Madera - dlaczego warto tam jechać?

69 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 7 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Teraz zjeżdżamy na lokalną drogę wiodącą przez wszystkie okoliczne nadmorskie wioski.

Pierwszą napotkaną po paru kilometrach jest Faja da Ovelha. Zjeżdżamy wąską na jeden samochód uliczką i parkujemy w pobliżu kościoła. Trochę powyżej kościółka rośnie na jednym z uprawnych tarasów stara, ogromna, złamana w połowie araukaria. Pewno jakiś piorun trafił w nią w czasie burzy. Spod niej roztacza się malowniczy widok na białą wieżę kościelną, zielone tarasowe pola uprawne upstrzone skromnymi domkami, a poniżej granatowe morze.

Chwilę później przejeżdżamy mostkiem nad lewadą, no i oczywiście stajemy, by się z nią przywitać. Jest to Levada Nova, z góry toczy swoje wody z płaskowyżu Paul de Serra, przepływając przez miejscowość Prazeres, a w dole zasila tarasy uprawne w Paul de Mar. Ma 12 km. długości, całej nie przejdziemy, ale kilka kilometrów na pewno ukaże nam jej charakter.

A z góry rozposciera się taki widok 

Wędrujemy łagodnym zboczem, z jednej strony morze, a z drugiej - góry. Lewada płynie tu przez ukwiecone łąki, ale te kwiaty bardziej przypominają nasze polne, niż tak czesto spotykane na Maderze egzotyczne gatunki.

Zupełnie nie ma cienia, a że zbliża sie południe, to słońce nieźle przypieka. Idziemy wąskim skrajem lewady i w tym momencie zdaję sobie sprawę, jak intensywnie funkcjonują wszystkie nasze zmysły....

Najbardziej zaangażowany jest zmysł wzroku, odnotowując te kolorowe kwiaty - białe, różowe, żółte, liliowe - rozsypane na intensywnie zielonym kobiercu łąki zawieszonej pomiędzy górami a morzem.

Zmysł węchu wyłapuje charakterystyczny zapach wodorostów wyrzuconych na skały, ale także zapach wydzielany przez rozgrzane słońcem zioła, takie jak oregano i tymianek, bujnie tutaj dziko rosnące. W bardziej wilgotnych miejscach, gdzie z gór skapuje woda, rośnie mięta pokryta fioletowymi kwiatkami - ona też pachnie orzeźwiająco.

Na skraju polanki, w pobliżu skał znajdujemy mnóstwo aromatycznych poziomek, tu oprócz zmysłu węchu, działa jeszcze zmysł smaku.

A gdy siadamy zmęczeni u podnóża stromej skały, na którą już nam się nie chce wdrapywać, słyszymy cichy plusk wody płynącej lewadą oraz intensywne rzępolenie cykad - to odnotowuje zmysł słuchu.

Aaaa....zapomniałabym o zmyśle dotyku...długo nie posiedzimy na tych skałkach, bo właśnie zmysł dotyku sygnalizuje nam dyskomfort pewnej części ciała...

A zatem ruszamy, by konsekwentnie realizować nasz plan dnia...

Pozostawiamy w tyle Paul de Mar, który wydaje nam się niezbyt ciekawy i długim tunelem wjeżdżamy do Jardim de Mar,

Bardzo sympatyczny wiosko - kurorcik, widać, że tu wypoczywa sporo turystów. W centrum miejscowości parking, nawet dość zatłoczony, jak na maderskie warunki. Stosunkowo dużo starych domów zbudowanych z lokalnego kamienia, wąskie uliczki prowadzące w dół do morza, na każdym podwórku i na każdym schodku doniczki z kwiatami.

Nieduży hotel z restauracją posiadającą taras od strony oceanu. Ale najbardziej podoba nam się słodki pensjonat Cecylia; oraz prywatna rezydencja położona na klifie w ślicznym ogrodzie z basenem. Właściciele jedzą właśnie lunch siedząc na tarasie pod kremowym parasolem.

Nad samym morzem promenada wysadzana palmami, a na jej końcu mały port rybacki i kamienista plaża, na której opala się lub pływa kilkanaście osób.

