...zanim zabiorę Was "do piaskownicy",słów kilka o pieniądzach,cenach itp. W marcu tego roku, wprowadzono nową walutę na Curacao, "Gulden Karaibski" (XCG). Zastapił on,w realcji "jeden do jednego" poprzednią walutę "Gulden Antiliański". Nowe pieniądze obowiązują na wyspach Curacao i Sint Maarten. Co ciekawe na sąsiedniej wysepce ("po lewo" patrząc na mapę) Aruba,ie walutą jest Fiorin Arubiański a na Bonaire,wysepka po "przeciwnej stronie" zapłacimy Dolarami Amerykańskimi.
Jeden "Gulden Karaibski" dzieli się na "sto centów". Monety obejmują nominały od od jednego do 50 centów ( 1,5,10,25,50) oraz 1 i 5 Guldenów. Co ciekawe, nominał "jeden Gulden" jest monetą większą od "piątki" !!! ; ) Trzeba sie przyzwyczaić ponieważ na początku podajemy "jednego guldena" z przekonaniem że dajemy pięć ; ) Najlepiej wystawić dłoń z monetami a sprzedawca sam dobierze potrzebne nominały. Jako że pieniądze są od niedawna w obiegu monety i banknoty wygladaja..."jak nowe".Jesli Basia "gdzieś tam" ma tamtejsze drobiaki to gdy znajdę wstawię ich zdjęcia.
Kurs wymany guldena do dolara jest dość sztywny i wynosi (około) 1USD-1,76 XCG
Banknoty to nominały: 10.20,50,100,200 Guldenów Karaibskich. Nie mieliśmy kontaktu z "pięćdziesiątkami" oraz "dwusetkami" stąd fotki 10,20 i "stówki"...
Sporym zdziwieniem był fakt że na Curaco znacznie bardziej "oficjalnym" jest "dolar amerykański" niż EURO !!! Dodatkowo tubylcy przeliczają te waluty "jeden do jednego" dlatego przyjażdżając z kraju gdzie nie używa się "europejskiej walutu" lepiej zabrać z domu "dolce" niż "jurki"...
Gdyby jednak posiadać "EURO" to nie ma strachu,ta waluta jest także powszechnie akceptowana. Należy jednak grzecznościowo" zapytać czy "sklep,taksówkarz itp" przyjmuje EURO...
Trzeba także pamietać że wymienić pieniądze można praktycznie jedynie w bankach (lub na lotnisku) a te nie pracują w weekend,y (banki) !!! Hotele,nie wszystkie !!!, umożliwią wymianę walutową ale w ograniczonym zakresie. Kwoty 200-300 EURO to "max". Na szczęście sieć bankomatów jest dobrze rozwinęta zwłaszcza w miejscach popularnych turystycznie. Nie stanowi również "płatność kartą" (VISA,Mastercard itp.). Tu uwaga:płacąc kierowcy kartą możemy mieć kłopot jesli jesteśmy w miejscu "bez zasięgu". Lepiej więc mieć przy sobie zawsze trochę gotówki...
Na koniec o cenach. Nie chce odstraszać osób które planuja pobyt na Curacao ale drożyzna jest wszechobecna !!! Od cen hotelu począwszy poprzez transport (TAXI) i jedzenie. Np.za podwózkę do supermarketu z hotelu ,dystans 2 i pół kilometra trzeba zapłacić 20 EURO...w jedna stronę ; ) Podobnie przy transferze "na lotnisko" lub w inne wybrane miejsce.Natomiast koszt "lunch,a" kanapka+piwo+drink to przy dwóch osobach...80 EURO.
