Madera - dlaczego warto tam jechać?

69 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Nelcia, mi sięwszystko z pieskami kojarzy.

Teraz mamy w planie wyprawę na górę Monte, wznoszącą się 550 m ponad Funchalem. Tym razem nie idziemy bulwarem nadmorskim, tylko główną drogą biegnącą przez miasto. W drodze do Teleferico -kolejki linowej, która wwiezie nas na górę - mijamy katedrę SE oraz ustawiony w jej pobliżu pomnik Zarco - odkrywcy Madery.

Na temat odkrycia wyspy jest kilka wersji historycznych i sporo legend. Żeby nie przynudzać wybieram ponoć najbardziej prawdopodobną.

To właśnie Zarco wraz z towarzyszącymi mu żeglarzami odkrył w 1419 roku najpierw sasiednią wyspę Porto Santo, a w rok później Maderę.

Wyspa była wówczas bezludna, porośnięta gęstym lasem. Odkrywcy szybko zorientowali się jak żyzne są tutejsze wulkaniczne ziemie i zaczęli wypalać dżunglę, by uzyskać tereny pod uprawy. Na szczęście, część z tej dziewiczej puszczy zachwała się do dziś.

Osadnicy, którzy zamieszkiwali łatwiej dostępne południowe wybrzeże wyspy odczuwali jednak brak wody. I już wówczas podjęto decyzję o budowie kanałów nawadniających tzw. lewad, które dostarczały wodę na żyzne, choć suche obszary rolnicze.

Ale o lewadach, wzdłuż których prowadzą – na mój gust - najpiękniejsze na świecie szlaki turystyczne szerzej napiszę później...

Do najcięższych prac związanych z karczowaniem drzew, zakładaniem poletek uprawnych na tarasach wykuwanych w skałach, a także budowaniem lewad wykorzystywano niewolników sprowadzanych z zachodniej Afryki.

Zmierzając do stacji kolejki podziwiamy wspaniałe biało - czarne kompozycje na chodnikach. Stanowią je kostki z białego marmuru i czarnego bazaltu ułożone w wymyślne wzory. Każdy plac, uliczka, zaułek to inne kompozycje. Zwróciliśmy już na to uwagę będąc w Algarve i Lizbonie.

Z kolei na Starym Mieście - uwaga kobitki na obcasach, zapomnijcie o nich jeśli nie zamierzacie sobie połamać szanownych nóżek - wszystkie ulice wyłożone są małymi kamiennymi otoczakami, powsadzanymi jeden obok drugiego w betonowe podłoże. Bardzo oryginalne, ale należy dość często patrzyć pod nogi, gdzie się stąpa.

I tak dochodzimy do wyciągu. Przeszklona stacja kolejki wybudowanej w 2000 roku znajduje sie w parku, nad samym oceanem. Trochę ta bryła kłóci się ze starą architekturą kamieniczek stanowiacych jej tło.

Niegdyś trasą tą jeździła szynowa kolejka, podobna do tej, która jeżdzi na Gubałówkę.

Przy kasach nie ma kolejki. Bilet w jedną stronę kosztuje 10 E od osoby, a w obie 14, 5 E, dzieci odpowiednio: 5 E i 7,25 E. Kupujemy tylko na górę, potem zamierzamy zejść szlakiem wzdłuż lewady.

Trasa kolejki liczy blisko 3,2 km i wznosi się od poziomu zerowego do 560 m. Obsługuje ją 39 sześcioosobowych wagoników. Wsiadamy do jednego z nich ( też bez kolejki ) i od razu okazuje się, że jedziemy z młodą parką z Polski. Wymieniamy wrażenia i po 15 minutach jazdy jesteśmy na szczycie.

W międzyczasie podziwiamy widoki. Wagonik unosi nas ponad czerwonymi dachami domów, kipiącymi różnokolorową feerią kwiatów ogrodami, przepaściami, grzbietami gór opadającymi ku morzu, rzekami w zaniku (ze względu na suchą porę roku ) oraz widocznym z oddali szafirowym bezmiarem Oceanu Atlantyckiego. To właśnie z lotu ptaka najlepiej widać amfiteatralne położenie Funchalu.

