.

 


 


Bali - dlaczego warto tam jechać ?

104 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 1 rok 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Algida, bardzo dobry pomysł z tym pobytem w Ubud. Mnie się bardzo podobało w tamtej okolicy. No i koniecznie zaliczcie rafting - niezapomniane przeżycia!!!!! Będzie o tym w dalszej części.

E w e l i n a EM
Obrazek użytkownika E w e l i n a EM
Offline
Ostatnio: 5 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 paź 2013

Rafting..., brzmi extra!

Mięsko na patyczku, przypomina mi to przekąski w Taju, ale pewnie sposób podania inszy Smile

Jeszcze, jeszcze.....Man in love

Pozdrawiam wakacyjnie,
Ewelina z EM

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 1 rok 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Koło południa schodzimy z plaży, podjadamy codziennie uzupełniane w koszu owoce i schodzimy do lobby oczekując Putu. Umówliśmy się z nim na stawkę 500 tys za całodniową wycieczkę – około 9-10 godzin oraz ruchome stawki za krótsze eskapady w zależności ile zajmą czasu. Nie targowaliśmy się, więc pewnie przepłaciliśmy. W naszym odczuciu ( nie wiem jak go inni oceniają) był bardzo sympatyczny, fajnie poruszał się w tym zwariowanym ruchu na drogach, więc nie było nerwowej jazdy – co nam się zdarzyło ostatniego dnia w drodze na lotnisko z kierowcą z Tomasa Cooka. Z forum Tripadvisora wiem, że bywają czasem zdezelowane auta, słabo mówiący po angielsku kierowcy, spóźniający się na umówione spotkania lub wożący po „zaprzyjaźnionych” sklepach lub knajpkach.

Kilka minut po pierwszej zjawia się Putu na parkingu.


Zwiedzanie zamierzamy rozpocząć od położonego na południu Bali półwyspu Bukit Badung, na którym znajduje się także ND. Jest to płaskowyż wznoszący się ok. 200 metrów nad poziom morza i oddzielony od reszty wyspy wąskim przesmykiem mniej więcej na wysokości lotniska. Półwysep nie ma zbyt bujnej naturalnej roślinności, porastają go głównie kolczaste krzaki i kaktusopodobne sekulenty ( czy jak im tam...). To jednak właśnie w tym rejonie powstały najbardziej luksusowe hotele.

Celem naszej wycieczki jest zobaczenie całego półwyspu: odwiedzenie plaż na zachodnim wybrzeżu, zwiedzenie jednej z najważniejszych świątyń balijskich Pura Luhur Uluwatu oraz luknięcie - o ile nas wpuszczą - do kilku wypasionych hoteli w tamtej okolicy.
Następnie obejrzymy spektakl w amfiteatrze i zjemy kolację w jakiejś knajpce na plaży w Jimbaranie.

Program ambitny, czas ruszać...
Jedziemy tą samą drogą, którą dwa dni temu przyjechaliśmy z lotniska, a następnie skręcamy na południe i już po chwili jesteśmy znów nad Oceanem Indyjskim, tylko z drugiej strony półwyspu. Mijamy wioskę rybacką Jimbaran, w pobliżu której znajduje się kilka luksusowych hoteli, które zamierzamy zobaczyć.

Na pierwszy rzut idzie hotel Four Seasons. Podjeżdżamy pod główny wjazd do hotelu, samochód zostaje na parkingu, a my - pomimo wielu ochroniarzy stojących przy wejściu - bez problemu wchodzimy. Na Bali w zasadzie nie ma problemów z wejściem do nawet najdroższych hoteli, a naprawdę są one piękne i to zarówno pod względem architektonicznym, jak i zadbanym otoczeniem z bujną roślinnością.


Recepcja znajduje się na szczycie wzgórza skąd roztacza się bajkowy widok na całą zatokę Jimbaran. Schodzimy szerokimi schodami w dół wśród wspaniałej egzotycznej roślinności, skał i strumyków. Na zboczu wzgórza, na różnych poziomach stoją wille otoczone murem, do których wejście prowadzi przez bogato rzeźbione drewniane bramy.