Koniec "o mamonie",choć pewnie jeszcze wróce do cen przy okazji omawiania kolejnych punktów . Jutro..."hotelowa piaskownica" : )
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
...nie wstawiałem link,u,co by nie "śmiecić" ale jest sporo stronek z wizerunkim "guldernów karaibskich".Zarówno monet jak banknotów,zarówno "awersów" jak "rewersów". Wystarczy wpisac w "szukajce" -curacao currency pictures i...wszystko jak na dłoni ; )))
Dośc o mamonie. Teraz pierwsza,hotelowa, plaża "za dnia". Już pisałem że "piaskownice" na Curacoa to mniejsze (lub większe) zatoczki z jasnym,czasem baaaardzo,piaskiem i krystaliczną wodą. Tak też i było przy "Avila Beach Hotel". Kilka fotek...
patrząc na zdjęcia można odnieść wrażenie że woda przy plaży to płycizna. Wrażenie jest mylne,potęgowane przez czystośc wody. Woda "do pasa" to jedynie pierwsze klka metrów. Dalej nastepuje gwałtowny skok i głebokośc sięga kilku metrów !!!
hotele chronią swoje plaże usypanymi z głazów falochronami. Zawsze zostawiany jest "przesmyk" umożliwiajacy "mieszanie wód". Miałem wrażenie że po miedzy "ramionami" falochronu rozpięta jest pod wodą...siatka. Ciekawe dlaczego !??? ; ))))
Na "otwartej wodzie" zawsze "coś" sie działo. Pływadełka były małe...
lub "większe"...
Jednego dnia,widzieliśmy też holenderskim okręt wojenny. Okazało sie że tego dnia Trump (prez.USA) kazał zatopić wenezuelski łodzie przemytnicze. A że do brzegów Wenezueli było tylko 60-siąt kilometrów to wzmożono ochronę wybrzeża wyspy...
także straż ochrony wybrzeża była w tym czasie aktywniejsza niż zwykle...
mówiąc szczerze,nie intrygowało nas to zbytnio ; ) Zajęci leżakowaniem...
oraz spijaniem drinków trakrowalismy to wszystko jako..."ciekawostkę" ; )
Już o tym pisałem na wstepie ale potwierdzę to raz jeszcze. NIGDZIE (czyli na żadnej z odwiedzanychb plaż) nie napotkaliśmy ,tak pospolitych na innych karaibskich wyspach "sargassów" !!!. Można by pomysleć że hotele "wybierały" morskie chwasty ale ponieważ bylismy i na "dzikich" odcinkach wyberzeża i nigdzie nie widzieliśmy "naturalnychb smieci",śmiem twierdzić że w tym rejonie ich (wodorostów) nie ma !!! Pytanie: "teraz,czyli w tym czasie czy "zawsze" !??? ; )Na karaibskiej plaży nie może zabraknąć...palm !!! Były i tamże. Najfajniejsze-kokosowe, "dopełnione" innymi gatunkami...
z ciekawostek,owocująca..."Juka" (czyba !???) Zabrakło mi odwagi zdegustować owoce ponieważ nie interesowało sie nimi "nic co żywe" ; )))
"Fajnym motywem" były przenośne krzesła które wedle uznania mozna było rołozyć na piasku lub...w wodzie.
Właśnie tę drugą opcje preferowalismy ; ) Ich czerokie oparcia umożliwiały postawienie drinków i raczenie się przy jednoczesnym "obmywaniu". Jak "pinacolada" pod parasolem tak na krześle "rzadził" Long Island ; )))
Generalnie,na plaży, maksymalny "chill out"...
A jutro o tym co było najbardziej rozczarowujace. Czyli o...jedzeniu !!!
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
...o jedzeniu będzie krótko. Było..."nijakie" i bardzo drogie przy takiej nijakości. Śniadania hotelowe,wręcz "sklonowane" w obu obiektach. Kawa-z ekspresu kapsułkowego. Pieczywo-dwa rodzaje chleba i jedne bułeczki. Dodatki to-dwa rodzaje wędlin oraz także dwa "sery żółte". Oczywiście Masło,serek "Philadelphia",smakowe i zwykłe jogurty. Kilka rodzajów słodkich bułeczek. Owoce,najczęściej w postaci "sałatki owocowej" i soki smakujace jak z kartonika. Było też "stanowisko" gdzie przyrzadzano jajka sadzone,omlety itp. Pewnie cos tam pominałem ale nie stanowi to o "ubogości" śniadaniowej oferty. Pewnie niejeden powie "czego sie czepieasz", przecież było wszystko co być powinno. Ale przy cenie 25 $ p/p (dziennie) to naszym zdaniem oferta zbyt skromna...