I nagle... wpływamy w chmury. Za nami zostaje słoneczne wybrzeże, choć to tuż...tuż... No, ładnie- myślę - a tak liczyliśmy na ujrzenie pięknej panoramy.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Po wyjściu z wagonika kierujemy się ku wspaniałym ogrodom. I tu chciałabym zaznaczyć, że jestem fanką przyrody. Bardziej interesuje mnie ona niż zabytki historyczne typu kościoły, zamki, pałace, czy pomniki. A już najmniej entuzjazmu przejawiam przy zwiedzaniu muzeów. Nierzadko mały polny kwiatek budzi we mnie większy zachwyt, niż dzieło wybitnego artysty. Dlatego też w moich wspomnieniach więcej miejsca poświęcam cudom natury, niż dziełom stworzonym ręką ludzką (oprócz lewad, bo one przecież zostały wykonane przez człowieka ).

 

Spacerujemy ścieżkami wśród błękitnych hortensji, białych i niebieskich apagantów czyli lilii afrykańskich - mających kwiaty podobne do kwiatów szczypiorku, tylko o średnicy 20 cm, bugenwilli, drzewiastych paproci, drzew laurowych i setek innych roślin, których nazw nie znam.

Następnie zwiedzamy barokowy kościół Nossa Senhora, będący głównym celem pielgrzymek mieszkańców całej wyspy, coś jak nasza Częstochowa.

Ciekawostką może być fakt, ze znajduje się tu grobowiec ostatniego władcy Austro - Węgier Karola I, który zmarł na wygnaniu i tu właśnie został pochowany w pięknym, czarnym grobowcu.

Schodzimy nieco niżej, by przyjrzeć się słynnym zjazdom wiklinowymi saneczkami dwukilometrowa trasą w dół.Cena chyba 20 E, ale nie jestem pewna, bo odpuściliśmy sobie tę przyjemność.

Saneczki są w wersji dwu i trzy osobowej. Chętni do przejażdżki zajmują w nich miejsce, a następnie dwóch ubranych na biało facetów w słomkowych kapeluszach, rozpędza je i pcha po stromej zakręciastej drodze. Rozlegają się piski, podróżujących z "zawrotną" prędkością saneczkowiczów. Całkiem sporo jest chętnych do przejażdżki, a oczekujących sani pięć razy więcej.

Ten zjazd saneczkami to wcale nie jest atrakcja wymyślona dla turystów. Ich rodowód jest znacznie starszy.

W minionych wiekach, gdy nie było tu dróg, kupcy zamieszkujący górskie rejony mieli utrudniony dostęp do portu, gdzie przypływały statki z różnymi towarami. Byli oni poszkodowani w stosunku do swej konkurencji, mieszkającej bliżej portu, która wykupywała szybciej co atrakcyjniejsze produkty prosto z burty statku. Któryś z tych wyżej mieszkających wpadł na pomysł, że używając sankopodobnych pojazdów, znacznie szybciej można się dostać do źródeł zaopatrzenia. Pomysł zrealizowano i przez długie lata kupcy zauważywszy na horyzoncie statek handlowy, szybko wsiadali do swych sań by zdążyć załapać się na importowane towary. Ta idea bardzo spodobała się turystom, którzy w XIX wieku zaczęli przybywać na wyspę. I tak już zostało....

W międzyczasie mgła nieco opadła, widać z góry słoneczne wybrzeże, ale szczyt Monte nadal oblepiają wilgotne chmury.

Czas na lunczyk. Na małym placyku w cieniu platanów jemy polecane w przewodniku Pascala steki. Steki są, ale żeby takie miękkie i smakowite jak reklamowano - to nie powiem. Za to sałatka i wino Verde (z tłumaczenia "zielone", ale tak naprawdę oznacza młode i tanie ) - smakowite.

Zobaczyliśmy z grubsza, co było na Monte do zwiedzenia i teraz kolej na lewady - główny powód naszego przybycia na Maderę.

