedziliśmy następnie pobliską galerię artystyczną Mamani Mamani, gdzie akurat zastaliśmy znanego boliwijskiego malarza Roberto Mamani Mamani. Chętni mogli nabyć jego prace wraz z dedykacją artysty. Ten urodzony w 1962 r. malarz pochodzi z ludu Aymara. W swojej twórczości posługuje się lokalnymi tradycjami i symbolami, jego obrazy charakteryzują się bardzo żywymi kolorami. Dzieła tego artysty wystawiane są m.in. w Waszyngtonie, Tokio, Monachium i Londynie. Potem wróciliśmy do autokaru, którym kawałek podjechaliśmy w pobliże tzw. targu czarownic, do którego następnie już pieszo dotarliśmy. Można tam nabyć np. płody lamy czy inne dziwne rzeczy używane do tamtejszych ezoterycznych ceremonii. Są tam też rozmaite zioła, przyprawy, wina, amulety oraz specyfiki na wszelkie choroby. Po obejrzeniu targu przeszliśmy następnie do Plaza San Francisco, przy którym stoi potężny kościół San Francisco. Budowę jego pierwotnej wersji ukończono w 1549 r. Potem się on jednak zawalił po dużych opadach śniegu. Obecną postać nadano kościołowi w latach 1743-53. Reprezentuje on styl baroku metyskiego. Tym razem zerknęliśmy na kościół jedynie z zewnątrz i następnie udaliśmy się do pobliskiej restauracji „La Casona”, gdzie spożyliśmy serwowany obiad. Potem pieszo wróciliśmy do hotelu (dotarliśmy do niego ok. 14:45) i mieliśmy już czas wolny. Po krótkiej przerwie ponownie wyszedłem z hotelu, tym razem na indywidualną eksplorację miasta. Doszedłem ponownie do Plaza San Francisco i tym razem zwiedziłem stojące przy nim muzeum (Museo San Francisco). Bilet wstępu kosztował 20 bolivianos, w jego cenie był zagwarantowany mówiący po angielsku przewodnik. Muzeum założono w 1953 r. w miejscu dawnego klasztoru św. Franciszka. Zbiory zawierają m.in. piękne obrazy religijne namalowane przez lokalnych twórców, głównie z XVII i XVIII w. Zdobione malowidłami są ściany holu i piwnicy, w której przechowywano wina. Ładne są tez klasztorne krużganki i ogród. Po zwiedzeniu muzeum wszedłem również tym razem do wnętrza kościoła św. Franciszka (w międzyczasie został otwarty). Piękne wnętrze kościoła jest bardzo bogato zdobione, ma piękny złoty ołtarza główny, a także liczne malowidła i bogato zdobione statuy. Potem ponownie wróciłem raz jeszcze do głównego placu i pochodziłem po jego okolicy (w tym także po miejscach, które już wcześniej tego dnia odwiedziłem). Po drodze minąłem m.in. kilka kościołów. Tym razem wszedłem do wnętrza kościoła Santo Domingo. Tylko z zewnątrz minąłem neogotycki kościół San Calixto, zbudowany w 1882 r. W przypadku kościoła San Sebastian z 1548 r. zwiedziłem również wnętrze. Wspomnę jeszcze, że kościół ten stoi przy placu Alonso de Mendoza, przy którym widziałem również pomnik tego hiszpańskiego konkwistadora. Postawiono go w 1548 r. Dotarłem jeszcze do kościoła La Recoleta (zbudowanego w 1896 r,), który obejrzałem tylko z zewnątrz. W trakcie spaceru widziałem też różne inne ciekawe budynki, których nie będę już jednak szczegółowo wymieniał. Podczas przechadzki była też okazja do konsumpcji (w moim przypadku tradycyjne emapanadas) i zakupów. Ostatecznie do hotelu wróciłem o 19:30.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Offline
Ostatnio: 11 godzin 46 minut temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 8 (27 IV 2018 piątek)