Obiady.Z nimi też nie wiele lepiej. Wszędzie,a bylismy w paru knajpach,królowały..."burgery" i "wrapy". Jedliśmy jedne i drugie. Burger smakował...najzwyczajniej na świecie ; ) "Wrap" był jeszcze bardziej "ordynarny" a do tego o niezwykle "suchym wnętrzu". Bez popicia piwkiem,nie do przełkniecia ; ))
pewnego razu zawitaliśmy do upatrzonej wcześniej knajpki nad brzegiem morza. Sceneria była fantastyczne ale "oferta jedzeniowe',znacznie mniej. W "menu" znów widzimy "burgery i zawijańce". Na szczęście jest "coś' czego jeszcze nie spotkaliśmy. To jakiś rodzaj tutajszej kanapki. Musze dodać że była to pora "lunch,u" a jak wiadomo "obiadki" w takich lokacjach różnia sie od tych naszych ; ) Wybieramy dwa dania które mają dopisek "żeński" i męski". Oczywiście "piwko na start". Na marginesie,polubilismy wyroby tamtejszego browaru o nazwie "Brasa". Piwo "jasne" i lekkie. Z dodatkiem limonki znakomicie gasiło pragnienie...
A oto i nasz "obiadek" który okazał sie dwoma "pajdami" pszennego chleba przełozonego wędlina. Na wierzchu roztopiony ser. Kanapka "żeńska" miała dodatkowo...jajko ; ))) Jak to smakowało ? Ano jak...chleb z wędliną ; )))
aby "osłodzić" sobie pobyt w tej knajpce zamówiliśmy "na deser" koktajl "Espresso Martini". Smakował wyśmienicie...
i pewnie znów nie jeden zdziwi się "a właściwie to o co sie czepiasz" !??? Ano znów o "jakość i cenę". Smak obiadku omawiałem przed chwilą a cena...81$...
Zamówiliśmy także,innym razem, "rybę z frytkami". WSzystko co moge o tym daniu powiedzieć to że aby zjeść "coś takiego" nie musze lecieć przez ocean. W Irlandi zjem równie smaczną a może i smaczniejszą ; ))
gdy odwiedziliśmy miasto Wilemstad,wybraliśmy restauracyjkę przy kanale aby zaspokoić głód. Znów w oczy rzuciły sie nam "wrap,y" i "burgery". Na szczęście było także "coś nieznanego". Nazwa brzmiała "z meksykańska" a kelnerka potwierdziła że to potrawa właśnie w "takim stylu" Poprosiliśmy więc. Przyniesiono rodzaj "taco" (wieksze od "normalnych"). Farsz to "poszatkowany" kurczak z dodatkami. Może brzmi zachęcająco ale "nadzienie" było nie dość że "zwyczajne w smaku" to jeszcze..."trocinowato suche" !!! Sprawe znów uratowało piwko ; )))
na koniec kolacje. Niestety ,nie było wcale lepiej. Ani jedna z potraw nie zapadła nam w pamieci.A jedynie "gigantyczna" ilość jedzenia (na osobę !!!). W moich stronach ,mawiano że nałożono "jak chłopu do kosy". Ani jedna z knajp "nie dźwignęła tematu". Czy to z tych hotelowych czy też "zewnętrznych"...
"z innej beczki"...
i jeszcze "cuś" innego...
to i tyle w temacie "żarełka". Drogo i..."bylejako" tak ,z cała świadomością" podsumowaliśmy jedzenie na Curacao.