Dziś po raz pierwszy zobaczymy na własne oczy, czyli na żywo, to co obejrzeliśmy na setkach fotek w internecie, i o czym tyle naczytaliśmy się, zresztą też w internecie, jako,że autor przewodnika o Maderze chyba nie za bardzo kocha piesze wędrówki. W każdym razie poświęcił im niezbyt dużo miejsca....

Mijamy stację kolejki, gdzie wjechaliśmy na górę i zgodnie ze strzałkami kierujemy się na Lewadę dos Tornos. Kilkaset metrów dalej następna stacja - innej kolejki linowej kursującej do Ogrodu Botanicznego.

Wchodzimy w wąski szlak, z jednej strony góra, z drugiej wąwóz, dość głęboki, jedno i drugie porośnięte gęstwiną leśną. Pomiędzy niższymi drzewami strzelają w niebo dostojne eukaliptusy. Gdy jest ich wiecej wydają charakterystyczny świeży mentolowy zapach.

Idziemy już kilkaset metrów i gdzie ta wytęskniona lewada?

Ludzi nie widać, nie ma nawet kogo zapytać, czy idziemy dobrą drogą. Wreszcie idzie dwóch miejscowych chłopaków, pewno będą wiedzieć. I faktycznie mówią nam, że za 10 minut będziemy przy lewadzie.

JEST!!!!

 

Wyłania sie z czarnego tunelu i płynie sobie kamiennym korytem o szerokości i głębokości około pół metra, cicho szemrząc. Stoimy zauroczeni, jest piękna, tak jak sobie wyobrażaliśmy, albo nawet jeszcze ładniejsza.

Ktoś sobie może pomyśleć: "ma baba szmergla, zachwyca się strugą wody", być może i mam fioła na punkcie przyrody i pięknych widoków, ale pocieszam się, że inni mają gorsze odchylenia od normy...

Idziemy teraz cały czas wzdłuż lewady, ścieżka raz jest szersza, raz wąziutka, aż strach. Chwilami wolimy nie patrzeć w prawo, w tę głęboką przepaść. Rosną w niej wprawdzie drzewa i krzaki, więc tak od razu nie wpadłoby się kilkadziesiąt metrów w dół.

Ścieżka, którą idziemy, nie jest budowana specjalnie jako szlak turystyczny. Powstawały równocześnie z lewadami i służyły przez długie wieki tylko levadeiros, czyli osobom odpowiedzialnym za utrzymanie lewad w dobrym stanie technicznym, aby cały czas mogły dostarczać wodę spragnionym polom uprawnym.. Z czasem, co bardziej aktywni turyści odkryli ich urok i teraz częściej można na nich spotkać turystów niż porządkujących lewady levadoires..

Chwilami ścieżka jest mokra i śliska - to z góry spływa na nią woda w postaci drobnych wodospadzików. Ponieważ jest tam cały czas wilgotno, na brzegach lewady rosną rozmaite rodzaje dorodnych mchów i porostów. Nie mogę sobie odmówić dotknięcia ręką tej szmaragdowej poduchy i ...ręka zapada mi się na głębokość kilkunastu centymetrów w mięciutki mech. Tak zwartą i grubą warstwą ten mech porasta skały.

Na szczęście chmury sobie gdzieś odpłynęły i między drzewami ukazuje się położone w dole Funchal. Jest absolutna cisza, odgłosy miasta tu nie docierają, tłumów turystów ( czego doświadczyliśmy w zeszłym roku na Majorce ) też na szczęście nie widać. I tylko cichutko pluszcze sobie lewada, niosąc swoje wody spragnionym roślinom.

Cała trasa ma 14 km i oczywiście nie zrobimy jej do końca, ale chcemy przejść choć kawałek, aby mieć pojęcie o jej charakterze. Jak na koniec stwierdzimy każda lewada jest choć trochę inna od poprzedniej. Jedna biegnie wysokimi górami wśród ubogiej górskiej roślinności. Inna wije się po ukwieconych stokach wzgórz, wśród kolorowych kwiatów. Jeszcze inna huczy kaskadami wody, tam gdzie jest duże nachylenie zbocza. Niektóre płyną leniwie wśród pól uprawnych, winnic i plantacji bananów. Inne toczą swe wody pośród gęstych wysokich drzew wrzosowych, tworzących jakby naturalny ciemny tunel dla lewady.