Szukamy jakiejś knajpki, żeby zjeść obiad, ale oprócz nowoczesnego hotelu z restauracją niczego nie znajdujemy. A tak przydałaby się tu skromna rybacka tawerna z bolo de caco zapieczonym z masłem czosnkowym oraz świeżą grillowaną rybą. No ale trudno...

Wracając na parking stromymi schodkami napotykamy stary kościółek cały opleciony bluszczopodobną roślinnością.

Jardim de Mar to naprawdę piękna miejscowość z klimatem.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 7 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Parę kilometrów dalej zjeżdżamy ostro w dół do Calhety. To właśnie tu jest jedyna na całej wyspie piaszczysta, złota plaża, na którą piasek przywieziono z Maroka..W moim odczuciu wygląda to sztucznie, ale sądząc po ilości zaparkowanych samochodów turyści tłumnie odwiedzają to miejsce.

Jedziemy powoli nadmorską promenadą w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania. To nam się zdarza pierwszy ( i jak się potem okazało ostatni ) raz na Maderze. Dopiero dość daleko od piaszczystego kąpieliska udaje nam się zaparkować.

Z chęcią się przejdziemy po tym eleganckim kurorcie, ale najpierw chcemy coś przekąsić.

Wchodzimy po schodkach do restauracji Marisqueria Rocha Mar, jemy grillowaną czerwoną rybę, która po ichniemu nazywa się centaril. Smaczna, ale ma trochę ości, to nie to, co bezkonkurencyjna espada.

Po lunchu spacerujemy promenadą, najpierw mijamy basen jachtowy z zakotwiczonymi luksusowymi jachtami i motorówkami, następnie nowoczesne zabudowania klubu jachtowego z restauracjami i butikami. Dochodzimy do hotelu Calheta Beach, stojącego tuż przy piaszczystej plaży w ładnym ogrodzie z basenem. Ale jak dla nas zbyt tu głośno i zbyt duży ruch ludzko - samochodowy.

Plaża - może jak na Maderę - ładna, ale nie dla nas mieszkańców polskiego wybrzeża. Składa się właściwie z dwóch plaż zlokalizowanych na przeciwległych brzegach spokojnej zatoczki odgrodzonej od pełnego morza ogromnymi betonowymi blokami - bardzo psującymi widok.

Fakt, że rodziny z dziećmi mogą tu być w pełni usatysfakcjonowane. Żółty piaseczek, łagodne zejście do nagrzanej zatoczki, można stawiać babki z piasku, a dzieci mogą się bezpiecznie taplać w wodzie, dając rodzicom możliwość beztroskiego wypoczynku.

Wokół pełno barów, restauracji, tłumy ludzi - to nie dla nas klimacik....

Mijamy kąpielisko i wśród pięknej roślinności widzimy małe muzeum przemysłu cukrowniczego, którego niegdyś Calheta była głównym ośrodkiem. Przed wiekami cukier nazywano tu białym złotem, które obok wina, przynosiło wyspie wielkie pieniądze. Znajdują się tu różnego rodzaju zabytkowe maszyny i urządzenia służące do produkcji cukru.

Nadal w tym rejonie uprawia się trzcinę cukrową oraz produkuje cukier i rum.

W drodze powrotnej wjeżdżamy jeszcze na szczyt Cabo Girao, by z góry spojrzeć na ocean. Klif wydaje się tuż tuż nad nami, ale aby do niego dotrzeć trzeba dość długo jechać krętymi drogami przez liczne wsie i osiedla.

Na szczycie stoi kilka autobusów z turystami, sporo aut, są stragany z pamiątkami i lokalnymi słodyczami. Maderscy sprzedawcy zupełnie nie są nachalni. W pobliżu rosną ogromne eukaliptusy, których charakterystyczny orzeźwiający zapach unosi się wokół.

Nieco poniżej kilka eleganckich hoteli z basenami i ogrodami, a przede wszystkim przepięknym widokiem na całą okolicę.