A jutro..."wyjdziemy na zewnątrz: ; )
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
...powiem tak,na szczęście nie zawiodła nas...pogoda !!! ; ) Lecieliśmy,"tak po prawdzie" po słońce za dnia, gorace powietrze nocą i cieplusieńką wode w oceanie. To wszystko "się ziściło" ; ) A czy było coś więcej na plus ? Pokażę w kolejnych odsłonach ; )
Teraz czas na "wyjście poza hotel". Podzielę to na dwie kolejne odsłony. Pierwsza dotytczy tego "co za płotem". A spacerek urzadzilismy z prozaicznego powodu. Zachciało się nam...zakupów ; ))) Poniewaz na terenie hotelu był jedynie sklepik z pamiątkami odpytalismy w recepcji o najblizszy "markecik". Wskazano nam kierunek wraz z info że "per pedes" powinno nam to zająć jakieś 15-20 minu. Oczywiście w jedna stronę. No to idziemy...
Tuż przy hotelu biegnie droga która,patrząc na zachód" doprowadza do stlicy wyspy,miasta Wilemstad. Natomiast kierując sie "na wschód" dojdziemy,a raczej dojedziemy" do południowo-wschodnich "rubiueży wyspy. Sklepik miał sie znajdować właśnie w kierunku wschodnim.
Nieopodal hotelu domki lokalesów ładne i zadbane.W Irlandii przywykliśmy do "kolorowej elewacji" więc "feria barw" na elewacjach nas nie zaskoczyła. Zwłaszcza jeden spodobał sie nam bardziej niz inne. Oto i on...
na podjeździe nie widzielismy samochodu stąd nasza niewiedza czy to do o przeznaczeniu "na co dzień" czy też lokacja wakacyjna...
oczywiście ,jak to bywa "w tropikach" wszędzie ,gdzieś "cuś" kwitnie...
a miejscami..."owocuje" ; )
oddalamy sie od hotelu.Robi się coraz bardziej..."skromnie"...
a,nazwijmy to "za miastem" wręcz...ubogo. Troszke to nas szokuje bo upada wizja "holandii na karaibach"...
w kilku miejscach widać dróżki prowądzace nad brzeg morza. Ponieważ odległośc do brzegu niewielka dajemy się skusić...
przy ścieżce rosną krzaczory,chwasty i..."fasolowe drzewka" ; )
stajemy na brzegu i...pełne zaskoczenie. To całkowicie nie "karaibskie klimaty". Zamiast "kilometrowej plaży",skałki na styl..."śródziemnomorski" !!!
na nas taki typ wybrzeża nie zrobił wrażenia. Natomiast jak opowiadali lokalesi,holendrzy są zachwyceni. Cieszy ich (holendrów)"każdy kamień", skałka czy mini klif ; )
Wracamy na ulicę majac nadzieje że sklepik jest..."tuż,tuż" bo słońce chce nas "spalić żywcem" ; ))
Tak tez i było. Mini-markecik,stylowo podobny do sklepów GS-u z lat siedemdziesiatych w "polandzie" oferował to wszystko po co przyszliśmy. Niestety,nad kasą,ogrodzoną kratami,widniał napis "zakazujący fotografowania" !!! Szkoda bo miejsce miało specyficzny klimacik !!! ; )
Pozostał jeszcze "mozolny marsz z torbami" do hotelu. Udało sie jakoś dojść ale na kolejne zakupy...pojechalismy taksówką ; )))
Jutro następna częśc 'pozahotelowa" .Tym razem odwiedzimy Wilemstad...
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
mnie się podoba wszystko:) i kolorowe domki i hotel, i banknoty, kolorowa flora, plaża "śródziemnomorska" na Karaibach też:) ja tam wybredna nie jestem:) ; no może poza tymi temperaturami; spekłabym się tam chyba na śmierć:)) ; generalnie bardzo cool
Przyszłość to marzenia, przeszłośc to wspomnienia
...zanim zabiorę Was "do piaskownicy",słów kilka o pieniądzach,cenach itp. W marcu tego roku, wprowadzono nową walutę na Curacao, "Gulden Karaibski" (XCG). Zastapił on,w realcji "jeden do jednego" poprzednią walutę "Gulden Antiliański". Nowe pieniądze obowiązują na wyspach Curacao i Sint Maarten. Co ciekawe na sąsiedniej wysepce ("po lewo" patrząc na mapę) Aruba,ie walutą jest Fiorin Arubiański a na Bonaire,wysepka po "przeciwnej stronie" zapłacimy Dolarami Amerykańskimi.