Zakochałam się w lewadach....

marinik
Obrazek użytkownika marinik
Offline
Ostatnio: 4 miesiące 1 tydzień temu
Rejestracja: 04 wrz 2013

apisku - calkiem serio - teraz ( z fotkami) ta Twoja relacja ma zupelnie inny wymiar.

Drinks Clapping

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Marynik - chyba nikt mi tak w życiu nie komplemencił - jak TTTTTYYYYYYY....dzięki

Po przejściu paru kilometrów dochodzimy do małej wioski Curral dos Romeiros.

Tutaj ludzie żyją jak sto lat temu ( gdyby nie te samochody!!! ), małe domeczki, poletka obsadzone fasolą, kapustą i innymi warzywami. Wszechobecne kwiaty, pranie rozwieszone między balkonikami i pieski nas obszczekujące. Lewada wije sie teraz przez podwórka wiejskich domostw. Jest sielsko, anielsko, nie widać ani mieszkańców, ani turystów.

Chyba pora sjesty....

.

Dochodzimy do przystanku autobusowego w centrum wioski. Niestety autobusy jeżdżą tu rzadko, następny będzie za blisko dwie godziny. Nie ma sensu czekać, schodzimy w dół piechotą.

Wąska, kręta asfaltowa droga, z dziurami - ach jakże znajomy widok! Wchodzimy w wysoki, pachnący las eukaliptusowy, powietrze ma rzeczywiście orzeźwiające właściwości. Stroma droga i te ożywcze zapachy mobilizują nas do tego stopnia, że nieomalże zbiegamy w dół.

Po godzinnym marszo - biegu, w czasie którego przejechały koło nas tylko dwa samochody, docieramy do przedmieść miasta. Pojawiają się domy bogatsze i uboższe, większe i mniejsze, ładniejsze i brzydsze. Ale wszędzie jednakowo bujna roślinność.

Szczególnie te podwóreczka obstawione donicami.....

 I coś dla miłośniczek kotków:

Trochę jesteśmy zaskoczeni tym, że zdecydowana większość domków jest nowa, a te niegdyś piękne, stare, zbudowane z pociętych tufów wulkanicznych - obecnie popadające w ruinę chatynki, często stoją opuszczone.

Dziwne, że nie znajdą się chętni by je wyremontować i zrobić sobie w nich oryginalne maderskie letnie domy. Bogaci turyści z Europy Zachodniej wolą jednak budować sobie nowoczesne betonowe blokowiska, zamiast starać się przywrócić do życia charakterystyczne dla tych stron budowle.

Dziwny jest ten świat....

Mijamy Ogród Botaniczny, przez ogrodzenie widzimy rośliny przywiezione z różnych stron świata, przystrzyżone trawniczki, symetryczne rabaty z kolorowymi kwiatami. Ładnie to wszystko wygląda, i owszem. My tu jednak nie przyjdziemy, widzieliśmy te rośliny w naturalnych warunkach, wolimy napawać wzrok tutejszą naturalną przyrodą. Przecież tak naprawdę cała Madera to jeden wielki ogród botaniczny....

Spoglądam na mapę, gdzieś tu powinna przebiegać autostrada - Rapida, ale po niej ani śladu. Okazuje się, że przeszliśmy nad nią górą, autostrada przeleciała pod nami tunelem.

Wreszcie już naprawdę nielicho zmęczeni docieramy do centrum. Jemy kolację w restauracji Tortuga na Starym Mieście przy placyku Largo do Corpo Santo. Włściciele bardzo sympatyczni, ona jest Szkotką, a on mieszkańcem Madery. Żona zabawia gości rozmową, a małżonek pitrasi w tym czasie zamówione dania w kuchni. Miła rodzinna atmosfera. Kilka stolików ( szkoda, że plastikowych ) na zewnątrz, w środku jeszcze mniej miejsca. Pani szefowa pokazuje zasuszonego żółwia, to on jest patronem restauracji ( tortuga - to po portugalsku żółw ).