Four Seasons przypomina mi bardziej balijską wioskę niż kompleks hotelowy. Możemy się o tym przekonać wkrótce, gdyż właśnie czterech chłopaków z obsługi sprząta jedną z willi. Okazuje się, że goście przed chwilą wyjechali, więc willa jest pusta i nic nie stoi na przeszkodzie byśmy zajrzeli. Zapraszają do środka. Głupi by nie skorzystał....


Wchodzimy przez pięknie zdobioną balijską bramę do "posiadłości " - sama nie wiem jak to nazwać. Oprócz willi, która może być w wersji 1, 2 i 3 - pokojowej, a właściwie sypialnianej, znajduje się tu również drugi budyneczek, tzw pokój dzienny. Oba budynki są przykładami typowej balijskiej architektury, we wnętrzach podobnie, przeważa styl rustykalny. Piękne meble, zarówno drewniane, jak i rattanowe, stylowe tkaniny, lampy, orchidee. W głównej willi znajduje się przestronna łazienka z ogromną wolno stojącą wanną, oddzielne WC, oprócz tego zewnętrzny prysznic wśród bugenwilli. Drugi budyneczek ma tylko jedną ścianę stałą, pozostałe trzy stanowią maty, które w miarę potrzeb można podnieść lub opuścić. Znajduje się w nim wygodny rattanowy komplet wypoczynkowy z poduchami i niskim stolikiem oraz duży stół z krzesłami, przy którym wygodnie można zjeść posiłek.
Oba budynki otacza piękny ogród z bujną roślinnością, wysypany częściowo małymi kamyczkami, a częściowo wyłożony kamiennymi płytami. Jest tam również niewielki basenik, do którego woda spływa z ust rzeźbionego posągu demona. Obok stoją pod parasolem łóżka do opalania.


Z takiej posiadłości roztacza się widok na ogrody i morze.
Dziękujemy chłopakom za umożliwienie nam zwiedzenia tak luksusowego apartamentu i schodzimy niżej ku morzu. Wokół szemrze woda, która wypływa z prywatnych baseników i tworzy strumyki spływające kaskadami w dół.


Four Season nie ma prywatnej plaży. Od strony Jimbaranu jest ładna, piaszczysta plaża, ale ogólnodostępna. Goście hotelowi mają tam do dyspozycji łóżka do opalania oraz bar plażowy.
Na terenie hotelu, tuż nad skałkami opadającymi do morza, wiją się na różnych poziomach ścieżki spacerowe. Co kawałek są mostki nad strumieniami, wodospady, rzeźby, małe świątynki i zadaszone werandki, gdzie można usiąść i podziwiać widoki, a nawet zamówić sobie prywatny posiłek. No i te cudowne kwiaty, krzewy i drzewa w otoczeniu wapiennych skałek.
Wyobrażam sobie jak tu musi być ślicznie o zachodzie słońca!!!

To chyba jeden z najpiękniejszych terenów hotelowych, jakie dotychczas widziałam. Ale jest i jeden mały minusik. Naprzeciwko hotelu, w odległości kilku kilometrów znajduje się ruchliwe lotnisko. Tak, że stale lądujące i startujące samoloty psują nieco ten idylliczny krajobraz.
Długo mogłabym się delektować tym otoczeniem, ale trzeba realizować program wycieczki.

 

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 1 rok 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Ewelina, niby mięsko, rybki, warzywa - bardzo dobre, ale mi tajskie sosy i sposód doprawienia bardziej odpowiadał.

katerina
Obrazek użytkownika katerina
Offline
Ostatnio: 3 lata 3 dni temu
Rejestracja: 04 wrz 2013

Apisku super,ze piszesz ClappingPiekne fotki i hotelik tez calkiem calkiem Drinks

julka2
Obrazek użytkownika julka2
Offline
Ostatnio: 2 lata 3 miesiące temu
Rejestracja: 05 wrz 2013