Z cypelka widokowego podziwiamy otaczający krajobraz. W dole pod nami licząca blisko 600 metrów przepaść. Widać malutkie stateczki wycieczkowe pełne turystów, którzy od strony morza podziwiają Cabo Girao skąpane w promieniach słońca.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 7 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Dzisiaj trzeci dzień zwiedzania wyspy.

Trasa: Monte - Poiso - Pico de Areeiro - Faial - Porto da Cruz - Portela - 84 km.

Wyjeżdżamy z Funchal przez górę Monte kierując się krętą drogą na północ. Ponieważ jest piękna pogoda, niebo bezchmurne, co tu się rzadko zdarza ( prawie zawsze jakieś chmurki snują się po niebie ) dziś czeka nas zdobywanie najwyższych szczytów Madery.

Jedziemy przez gęsty las, w którym dominują cedry i eukaliptusy. Jest prawie ciemno na drodze, tak bujne te drzewa mają konary. Mijamy Park Ekologiczny i już jesteśmy na przełęczy Poiso 1413 m. wysokości. Tutaj skręcamy w lewo w wysokie góry.

Po niespełna 10 km dojeżdżamy do dużego parkingu przy schronisku przy Pico de Areeiro. Jest to trzeci co do wysokości szczyt wyspy - 1818 m. I tu już trzeba się na dłużej pożegnać z autem. Teraz musimy liczyć na swoje własne nogi...

Na parkingu dość sporo samochodów i nagle....słychać typowo peruwiańską melodię wygrywaną na fletach. To grupa grajków z Ameryki Południowej daje koncert pod schroniskiem. Wprawdzie nie jest to tutejsza muzyka, ale pięknie brzmi w tej wysokogórskiej scenerii.

 

Idziemy wąską ścieżką raz w dół raz w górę. W niektórych miejscach po obu stronach kilkusetmetrowe przepaście. Są wprawdzie barierki ze stalowymi linkami, ale jakby się człowiek poślizgnął to i pod linką przeleci. Pogoda fantastyczna i takież widoki. Pomimo, że są to wysokie góry rośnie na nich niezwykle bogata roślinność, aż dziw bierze jak te kwiaty tu egzystują.

Ścieżka jest dobrze utrzymana, na odcinkach bardziej stromych są schodki. Po jakiejś pół godzinie dochodzimy do punktu widokowego.

 

Widok nieprawdopodobny : na południu widać ocean i na północy widać ocean, przy czym na południu jest piękna pogoda, a od północy w niżej położone doliny wlewają się chmury, jak białe mleko.

Większość turystów już tu kończy swą wspinaczkę, my idziemy dalej. Po bokach raz przepaście, raz strome granie pnące się do góry i te kwiaty...wszystkie możliwe kolory. Są też na skałach długie pomarańczowe porosty, zwieszające się w dół.

Przeszliśmy już dobry kawałek drogi, a do uszu nadal dochodzi smętna peruwiańska melodia - taka tu panuje świetna akustyka.

Teraz mamy na trasie tunel kilkudziesięciometrowej długości. Jest w nim sporo wody przesączającej się przez skały. W naszych addidasach chlupie woda, ale jest przecież tak ciepło...

 

Chwilami idziemy dosłownie w lesie paproci tak wysoko tu rosną.

Jeszcze jedno strome podejście i jesteśmy na drugim co do wysokości szczycie Pico das Torres 1851 m. wysokości.

Jestem już naprawdę zmęczona, w oddali widać najwyższy szczyt Pico de Ruivo, niewiele wyższy od tego przez nas zdobytego, bo ma 1862 m.

Ale dalsza droga wydaje nam się mniej ciekawa, biegnie wąską półką wykutą w zboczu góry i widoki z niej są dość monotonne. Postanawiamy zawrócić. Schodząc w dół znów widzimy te bajkowe widoki.

Różne rodzaje skał wulkanicznych: bazaltowe czarne iglice, rudawo - brązowe tufy podobne do pumeksu, porowate, ale twarde, to znów przeciskamy się przez wąskie szczeliny pomiędzy skałami.