Jeden "Gulden Karaibski" dzieli się na "sto centów". Monety obejmują nominały od od jednego do 50 centów ( 1,5,10,25,50) oraz 1 i 5 Guldenów. Co ciekawe, nominał "jeden Gulden" jest monetą większą od "piątki" !!! ; ) Trzeba sie przyzwyczaić ponieważ na początku podajemy "jednego guldena" z przekonaniem że dajemy pięć ; ) Najlepiej wystawić dłoń z monetami a sprzedawca sam dobierze potrzebne nominały. Jako że pieniądze są od niedawna w obiegu monety i banknoty wygladaja..."jak nowe".Jesli Basia "gdzieś tam" ma tamtejsze drobiaki to gdy znajdę wstawię ich zdjęcia.
Kurs wymany guldena do dolara jest dość sztywny i wynosi (około) 1USD-1,76 XCG
Banknoty to nominały: 10.20,50,100,200 Guldenów Karaibskich. Nie mieliśmy kontaktu z "pięćdziesiątkami" oraz "dwusetkami" stąd fotki 10,20 i "stówki"...
Sporym zdziwieniem był fakt że na Curaco znacznie bardziej "oficjalnym" jest "dolar amerykański" niż EURO !!! Dodatkowo tubylcy przeliczają te waluty "jeden do jednego" dlatego przyjażdżając z kraju gdzie nie używa się "europejskiej walutu" lepiej zabrać z domu "dolce" niż "jurki"...
Gdyby jednak posiadać "EURO" to nie ma strachu,ta waluta jest także powszechnie akceptowana. Należy jednak grzecznościowo" zapytać czy "sklep,taksówkarz itp" przyjmuje EURO...
Trzeba także pamietać że wymienić pieniądze można praktycznie jedynie w bankach (lub na lotnisku) a te nie pracują w weekend,y (banki) !!! Hotele,nie wszystkie !!!, umożliwią wymianę walutową ale w ograniczonym zakresie. Kwoty 200-300 EURO to "max". Na szczęście sieć bankomatów jest dobrze rozwinęta zwłaszcza w miejscach popularnych turystycznie. Nie stanowi również "płatność kartą" (VISA,Mastercard itp.). Tu uwaga:płacąc kierowcy kartą możemy mieć kłopot jesli jesteśmy w miejscu "bez zasięgu". Lepiej więc mieć przy sobie zawsze trochę gotówki...
Na koniec o cenach. Nie chce odstraszać osób które planuja pobyt na Curacao ale drożyzna jest wszechobecna !!! Od cen hotelu począwszy poprzez transport (TAXI) i jedzenie. Np.za podwózkę do supermarketu z hotelu ,dystans 2 i pół kilometra trzeba zapłacić 20 EURO...w jedna stronę ; ) Podobnie przy transferze "na lotnisko" lub w inne wybrane miejsce.Natomiast koszt "lunch,a" kanapka+piwo+drink to przy dwóch osobach...80 EURO.