Czekając na zamówione jedzonko sączymy gratisową maderę. Potem jemy pyszna rybę espadę zapieczoną z owocami mango. Choć nie jestem specjalną entuzjastką ryb, ta mi bardzo smakuje. Ma białe delikatne mięso, zupełnie bez ości. Szef, a zarazem kucharz w jednej osobie przysiada się do nas ( nie ma na razie innych gości ) i przekazuje trochę informacji na temat tej ryby. Żyje ona w bardzo głębokich wodach otaczających wyspę, jest drapieżna. Łowi się ją używając długich sznurów, na których co kilkadziesiąt centymetrów przyczepione są haczyki z przynętą. Sznury te stateczki rybackie zarzucają na głębokich wodach oceanu.

Jak później na bazarze zobaczyłam te rybę, to mi mina zrzedła. OHYDNA !!!

Długa, chyba z 1,5 metra, coś pośredniego między szczupakiem a węgorzem, z paszczy sterczą wielkie ostre zębidła, a oczy ma ogromne i okrągłe, chyba żeby lepiej w tych ciemnych głębinach mogła wypatrzyć zdobycz. Obrzydliwa to ona jest, ale fakt że bardzo smaczna. W ciągu tych dwóch tygodni spędzonych na Maderze będziemy ją jadać wielokrotnie w różny sposób przyrządzaną, czego i innym odwiedzającym wyspę życzę.

Wracamy do hotelu. Tradycyjna wieczorna kąpiel w basenie. Jaka szkoda, że nie w ciepłym morzu. Nie ma żadnych ograniczeń, można pływać choćby całą dobę. Spotkaliśmy się już z tym, że po określonej godzinie w wielu hotelach nie można korzystać z basenu.

Codziennie wieczorem o godzinie 20.30 są animacje. Mogą kogoś rozczarować, że takie trochę "geriatryczne", ale nam to odpowiada. Każdego dnia inne występy muzyków na żywo, po tygodniu - powtórzenie. Głównie spokojny jazz, rytmy karaibskie, popularne melodie z dawnych lat, muzyka musicalowa, występy zespołu ludowego.

Jeszcze trochę wina na dobranoc, rzut oka na klif Cabo Girao i czas na zasłużony odpoczynek.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Kolejny dzień wita nas słońcem. Teraz już wiemy, jak to bywa z tą pogodą na Maderze. W nocy niebo jest bezchmurne, jaskrawo błyszczą gwiazdy, nie przesłonięte żadnym smogiem przemysłowym. Poranki są pogodne, a w ciągu dnia pojawiają się chmurki lub chmury, szczególnie nad górami. Ku wieczorowi znów się robi pogodnie. Wprawdzie w ciągu dwóch tygodni naszego pobytu na wybrzeżu nie padał deszcz ( w górach się zdarzało ), ale też nie było całego dnia z bezchmurnym niebem. Zawsze coś tam po nim wędrowało mniej lub bardziej złowrogiego.

Taka to już widać specyfika wysp atlantyckich, bo na Teneryfie było podobnie. Na ogromnym Atlantyku te małe wysepki chyba przyciągają chmury....

Po śniadaniu idziemy piechotą do Camara de Lobos - wioski oddalonej od hotelu o około 5 km. Oczywiście wolimy iść plażą, niż dość uczęszczaną drogą.

Ale jak się do tej plaży dostać? Niby ciągnie się ona tuż pod nami, lecz żadnego zejścia nie widać. Musimy dojść do ulicy, stamtąd chyba jakąś dróżkę znajdziemy. Przecież ci plażujący tam ludzie jakoś się tam dostali.

Po kilkuset metrach dochodzimy do mało reprezentacyjnej ścieżki, doprowadza nas ona w sąsiedztwie budowy nowego betonowca - do plaży. Jest już na niej trochę ludzi, głównie miejscowi , bądź Portugalczycy z kontynentu, którzy często spędzają urlopy w wykupionych tu apartamentach.