W głębokich wąwozach widoczne są małe wioseczki, jakby odcięte od świata. Parę domków i tarasowe uprawy, żeby wykorzystać każdy kawałek ziemi. Powulkaniczna ziemia jest urodzajna, a lewady dostarczają wodę. Po drodze widzimy liczne źródełka zasilające lewady.

Na koniec odwiedzamy schronisko, żeby się czegoś napić. Znajduje się tu kolekcja pięknych zdjęć robionych w czasie wschodu i zachodu słońca.

Nel
Obrazek użytkownika Nel
Offline
Ostatnio: 3 godziny 35 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Apisku,

niestety nie dotarlam do Ponta de Pargo Sad  ..a jest tam jak widzę z twoich fotek przeslicznie  *good*.  Zostawiam wiec sobie na nastepny raz Smile

No trip no life

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 7 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Nelcia, na maderze prawie wszedzie jest pięknie, ale ten rejon zachodni stosunkowo najmniej mi przypadł do gustu. Było dośc mało bujnej zieleni, dużo pól uprawnych i nijakich wioseczek.

 Pico de Areeiro znów zjeżdżamy do skrzyżowania w Poiso, a następnie kierujemy się na Faial na północnym wybrzeżu. Choć chmury kłębiące się na północy niczego dobrego nie wróżą...

Stromymi serpentynami zjeżdżamy ostro w dół. Po obu stronach drogi rośnie gęsta dziewicza puszcza tzw. laurissilva składająca się z różnego rodzaju zimozielonych drzew i krzewów, z przewagą drzew laurowych ( tych od listków bobkowych ). Wzdłuż szosy kwitną błękitne hortensje oraz białe i niebieskie agapanty - jest bardzo malowniczo.

Po kilku kilometrach dojeżdżamy do miejscowości Ribeiro Frio. Na parkingu stoi dużo samochodów, w pobliżu jest leśniczówka i hodowla pstrągów, tu też zaczyna się jedna z najładniejszych lewad - Futural -o długości 11 km. prowadząca do miejscowości Portela.

Na razie mamy dość wędrówek, jedziemy na wybrzeże, żeby trochę poleniuchować. Kilkunastokilometrowy zjazd w dół, wyjeżdżamy z lasów, a wjeżdżamy w zielone doliny z charakterystycznymi uprawami tarasowymi warzyw i zbóż. Już widać ocean, niestety szary, 

bo słoneczka brak... Jakże inaczej wszystko wygląda bez słońca, no ale taka już uroda północnego wybrzeża.

I już przedmieścia Faial, znowu ładne, nowoczesne domki w prześlicznych ogrodach, w których dominują kwiaty. Znajdujemy przytulną restauracyjkę na lunch nazywa się Chaue czyli klucz. Choć widać, że nie jest stara, to jednak w sympatycznym rustykalnym stylu, kilka stolików, obok oczko wodne, a w nim rechoczące żaby i kolorowe rybki, piękny ogród z widokiem na morze. Jemy na tarasie wśród kwiatów, wyśmienity kurczak upieczony z rozmarynem, no i do tego chrupiące bolo da caco z masłem czosnkowym. Pycha....

Sama miejscowość niezbyt ciekawa, przy oceanie kąpielisko, jest też kościół, ale tak jakoś pustawo, może to ze względu na tę pogodę.

Przejeżdżamy długim tunelem pod ogromną skałą Penha de Aguia - czyli Orlą Skałą wynurzającą się z morza na wysokość 580 m. i dojeżdżamy do kurorciku Porto da Cruz, leżącego u jej stóp.

Jest malutki, bardzo kameralny, dosłownie kilkanaście domków, dwa hoteliki, kościółek - bardzo urokliwie. Przechodzimy koło kąpieliska, właśnie kończą się prace budowlane przy ogromnym kompleksie basenów. Z morza wyrasta druga góra, wokół której biegnie nadmorska promenada. Ta góra nie jest typowa dla Madery, gdzie przeważają czarne skały wulkaniczne, ona mieni się ciepłymi barwami beżowo - rudo – brązowymi.