Bardzo ładnie i dokładnie wszystko opisujesz Smile ciekawa relacja , hotelik bajeczny i piękne zdjęcia.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 1 rok 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Katerina, Julka, dzięki za zainteresowanie

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 1 rok 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Drugim hotelem, który odwiedzamy jest hotel Ayana, jeszcze do niedawna był to Ritz Carlton. Jest on podobnie usytuowany jak poprzedni na wzgórzu opadającym do morza, z tym, że jest tu wysoki klif. Dochodzimy do miejsca, gdzie można zjechać kolejką na plażę, a w połowie drogi można wysiąść i zaliczyć Rock Bar – knajpkę usytuowaną na skalistym cyplu wychodzącym w morze. Obok pośredniego przystanku znajduje się wykuty w skale basen, skąd roztacza się fantastyczny widok.

Ponieważ mamy jeszcze trochę czasu, a jest gorąco i mamy kostiumy kąpielowe, korzystamy z basenu i po orzeźwiającej kąpieli udajemy się w dalszą drogę.

Kolejnym punktem naszej wycieczki jest plaża Dreamland. W ruchliwej lokalnej drogi skręcamy w nowoczesną, szeroką dwupasmówkę biegnącą ku morzu. Po obu stronach drogi na splantowanym terenie widać nowo posadzone kwiaty, krzewy i palmy.

Tu właśnie powstaje nowe centrum turystyczne. W 2008 roku te ogromne tereny, dotychczas niezagospodarowane, ale bardzo atrakcyjnie zlokalizowane, nabył najmłodszy syn prezydenta Indonezji - Tony Suharto za ponoć bardzo okazyjną cenę.....

Stoi tu już kilka hoteli, jest także pole golfowe, ale przede wszystkim jest to ogromny plac budowy, gdzie najbardziej rzucają się w oczy dźwigi, spychacze i ciężarówki.

Na końcu drogi zatrzymujemy się na prowizorycznym parkingu zapchanym głównie motorami młodych surferów. Pomiędzy parkingiem a plażą są liczne kramy z pamiątkami, knajpki, szkółki surfingowe, wypożyczalnie sprzętu wodnego.

Wreszcie docieramy do samej plaży – okolona rudo – beżowymi klifami piaszczysta plaża jest szeroka. Korzystają z niej głównie surferzy,którzy upodobali ją sobie ze względu na ogromne fale. Niby do samej plaży nie można się przyczepić – jest długa, szeroka, dość czysta, ma ładny piaseczek i takież wejście do wody, malownicze, choć groźne białe grzywy fal. Ale raczej nie chciałabym tu spędzać urlopu.....

Następnie odwiedzamy plażę Pedang Pedang, znajdującą się w wiosce Pecatu. Samochód trzeba zostawić na parkingu w pobliżu świątyni, a następnie zejść w dół schodami biegnącymi pomiędzy dwoma stromymi skalnymi ścianami. W niektórych miejscach jest tak wąsko, że trudno się nawet wyminąć z osobami idącymi w odwrotnym kierunku.

Plaża znajduje się w zatoczce, biały piaseczek, spokojne morze, kilka malowniczych skałek przy brzegu. Otaczają ją piękne formacje klifowe porośnięte bujną roślinnością.

Kiedyś było tu cicho i kameralnie, obecnie jednak jest odwiedzana masowo przez turystów. Powodem tego mega zainteresowania plażą Pedeng, jest to, że kręcono tu kilka scen bestseleru filmowego „Jedz, módl się i kochaj” z Julią Roberts w roli głównej. Wszyscy Balijczyce, z którymi rozmawiamy są bardzo dumni z tego, że film kręcono na ich wyspie. I nie ma w tym niczego dziwnego, film ten zrobił Bali nieprawdopodobną reklamę. Po premierze nastąpił gwałtowny wzrost liczby turystów, co przyczyniło się do znacznej poprawy sytuacji ekonomicznej wielu mieszkańców. Trzeba bowiem wspomnieć, że to właśnie turystyka jest źródłem największych dochodów tego kraju.