Koniec "o mamonie",choć pewnie jeszcze wróce do cen przy okazji omawiania kolejnych punktów . Jutro..."hotelowa piaskownica" : )
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Nie wiem jak wyglądały stare banknoty,ale te nowe są bardzo ładne . Chyba ten z płaszczkami najładniejszy
No trip no life
...nie wstawiałem link,u,co by nie "śmiecić" ale jest sporo stronek z wizerunkim "guldernów karaibskich".Zarówno monet jak banknotów,zarówno "awersów" jak "rewersów". Wystarczy wpisac w "szukajce" -curacao currency pictures i...wszystko jak na dłoni ; )))
Dośc o mamonie. Teraz pierwsza,hotelowa, plaża "za dnia". Już pisałem że "piaskownice" na Curacoa to mniejsze (lub większe) zatoczki z jasnym,czasem baaaardzo,piaskiem i krystaliczną wodą. Tak też i było przy "Avila Beach Hotel". Kilka fotek...
patrząc na zdjęcia można odnieść wrażenie że woda przy plaży to płycizna. Wrażenie jest mylne,potęgowane przez czystośc wody. Woda "do pasa" to jedynie pierwsze klka metrów. Dalej nastepuje gwałtowny skok i głebokośc sięga kilku metrów !!!
hotele chronią swoje plaże usypanymi z głazów falochronami. Zawsze zostawiany jest "przesmyk" umożliwiajacy "mieszanie wód". Miałem wrażenie że po miedzy "ramionami" falochronu rozpięta jest pod wodą...siatka. Ciekawe dlaczego !??? ; ))))
Na "otwartej wodzie" zawsze "coś" sie działo. Pływadełka były małe...
lub "większe"...
Jednego dnia,widzieliśmy też holenderskim okręt wojenny. Okazało sie że tego dnia Trump (prez.USA) kazał zatopić wenezuelski łodzie przemytnicze. A że do brzegów Wenezueli było tylko 60-siąt kilometrów to wzmożono ochronę wybrzeża wyspy...
także straż ochrony wybrzeża była w tym czasie aktywniejsza niż zwykle...
mówiąc szczerze,nie intrygowało nas to zbytnio ; ) Zajęci leżakowaniem...
oraz spijaniem drinków trakrowalismy to wszystko jako..."ciekawostkę" ; )
Już o tym pisałem na wstepie ale potwierdzę to raz jeszcze. NIGDZIE (czyli na żadnej z odwiedzanychb plaż) nie napotkaliśmy ,tak pospolitych na innych karaibskich wyspach "sargassów" !!!. Można by pomysleć że hotele "wybierały" morskie chwasty ale ponieważ bylismy i na "dzikich" odcinkach wyberzeża i nigdzie nie widzieliśmy "naturalnychb smieci",śmiem twierdzić że w tym rejonie ich (wodorostów) nie ma !!! Pytanie: "teraz,czyli w tym czasie czy "zawsze" !??? ; )Na karaibskiej plaży nie może zabraknąć...palm !!! Były i tamże. Najfajniejsze-kokosowe, "dopełnione" innymi gatunkami...
z ciekawostek,owocująca..."Juka" (czyba !???) Zabrakło mi odwagi zdegustować owoce ponieważ nie interesowało sie nimi "nic co żywe" ; )))
"Fajnym motywem" były przenośne krzesła które wedle uznania mozna było rołozyć na piasku lub...w wodzie.
Właśnie tę drugą opcje preferowalismy ; ) Ich czerokie oparcia umożliwiały postawienie drinków i raczenie się przy jednoczesnym "obmywaniu". Jak "pinacolada" pod parasolem tak na krześle "rzadził" Long Island ; )))
Generalnie,na plaży, maksymalny "chill out"...
A jutro o tym co było najbardziej rozczarowujace. Czyli o...jedzeniu !!!
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Ciekawe czy gdzieś jeszcze na banknotach są ryby?
...o jedzeniu będzie krótko. Było..."nijakie" i bardzo drogie przy takiej nijakości. Śniadania hotelowe,wręcz "sklonowane" w obu obiektach. Kawa-z ekspresu kapsułkowego. Pieczywo-dwa rodzaje chleba i jedne bułeczki. Dodatki to-dwa rodzaje wędlin oraz także dwa "sery żółte". Oczywiście Masło,serek "Philadelphia",smakowe i zwykłe jogurty. Kilka rodzajów słodkich bułeczek. Owoce,najczęściej w postaci "sałatki owocowej" i soki smakujace jak z kartonika. Było też "stanowisko" gdzie przyrzadzano jajka sadzone,omlety itp. Pewnie cos tam pominałem ale nie stanowi to o "ubogości" śniadaniowej oferty. Pewnie niejeden powie "czego sie czepieasz", przecież było wszystko co być powinno. Ale przy cenie 25 $ p/p (dziennie) to naszym zdaniem oferta zbyt skromna...