W pobliżu niewielki porcik rybacki. Dwa hoteliki położone nad samym morzem, kilka barów i restauracyjek, wszystko takie w mini skali. Tak nam się tu podoba, że bierzemy ofertę z jednego z hoteli - całkiem dobre ceny, no ale zaraz sobie przypominamy, że na północnym wybrzeżu jest o wiele mniej dni słonecznych niż na południu. A przecież po słońce się tu przede wszystkim przyjeżdża...

Na skraju miejscowości prawie suche koryto rzeki, za mostem na tarasie nad rzeczką mały wiejski cmentarzyk, obok kościół, wydaje się zbyt duży jak na tak małą miejscowość. Nieco dalej mały ryneczek z palmami i cudownie kwitnącymi na łososiowo drzewami plumerii.

Żelek
Obrazek użytkownika Żelek
Offline
Ostatnio: 4 lata 11 miesięcy temu
Rejestracja: 04 wrz 2013

Apisku....kolacyjka z takim widokiem smakuje nieziemsko....nawet jak trzeba ja samemu przygotować Smile

A Madera coraz bardziej mi sie podoba...

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 7 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Kasia, przepiękna wyspa, tylko dla ludzi lubiących wędrówki. Bo jak ktoś się nastawia na plażing i nocne życie - to raczej nie będzie zadowolony z wyjazdu.
A jak ktoś lubi aktywny wypoczynek, to możliwości jest mnóstwo!!!!

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 7 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Porteli, to tu właśnie kończy swój bieg lewada Futural. Jest piękna, tonie wśród kwiatów, po bokach stare cedry, powyginane od podmuchów północnego wiatru, niesamowita kolekcja hortensji. No ale ta pogoda, po godzinnym marszu mamy wrażenie, że zaraz zacznie padać. Jesteśmy w chmurach, albo we mgle - trudno dociec. W każdym razie w jakimś delikatnym wodnym oparze, ziemia jest wilgotna i śliska, mgła osadza się na drzewach i od czasu do czasu spada na nas w postaci wielkich kropli.

Nic dziwnego, że w tej wilgoci tak pięknie rosną mchy, paprocie, różne porosty, z których też zwieszają się mikroskopijne kropelki wody. Wracamy do samochodu, w pobliżu, na przełęczy Portela knajpka z dachem pokrytym strzechą, a w niej miejscowi piją piwko, rozmawiają, zagadują nas. Niestety nie potrafimy się porozumieć, wielka szkoda, na pewno by się można czegoś ciekawego o tej pięknej okolicy od nich dowiedzieć.

I znowu ostry zjazd w dół, ani się spostrzegliśmy, a wjechaliśmy w pełne słońce ( okazuje się, że świeciło na południu cały dzień ), dojeżdżamy do Rapidy i nią szybciutko do hotelu.

O... jak miło zanurzyć się na koniec męczącego dnia w ciepłym basenie.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 3 lata 7 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Dzisiaj jest czwarty dzień zwiedzania wyspy.

Trasa: Funchal - Ponta do Garajau - Canico de Baixo - Santa Cruz - Machico - Ponta de Sao Lourenco - przejechaliśmy 138 km.

Dzisiaj będziemy zwiedzać Maderę południowo - wschodnią. Najpierw wjeżdżamy na Rapidę, żeby nie kluczyć po zapchanych samochodami uliczkach Funchalu.

Po przejechaniu paru tuneli jest skręt w prawo na Garajau. Bardzo gęsta zabudowa, w większości nowoczesne domki i duże apartamentowce.

Przejeżdżamy koło hotelu Dom Pedro Garajau zlokalizowanego w ruchliwej okolicy, w pobliżu jakiegoś centrum handlowego. W ogóle panuje tu duży gwar, masa samochodów, a i do plaży kawałek drogi. Jeżeli ktoś nastawia się na plażowanie, to nie radzę wybierać tego hotelu.

Jedziemy jeszcze dość spory kawałek ostro w dół, zanim dotrzemy do dużego parkingu znajdującego się na klifie nadmorskim.