Wracając do plaży Padang i naszej dzisiejszej wycieczki, trzeba przyznać, że realizatorzy filmu umiejscowili zakończenie akcji w rzeczywiście romantycznym i malowniczym zakątku.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 1 rok 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Jedziemy teraz do jednego z najdroższych hoteli na Bali - Bulgari - początkowo asfaltową szosą, wkrótce jednak skręcamy w wąską drogę gruntową, którą trzeba przejechać z 2 kilometry.
Mijamy kilka ubogich domków, chaszcze, nieużytki, małe ogródki warzywne, trzeba uważać na kury i pieski snujące się po wyboistej drodze.

Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że za zakrętem wjedziemy na teren jednego z najekskluzywniejszych hoteli. Potem się okazało, że podobno większość gości przylatuje tu z lotniska helikopterem. Również wycieczki po wyspie można odbywać tym środkiem lokomocji, by nie marnować czasu w korkach.
Przed wjazdem witają nas ochroniarze, tym razem „ uzbrojeni „ w dwa labradory. Psy z entuzjazmem obwąchują nasz samochód, a ich opiekunowie zaglądają do bagażnika i wnętrza auta. Stała procedura....


Podjeżdżamy pod recepcję. Dziwna jakaś - super designerska. Szerokie schody wykute w czarnej wulkanicznej skale prowadzą na rozległe podwyższenie bez bocznych ścian, osłonięte jedynie dachem.
Po obu stronach stoliki, fotele i kanapy oraz parę stanowisk recepcjonistów - jedyna ozdoba to białe ogromne orchidee w donicach. Nowocześnie, minimalistycznie, ale jakoś brak mi tu czegoś....


Jedyna recepcjonistka zajęta jest obsługą jakiejś pary i nie zwraca uwagi na nas. A już myśleliśmy, że tu przynajmniej nas - obcych - przyuważą i nie wpuszczą.
Spoglądamy w dół na tereny hotelowe, piękny ogród jak wszędzie tutaj, wille za murami usytuowane nad stromym klifem. W sumie jest tu 55willi o powierzchni 300 m. kw., trzy o powierzchni 500 m. kw., oraz tzw Bulgari willa o powierzchni 1300 m. kw.. Koszt tej ostatniej to 6500 $ dziennie bez wyżywienia. Te wszystkie dane pochodzą z broszury otrzymanej w recepcji.


Każda willa ma oczywiście swój basen, ogród, pawilon wypoczynkowy i własną służbę. .Jest tu kilka barów, restauracji, duży wspólny basen, świątynia, SPA i butiki.
Wszystkie bramy do willi pozamykane na głucho, nawet nad wspólnym basenem pustki. Albo mało gości hotelowych, ze względu na masakryczne ceny, albo tacy ludzie, którzy tu przyjeżdżają wolą odpoczywać za murami swych posiadłości.
Dochodzimy do górnego wejścia do windy zjeżdżającej na prywatną plażę. U stóp wysokiego klifu piaszczysta, długa na 1,5 km plaża z wysokimi falami.


Chodząc po terenie hotelu nie spotykamy kompletnie nikogo. Raz przejeżdża koło nas melex. Miły kierowca pyta dokąd nas zawieźć, a gdy dziękujemy, docieka, z której willi jesteśmy.
I wtedy okazuje się, że z żadnej, czyli jakieś przybłędy...
Powiedział, że bardzo mu przykro, ale na terenie hotelu mogą przebywać tylko goście hotelowi i....odwiózł nas tym melexem aż do samej bramy wjazdowej.
Ochroniarze nas przepuścili, , recepcjonistka też, ale w końcu kierowca melexa stanął na wysokości zadania i obronił hotel przed najazdem ciekawskich intruzów.
No, ale trudno się dziwić, że są takie wymogi, skoro wypoczywają tu takie sławy jak Beckhamowie, którzy z pewnością nie życzą sobie, żeby ktoś nie z tych sfer ich podglądał lub fotografował.