Oj, nie za piękna jest ta plaża!!!

Wokół czarne wulkaniczne otoczaki, morze jest teraz spokojne, ale wyobrażam sobie jak wzburzone fale walą tymi kamlotami po nogach amatorów kąpieli.

Wchodzimy po kolana, by doświadczyć osobiście jej przydatności do kąpieli.

Wprawdzie sporo osób kąpie się, to jednak zgodnie stwierdzamy, że nie dla nas ta przyjemność... Chłodna woda, kamienne podłoże – nie zachęcają do kąpieli.

Przy plaży kilka barów, knajpek, parkingi, toalety.

Może tak na marginesie o toaletach. Jest ich wszędzie sporo, są bezpłatne, bardzo czyste, nawet te w miejscach publicznych, np w centrach handlowych, czy przy kąpieliskach. Tylko raz zdarzyło mi się, że nie było papieru toaletowego, za to dwa razy w toaletach były nawet bidety.

Prawdziwy szok...

Idziemy około 1,5 km i plaża się kończy, zaczynają się skałki.

Ciekawe czy się przez nie przedostaniemy suchą nogą?. I jak się tak zastanawiamy, zauważamy nowowybudowaną promenadę na niewysokiej estakadzie ponad skałami i morzem. A zatem wygodnie sobie przejdziemy. Nasza radość jest jednak przedwczesna, okazuje się, że promenada jest, nie była to fatamorgana, ale bramki wejściowe są na amen zaspawane.

Nie mam pojecia dlaczego? Tyle forsy wywalono, czyżby nie spełniała unijnych wymogów?

Po chwili jednak widzę, jak miejscowy chłopak zgrabnie przechodzi bokiem po krawedzi estakadyi już jest na promenadzie. To my za nim, może mniej zgrabnie.

Po drodze mijamy nieliczne hoteliki wybudowane na skalnych tarasach, a także pola uprawne z warzywami i winoroślą.

To właśnie w Camara de Lobos jest jedno z dwóch najważniejszych miejsc uprawy winorośli na wyspie. Na końcu promenady znowu zaspawana bramka, to my okrakiem przez barierkę i hop na plażę. Już mamy wprawę w omijaniu przeszkód....Wspinamy się wąską ścieżką pośród upraw omijając niewielki port handlowy z pirsem paliwowym.

Na plantacji winogron napotykamy lewadę. Płynie sobie z górki, a co kawałek ma nieduże śluzy, które po otwarciu kierują strumień wody na konkretne poletko. Reszta wody płynie sobie dalej, by zasilić niżej położone uprawy.

marinik
Obrazek użytkownika marinik
Offline
Ostatnio: 4 miesiące 1 tydzień temu
Rejestracja: 04 wrz 2013

Rybsko rzeczywiscie mocno srednio wyglada, ale o jej smaku to sie naczytalem. Chyba generalnie ryby miesozerne smakuja lepiej.

Madziarra-M1 (nieaktywny)
Obrazek użytkownika Madziarra-M1

Apisku. Byłam tydzień na pobycie stacjonarnym. Objechaliśmy trochę wyspę. Widoki niesamowite, wyspa piękna tylko wszędzie pod górę. Ja by. Wróciła natychmiast ale nad mężem w tej kwestii musiałabym popracować właśnie przez to że wszędzie pod górę Wink A ja bym pochodziła po wszystkich tym razem lewadach bo przeszliśmy się tylko jedną i raz jeszcze przeszłabym po Ponta Sao Lourenco.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Marynik, ja nigdy zbytnią fanką ryb nie byłam, ale teraz coraz bardziej się do nich przekonuję....No i faktycznie, te mięsożerne chyba są smaczniejsze, a ta espada, to już kompletny miód w gębie.

Madzia, myślałam, że Ty i tam jakimś pasażerowcem dobiłaś. Dla mnie Madera  - to właśnie te cudowne lewady. Myśmy sporo ich zaliczyli, ale lubimy oboje wędrówki, więc zgodnie się dopingowaliśmy.