Obiady.Z nimi też nie wiele lepiej. Wszędzie,a bylismy w paru knajpach,królowały..."burgery" i "wrapy". Jedliśmy jedne i drugie. Burger smakował...najzwyczajniej na świecie ; ) "Wrap" był jeszcze bardziej "ordynarny" a do tego o niezwykle "suchym wnętrzu". Bez popicia piwkiem,nie do przełkniecia ; ))
pewnego razu zawitaliśmy do upatrzonej wcześniej knajpki nad brzegiem morza. Sceneria była fantastyczne ale "oferta jedzeniowe',znacznie mniej. W "menu" znów widzimy "burgery i zawijańce". Na szczęście jest "coś' czego jeszcze nie spotkaliśmy. To jakiś rodzaj tutajszej kanapki. Musze dodać że była to pora "lunch,u" a jak wiadomo "obiadki" w takich lokacjach różnia sie od tych naszych ; ) Wybieramy dwa dania które mają dopisek "żeński" i męski". Oczywiście "piwko na start". Na marginesie,polubilismy wyroby tamtejszego browaru o nazwie "Brasa". Piwo "jasne" i lekkie. Z dodatkiem limonki znakomicie gasiło pragnienie...
A oto i nasz "obiadek" który okazał sie dwoma "pajdami" pszennego chleba przełozonego wędlina. Na wierzchu roztopiony ser. Kanapka "żeńska" miała dodatkowo...jajko ; ))) Jak to smakowało ? Ano jak...chleb z wędliną ; )))
aby "osłodzić" sobie pobyt w tej knajpce zamówiliśmy "na deser" koktajl "Espresso Martini". Smakował wyśmienicie...
i pewnie znów nie jeden zdziwi się "a właściwie to o co sie czepiasz" !??? Ano znów o "jakość i cenę". Smak obiadku omawiałem przed chwilą a cena...81$...
Zamówiliśmy także,innym razem, "rybę z frytkami". WSzystko co moge o tym daniu powiedzieć to że aby zjeść "coś takiego" nie musze lecieć przez ocean. W Irlandi zjem równie smaczną a może i smaczniejszą ; ))
gdy odwiedziliśmy miasto Wilemstad,wybraliśmy restauracyjkę przy kanale aby zaspokoić głód. Znów w oczy rzuciły sie nam "wrap,y" i "burgery". Na szczęście było także "coś nieznanego". Nazwa brzmiała "z meksykańska" a kelnerka potwierdziła że to potrawa właśnie w "takim stylu" Poprosiliśmy więc. Przyniesiono rodzaj "taco" (wieksze od "normalnych"). Farsz to "poszatkowany" kurczak z dodatkami. Może brzmi zachęcająco ale "nadzienie" było nie dość że "zwyczajne w smaku" to jeszcze..."trocinowato suche" !!! Sprawe znów uratowało piwko ; )))
na koniec kolacje. Niestety ,nie było wcale lepiej. Ani jedna z potraw nie zapadła nam w pamieci.A jedynie "gigantyczna" ilość jedzenia (na osobę !!!). W moich stronach ,mawiano że nałożono "jak chłopu do kosy". Ani jedna z knajp "nie dźwignęła tematu". Czy to z tych hotelowych czy też "zewnętrznych"...
"z innej beczki"...
i jeszcze "cuś" innego...
to i tyle w temacie "żarełka". Drogo i..."bylejako" tak ,z cała świadomością" podsumowaliśmy jedzenie na Curacao.
A jutro..."wyjdziemy na zewnątrz: ; )
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Czy mam dobre wrażenie, że jak na razie wyspa niczym was nie zachwyciła ?