Nie mogę powiedzieć, żebym marzyła o tym, by tu spędzić wakacje. Spośród trzech obejrzanych dzisiaj hoteli zdecydowanie wygrywa Four Seasons.

Napatrzyliśmy się na te piękne hotele, ogrody, baseny i plaże - teraz pora na łyknięcie trochę balijskiej kultury. Jedziemy na południowy cypel półwyspu Bukit, gdzie znajduje się pochodząca z X wieku świątynia Uluwatu, jedna z ważniejszych świątyń morskich na wyspie. W tym samym kierunku jedzie sznur samochodów, motocykli i skuterów a w nich całe rodziny odświętnie ubrane.
Gdy dojeżdżamy bliżej trudno już znaleźć miejsce do zaparkowania, wreszcie udaje się Putu wcisnąć na pobocze drogi, tak że wysiadamy prosto w kolczaste krzaki.

W kierunku świątyni idą tłumy pielgrzymów niosących ofiary i dary w pięknie plecionych koszach, misach, drewnianych naczyniach, w czym kto ma. W ofierze składa się głównie owoce, ryż, ciastka, wszystko udekorowane liśćmi palmowymi i kwiatami. Z pielgrzymami mieszają się liczni turyści.


Oj chyba nam uroczystości sakralne uniemożliwią zwiedzenie świątyni. Z daleka widać strzeliste pagody i typowe wejście do świątyni tzw rozszczepioną bramę, ale do wnętrza świątyni wpuszczani są tylko wierni.

Wkrótce będzie zachód słońca. Idziemy wąską wydeptaną ścieżką tuż nad 70 metrowej wysokości klifem opadającym stromo do oceanu.. Klif porośnięty jest w niektórych miejscach gęstymi krzakami, w których buszują makaki. Putu ostrzega nas przed nimi, zdejmujemy okulary słoneczne, mąż mocniej trzyma aparat. Widok jest niesamowity... kula słoneczna szybko opada ku morzu, ciemne chmury podświetla pomarańczowa poświata, fale uderzają rytmicznie o skały, a w dali słychać gwar napływających pielgrzymów.

Czas zająć miejsca w sąsiadującym ze świątynią amfiteatrze, gdzie obejrzymy typowy balijski spektakl z tańcem kecak w roli głównej.
W dole na okrągłej widowni stoi kilkudziesięciu mężczyzn z opaskami na biodrach, w środku płonie ogromny ogień. Mężczyźni wykonują jakiś rytmiczny taniec, powtarzając często słowa "kecak" - podobno takie dźwięki wydają z siebie małpy. Intonują jakąś kocią melodyjkę zagłuszaną przez towarzyszące instrumenty muzyczne - istna kakofonia dźwięków.. Od czasu do czasu na widownię wbiegają inni tancerze w bogato zdobionych kostiumach bóstw, demonów i małp. Widowisko bazuje na ludowych legendach oraz hinduskim eposie narodowym.
Może samo widowisko nie było zachwycające, szczególnie ta głośna muzyka, to jednak warto w nim uczestniczyć ze względu na panującą tu atmosferę: znajdujemy się na wysokim cyplu tuż nad morzem, obok 1000 - letniej świątyni, niebo mieni się barwami zachodzącego słońca, nie jest zbyt gorąco, gdyż zawiewa bryza od oceanu, a lekka woń kadzidełek przypomina, że tuż obok w skupieniu celebrowane są uroczystości religijne.
Jesteśmy pod wrażeniem tej niesamowitej aury, tajemniczej, mistycznej, a z drugiej strony - komercji - przeznaczonej dla turystów, bo przecież z turystów się tu głównie żyje.

Po zakończonym spektaklu wolno płyniemy z tłumem ludzi w kierunku parkingu. Putu pilnuje nas, abyśmy się w tym tłoku nie pogubili. Wreszcie odnajdujemy nasz samochód, ale wydostanie się stąd zajmie jeszcze sporo czasu...

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 1 rok 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Pozostaje ostatni punkt dzisiejszego programu - kolacja na plaży w Jimbaranie.