Pierwsze, co rzuca się tu w oczy, to wielka figura Chrystusa z rozpostartymi ramionami spoglądająca w morze - pomnik postawiono w 1927 roku. Wokół niego nieduży park i stacja kolejki linowej. Ale wszystko to jakieś takie nijakie, jakby zaniedbane. Widok z cypelka faktycznie ładny, ale tuż obok nieczynne i zdewastowane kąpielisko z basenami. W dole kamienista plaża, na którą prowadzi asfaltowa droga. Kolejka linowa chyba nie jest czynna, bo wokół nikogo nie widać, wagoników też zresztą nie ma. Współczuję amatorom plaży, którzy muszą wracać dość stromą drogą pod górę w pełnym słońcu, gdyż nie rosną przy niej żadne drzewa. W ogóle jakoś tu mało roślinności jak na Maderę. Jedyne pozytywne zaskoczenie - w publicznej zresztą bardzo czystej toalecie jest nawet bidet....

Może już jesteśmy zepsuci pięknymi widokami północnego wybrzeża, ale ta okolica nie przypada nam do gustu.

Jedziemy dalej i już jest miejscowość Canico usytuowane na górze, dość stare miasteczko z gęstą zabudową, sporo turystów, ale głównie robiących zakupy, a nie zwiedzających. To pewnie wylegli na zakupy mieszkańcy okolicznych apartamentowców, których jest tu zatrzęsienie. I nowe wciąż są budowane, sądząc po ilości rozstawionych na wzgórzach dźwigów. Niezbyt to pięknie wygląda.

Zjeżdżamy w dół do Canico de Baixo. Tutaj już zupełnie inny klimat. Podobno okolicę tę upodobali sobie bogaci Niemcy i wybudowali swoje letnie ( a właściwie całoroczne, bo taki tu jest cudowny klimat ) wille i rezydencje. Zostawiamy na małej ukwieconej uliczce samochód i wędrujemy wśród tych cudownych ogrodów z basenami, domów zbudowanych w różnych stylach począwszy od tradycyjnych pałacyków, poprzez rustykalne hacjendy, a skończywszy na super nowoczesnych budowlach ze stali i szkła.

Nawet mnie te różne style w tym miejscu nie rażą, rezydencje wkomponowane są we wzgórza, stoją na wysuniętych w morze cypelkach. Możemy sobie tylko wyobrazić jakie piękne widoki rozciągają się z tych ogrodów na ocean, szczególnie o wschodzie lub zachodzie słońca. Tym zlokalizowanym w pierwszym szeregu nad samym morzem rzeczywiście można pozazdrościć. I tu znowu feeria kwiatów, krzewów, drzew, - jak w ogrodzie botanicznym. Fakt, że zwykły turysta, ma znacznie ograniczone możliwości rzucenia okiem bezpośrednio z klifu na plażę. Tylko w niektórych miejscach są tarasy widokowe ogólnodostępne. A te najpiękniejsze widoki w zasadzie mają tylko właściciele tych posiadłości.

Jedziemy dalej do Santa Cruz. Rapida biegnie teraz równolegle z lotniskiem. By je wybudować trzeba było chyba olbrzymich nakładów finansowych. Najpierw wyrąbano kawał skalistej góry po lewej stronie, a następnie przedłużono pas startowy, wyprowadzając go w morze na potężnej estakadzie.

Chwilę później jedziemy Rapidą pomiędzy tymi ogromnymi filarami podtrzymującymi znajdujące się nad nami lotnisko. Cud techniki budowlanej, podobnie jak te wszystkie tunele i estakady na drogach. I jakoś się nic nie zawala ani nie pęka!!!

Zatrzymujemy się na małym ryneczku, gdzie trwają przygotowania do festy.

A potem - luknięcie na lokalną plażę. Oj, żeby tu był piaseczek, to by było całkiem fajnie. Ciekawe tylko, czy wypoczywającym tu turystom nie przeszkadza huk lądujących i startujących samolotów....

Darek K.
Obrazek użytkownika Darek K.
Offline
Ostatnio: 3 dni 21 godzin temu
Rejestracja: 05 wrz 2013

Śliczna ta Madera. Aż się rozmarzyłem...

Strony

Wyszukaj w trip4cheap