No trip no life
...powiem tak,na szczęście nie zawiodła nas...pogoda !!! ; ) Lecieliśmy,"tak po prawdzie" po słońce za dnia, gorace powietrze nocą i cieplusieńką wode w oceanie. To wszystko "się ziściło" ; ) A czy było coś więcej na plus ? Pokażę w kolejnych odsłonach ; )
Teraz czas na "wyjście poza hotel". Podzielę to na dwie kolejne odsłony. Pierwsza dotytczy tego "co za płotem". A spacerek urzadzilismy z prozaicznego powodu. Zachciało się nam...zakupów ; ))) Poniewaz na terenie hotelu był jedynie sklepik z pamiątkami odpytalismy w recepcji o najblizszy "markecik". Wskazano nam kierunek wraz z info że "per pedes" powinno nam to zająć jakieś 15-20 minu. Oczywiście w jedna stronę. No to idziemy...
Tuż przy hotelu biegnie droga która,patrząc na zachód" doprowadza do stlicy wyspy,miasta Wilemstad. Natomiast kierując sie "na wschód" dojdziemy,a raczej dojedziemy" do południowo-wschodnich "rubiueży wyspy. Sklepik miał sie znajdować właśnie w kierunku wschodnim.
Nieopodal hotelu domki lokalesów ładne i zadbane.W Irlandii przywykliśmy do "kolorowej elewacji" więc "feria barw" na elewacjach nas nie zaskoczyła. Zwłaszcza jeden spodobał sie nam bardziej niz inne. Oto i on...
na podjeździe nie widzielismy samochodu stąd nasza niewiedza czy to do o przeznaczeniu "na co dzień" czy też lokacja wakacyjna...
oczywiście ,jak to bywa "w tropikach" wszędzie ,gdzieś "cuś" kwitnie...
a miejscami..."owocuje" ; )
oddalamy sie od hotelu.Robi się coraz bardziej..."skromnie"...
a,nazwijmy to "za miastem" wręcz...ubogo. Troszke to nas szokuje bo upada wizja "holandii na karaibach"...
w kilku miejscach widać dróżki prowądzace nad brzeg morza. Ponieważ odległośc do brzegu niewielka dajemy się skusić...
przy ścieżce rosną krzaczory,chwasty i..."fasolowe drzewka" ; )
stajemy na brzegu i...pełne zaskoczenie. To całkowicie nie "karaibskie klimaty". Zamiast "kilometrowej plaży",skałki na styl..."śródziemnomorski" !!!
na nas taki typ wybrzeża nie zrobił wrażenia. Natomiast jak opowiadali lokalesi,holendrzy są zachwyceni. Cieszy ich (holendrów)"każdy kamień", skałka czy mini klif ; )
Wracamy na ulicę majac nadzieje że sklepik jest..."tuż,tuż" bo słońce chce nas "spalić żywcem" ; ))
Tak tez i było. Mini-markecik,stylowo podobny do sklepów GS-u z lat siedemdziesiatych w "polandzie" oferował to wszystko po co przyszliśmy. Niestety,nad kasą,ogrodzoną kratami,widniał napis "zakazujący fotografowania" !!! Szkoda bo miejsce miało specyficzny klimacik !!! ; )
Pozostał jeszcze "mozolny marsz z torbami" do hotelu. Udało sie jakoś dojść ale na kolejne zakupy...pojechalismy taksówką ; )))
Jutro następna częśc 'pozahotelowa" .Tym razem odwiedzimy Wilemstad...
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Faktycznie domek jak z Bajki. A w lokalnym sklepie też drożyzna? Towary lokalne czy znane światowe marki?
mnie się podoba wszystko:) i kolorowe domki i hotel, i banknoty, kolorowa flora, plaża "śródziemnomorska" na Karaibach też:) ja tam wybredna nie jestem:) ; no może poza tymi temperaturami; spekłabym się tam chyba na śmierć:)) ; generalnie bardzo cool
Piea