Jimbaran - to do niedawna wioska rybacka w pobliżu lotniska. W ostatnich latach powstało w okolicy wiele nowych hoteli i wioska powoli przeradza się w nadmorski kurort. Słynie z ciągu knajpek usytuowanych bezpośrednio na plaży i serwujących świeże ryby i owoce morza. Jest to obecnie bardzo popularne miejsce, dokąd z całej okolicy zjeżdżają się turyści, by podziwiać zachód słońca i delektować się wyśmienitym jedzeniem.


Niestety nie jest nam dane obejrzeć dzisiaj zachodzące słońce - przyjeżdżamy do restauracji już o zmroku.

Co gorsza, w knajpce polecanej przez Putu, wszystkie stoliki są zajęte. Ale to nie problem, bo zarówno z prawej, jak i z lewej strony jest wiele innych lokali.
W sąsiedniej restauracji znajdujemy, choć z trudem miejsca. Właściwie wszystkie te knajpki mają zbliżony charakter. Stoją wzdłuż wąskiej uliczki biegnącej wzdłuż morza. Na ogół tak jest, że część reprezentacyjna, ze stolikami, jest od strony ulicy, a zaplecze kuchenne z tyłu. Tu jest jednak odwrotnie. Wchodzimy przez wąską bramę do pomieszczenia, gdzie wybiera się ryby lub inne morskie stworzenia, na które ma się ochotę. W wielkich akwariach wyeksponowane są różne gatunki homarów, krabów, w misach leżą jakieś ślimaczki, małże, a w skrzynkach na lodzie ryby - małe i duże, szare i kolorowe, o szlachetnych kształtach, albo wyglądające groźnie czy wręcz obrzydliwie. Do wyboru, do koloru, przy każdym gatunku widnieje cena za kilogram.


Uśmiechnięty kelner prowadzi nas do stolika. Proste drewniane stoły i takież krzesła stoją bezpośrednio na piasku, niektóre nieomalże podmywane są przez fale. Na stolikach ustawione w szklanych osłonach świece. To właśnie świece i księżycowa poświata stanowią jedyne oświetlenie, nie ma tu żadnych lamp.


Ponieważ i tak nie znamy tutejszych ryb, zdajemy się na kelnera. Coś nam doradza, ale i tak nazwa trudna do zapamiętania.


Wokół tłumy turystów zajadają się różnego rodzaju stworami morskimi świeżo złowionymi i podawanymi z lokalnymi sosami, warzywami i przyprawami.
Dostajemy piwko - Bintang oczywiście - i czekamy na jedzonko.


Idę na brzeg i rozglądam się wokoło. Wzdłuż całej zatoki Jimbaran tych knajpek jest kilkadziesiąt, jedna przy drugiej. Niemal cała plaża zastawiona jest stolikami. Nad budyneczkami, gdzie znajdują się kuchnie, unosi się szary obłoczek dymu z tysięcy grillów.

W wielu restauracjach żywa muzyka.


W końcu kelner przynosi grillowane ryby w kilku gatunkach oraz olbrzymie krewetki z różnymi sosami podane na liściach bananowca, a za chwilę koszyk z parującym ryżem i warzywa. Nie jestem fanką owoców morza, ale w takiej atmosferze wszystko mi smakuje. Zresztą tutaj nie ma wyboru, żadnych mięs nie serwują, tylko to co się złowi w oceanie. Mąż uwielbia takie jedzenie i stwierdza że wszystko jest bardzo świeże i doskonale przyrządzone.

Na deser dostajemy półmisek z różnymi owocami - super obżarstwo.
Czas wracać do samochodu, choć żal opuszczać to nastrojowe miejsce - fale oceanu delikatnie pluszczą o brzeg, księżyc świeci wysoko na niebie. Tylko od czasu do czasu słychać szum lądujących i startujących odrzutowców z pobliskiego lotniska.


Bardzo nam się tu spodobało, na pewno przyjedziemy tu jeszcze.

Strony

Wyszukaj w trip4cheap