Ale faktycznie ta wyspa  - dla ludzi lubiących plażing, a nie łazikowanie - nie bardzo się nadaje. Po spędzeniu mało aktywnego urlopu, można mieć nieco wypaczoną opinię ....i mówić, że jest ona przereklamowana.

Ten post poniżej, tj nr 20 jest do kasacji. Coś mi się pochrzaniło, a nie umiem go wykasować - sorki....

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Camara de Lobos – która właśnie ukazuje się naszym oczom po wyjściu zza kolejnego zakrętu - jest malowniczą wioską leżącą nad kameralną zatoczką, w której zakotwiczonych jest kilkanaście jaskrawo pomalowanych łodzi rybackich. Na wybrzeżu stoi stara twierdza strzegąca niegdyś wejścia do portu przez piratami.

Na wybrzeżu w cieniu palm rybacy rozplątują sieci po porannym połowie. Staruszkowie siedzą sobie, rozmawiają i grają w domino lub w karty. Na jednej z portowych knajpek napis informuje, że bywał tu William Churchill, a nawet malował w ramach relaksu okoliczne widoczki.

Wchodzimy w wąską uliczkę, ukwieconą, a jakże.

Zaglądamy do kościoła, a potem w knajpce o wdzięcznej nazwie Pande Monium zamawiamy napój o nazwie Poncha. To mieszanina miodu z sokiem cytrynowym i lokalnym rumem z trzciny cukrowej.

Ciekawostką może być fakt, że wkrótce po odkryciu Madery i przystapieniu do zagospodarowywania pól uprawnych, sprowadzono z Sycylii na wyspę trzcinę cukrową, która się tu bardzo dobrze zaaklimatyzowała. Przez blisko 200 lat cukier był jednym z najważniejszych bogactw wyspy ( obok wina ) - tzw białe złoto. Uprawy trzciny cukrowej podupadły, gdy po odkryciach geograficznych pojawiła się konkurencja ze strony Ameryki Środkowej i Południowej. Jednak i my spotkaliśmy w kilku rejonach wyspy niewielkie poletka trzciny, z której do dziś wyrabia się lokalny rum, ale oczywiście na niewielką już skalę.

Poncha nie za bardzo przypadła mi do gustu - jest trochę za słodka i zbyt mocna. No, ale spróbować trzeba. Za to gołąbkom bardzo smakowały orzeszki.... Gorzej jest z drugim drinkiem z Madery, a mianowicie Nikitą. Składniki podane przez kelnera tworzące ten napój wydały nam się zbyt podejrzane....... No bo wyobrażacie sobie orzeźwiający drink, którego składnikami są jednocześnie białe wino, piwo, lody waniliowe i kawałki ananasa??????

Jeszcze krótki spacer po sennej wiosce - wiadomo sjesta - i pora na lunch.

Wybieramy restaurację rybną Coral ( nazwa najpopularniejszego piwa ) zlokalizowaną tuż nad morzem. Cichy, zacieniony placyk na zapleczu kościoła, białe parasole. Miły kelner doradza swieżo złowioną doradę z grilla.. Bardzo smaczna z gotowanymi jarzynami i schłodzonym białym winem. No i widok na klif Capo Girao, wznoszący się jakby tuż nad nami. Dopiero teraz widać ogrom tej surowej skały...

 

Po obiedzie rozleniwieni obżarstwem i gorącem legliśmy na plaży robiąc sobie też sjestę. Nawet nie czuliśmy twardych kamieni pod grzbietem.

Wracamy autobusem do hotelu, i tym razem z górskiej wijącej się drogi podziwiamy widoki naszej porannej trasy.

Nel
Obrazek użytkownika Nel
Online
Ostatnio: 32 minuty 49 sekund temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Jesli dobrze pamietamm to oprócz Churchila, jest jeszcze inna osoba kojarzona z tym miejscem, chodzi o Cristiano Ronaldo, który podobno pochodzi własnie z Camara Los Lobos...głównt stadion na Maderze , jest zreszta jego imienia..

No trip no life

Strony

Wyszukaj w trip4cheap