 Po śniadaniu w hotelu i wykwaterowaniu ok. 7:30 wyruszyliśmy autokarem w dalszą drogę. Najpierw pojechaliśmy do El Alto czyli najwyżej położonej (ok. 4150 m n.p.m.) dzielnicy w obszarze miejskim La Paz. Zatrzymaliśmy się przy jednej  ze stacji Mi Teleferico i odbyliśmy przejażdżki kolejnymi dwoma liniami tej kolejki: „czerwoną” i „niebieską”. Przy tej okazji oczywiście ponownie mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki na miasto. Po opuszczeniu kolejki mogliśmy się jeszcze trochę poprzyglądać barwnemu targowisku przy jednej ze stacji. Potem ruszyliśmy już autokarem w kierunku granicy z Peru. Po drodze mieliśmy jeden krótki postój w punkcie widokowym. Dłuższy postój mieliśmy po godzinie 10-tej kiedy to zatrzymaliśmy się w Tiahuanaco. To największy ośrodek kultury andyjskiej z okresu regionalnego, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Leży na wysokości 3800 m n.p.m. Czas powstania Tiahuanaco określa się na VI w. p.n.e., największy rozwój ośrodka datowany jest na okres III-VIII w., okres ekspansji trwał od VIII do XII w. W tym czasie Tiahuanaco swoim wpływem objęło cały obszar Ameryki andyjskiej od północnego Chile i Argentyny do północnych wybrzeży Peru oraz zachodnią Boliwię. Na miejscu najpierw zwiedziliśmy 2 muzea (uwaga: jest w nich bardzo zimno), a potem teren stanowiska archeologicznego, zajmującego powierzchnię ok. 3 km2. Zachowane ruiny monumentalnych budowli pochodzą z okresu największego rozwoju ośrodka. Zobaczyliśmy tam m.in. słynną Bramę Słońca z wizerunkiem Boga Wiracocha. Jest to kamienna konstrukcja w kształcie wolno stojącej bramy. Zbudowana została z bloków andezytu grubości 0,5 m, wysokość konstrukcji wynosi 2,73 m, a jej szerokość to 3,80 m. Bramę zdobi fryz, w którego centrum umieszczona jest podobizna boga Wirakoczy. Bóstwo umieszczone jest na podwyższeniu. W rękach trzyma symbole władzy, twarz ma przesłoniętą maską. Postać wpisana jest w kwadrat. W trzech poziomych rzędach, po obu stronach centralnej postaci umieszczono 48 „zapłakanych” ptaków. Najprawdopodobniej są to kapłani - wojownicy w rytualnych maskach kondora, składający hołd swojemu bóstwu. Postacie zostały umieszczone w kwadratowych, obramowanych polach. Meander z symbolami słońca stanowi dolne wykończenie fryzu. Cały ozdobny relief przypomina tkaninę. Taki powtarzalny rytm, geometryczna stylizacja, jest typowym elementem sztuki Tiahuanaco. Z innych obiektów, które tam widzieliśmy i o których wspomnę to Akapana i Kalasasaya. Akapana jest  piętnastometrowej wysokości platformą o powierzchni 180 × 140 m. Boki jej pokryte są murami, a wnętrze to skupisko budowli wzniesionych wokół dużego zbiornika wody. Ściany zbiornika oblicowane zostały płytami kamienia. Kalasasaya to platforma w kształcie litery U i wymiarach w planie 135 × 120 m. Podobnie jak Akapana, została otoczona murami, z których zachowały się pionowe bloki skalne, połączone dawniej ścianami. Na dziedziniec prowadziły monumentalne schody zbudowane z sześciu stopni. Na wewnętrznym placu, na dwustopniowej platformie stał budynek o wymiarach 68 × 34 m. Najprawdopodobniej była to świątynia. Po zwiedzaniu mieliśmy jeszcze trochę czasu wolnego na miejscowym targowisku. Następnie przejechaliśmy autokarem do pobliskiej restauracji, w której spożyliśmy serwowany obiad. Ok. 13:30 ruszyliśmy dalej. Po 14-stej dotarliśmy do boliwijskiego posterunku granicznego w Desaguadero. Nasze bagaże główne zostały wypakowane z autokaru i zapakowane na 2 riksze, którymi przewieziono je na stronę peruwiańską. Z bagażami podręcznymi udaliśmy się do boliwijskiej kontroli paszportowej Następnie pieszo przeszliśmy do posterunku peruwiańskiego. Tam musieliśmy tym razem wypełnić karty wjazdowe i odstać swoje w 2 kolejkach: do kontroli celnej i paszportowej. Wspomnę, że na tej granicy jest duży ruch pieszy i kołowy, jest to też przy okazji wielkie targowisko. W końcu przeszliśmy wszystkie kontrole i dostaliśmy się na stronę peruwiańską. Na granicy czekał na nas kolejny lokalny przewodnik – Menelo, który zaprowadził nas do kolejnego autokaru z kierowcą Niltonem. Nasze bagaże główne już wcześniej zostały zapakowane do autokaru. Znowu musieliśmy cofnąć czas o godzinę, żeby dostosować się do czasu peruwiańskiego. Ruszyliśmy w drogę do Puno zaczynając część wycieczki, która dla mnie była w większości „powtórkowa”, bo byłem już w Peru w 2010 r. i odwiedziłem już wtedy miejsca, które teraz mieliśmy w planie. Wracając do relacji, to znaczna część naszej trasy w drodze do Puno biegła wzdłuż brzegów jeziora Titicaca. Zatrzymaliśmy się w jednym z punktów widokowych, z którego oprócz samego jeziora widzieliśmy też znajdujące się na nim kolorowe łodzie i hodowle. Po dojeździe do Puno (miasto leży nad jeziorem Titicaca na wysokości 3830 m n.p.m.) zatrzymaliśmy się w pewnej odległości od hotelu i musieliśmy taszczyć całość bagaży przez resztę drogi (na szczęście nie była zbyt długa). Ok. 17:30 dotarliśmy do hotelu „Mosoq”, w którym następnie zostaliśmy zakwaterowani.

Strony

Wyszukaj w trip4cheap