nasi kompani podróży bardzo napalili się na wjazd kolejką teleferico nad dachami Funchal ; wiedzą, że jest tu coś takiego, bo przeczytali w przewodniku , ale chodziło im o sam wjazd; za moją namową napuściłam ich na wizytę w ogrodach Monte Palace Tropical Gardens; my już w nich bylismy, ale dawno, bo za pierwszym razem, więc z przyjemnością sobie powtórzyliśmy po latach, z nadzieją, że 600 metrów wyżej będzie chłodniej:) było, ale tylko o jakiś 1C
Pani z obsługi robi tam każdemu wsiadającemu do wagonika zdjęcia (czy chcemy czy nie), z nadzieją, że jak zjedziemy na dół to kupimy; nie kupimy na pewno:) nie lubię bulić jak za zboże, za coś co sama sobie mogę zrobić za darmo:)
to wsiadamy i wio...
tym razem nie napstrykałam już 200 zdjęć z wagonika:) ; mam ich od groma z pierwszego wzjazdu, więc tym razem nasi kompani puścili wodze fotograficznej fantazji:)
a my na spokojnie.... tylko parę pstryczków
najbardziej znana (knajpiana) uliczka na starym mieście - Rua de Santa Maria z perspektywy górnej
i wyżej....
fajnie było się przejechać ponownie i cyknąć sobie darmowe fotki wagonikowe
kilka minutek i jestesmy na górze; bilety już mamy (kupując na dole bilet do wagonika + wstęp do ogrodu zapłacimy mniej, niż kupując sam wjazd/zjazd i decydując się na wejście do ogrodu dopiero na górze; ale zabijcie: nie pamiętam szczegółów; ale generalnie jest drogo (to najsłynniejszy i najpiękniejszy ogród na Maderze więc nieźle koszą za wstępy; zwłaszcza obecnie; strasznie wszystko tam podrożało!)
Ogród Tropikalny Pałacu Monte jest jednym z największych ogrodów na Maderze; zajmuje powierzchnię ok. 70 000 metrów 2 i mieści ogromną kolekcję ponad 100 tys. gatunków egzotycznych roślin, pochodzących z całego świata... sprowadzili tu i zasadzili chyba wszystko co rośnie na wszystkich kontynentach ...
Teren ogrodu podzielono na strefy poświęcone florze Madery, roślinności pochodzącej z Afrykim z obu Ameryk i z Azji głównie z Japonii i Chin; całą otoczkę i egzotyczność zgromadzonych tam kolekcji roślinnych podkreślają elementy sztuki orientalnej i małej architektury ogrodowej
idziemy do centralnej "niecki" z jeziorkani, wodospadem, fontanną itd..
żyją tu flamingi, głównie te różowe
oczywiście flamingi w naturze nie żyją na Maderze (jak np. te ostatnio spotkane w Tunezji czy na Sardynii) ; te tutaj są po prostu ozdobą ogrodu, podobnie jak pawie; ale nie gniazdują tuatj, ani nie zakładają rodzin, nie siedzą na jajkach; he he... takie flamingi single
jest też kilka osobników odmiany karmazynowej z Ameryki
tuż obok fantastyczne panele z płytek azulejos; wszak Madera to Portugalia!
Ogród ten to generalnie urocza plątanina zielonych i kwitnących zakamarków, istny labirynt wijących się wśród bujnej roslinności ścieżek, mostków, uroczych zakątków, pawilonów, fontann, altan i kaskad wodnych...., czegoż tu nie ma?
Monte , dziś znane głównie z tego ogrodu jest jednocześnie willowym przedmieściem Funchal; dawniej była tu odrębna, malownicza miejscowość położona na zboczu stromego wzgórza (ok. 600 m n.p.m.), z którego roztaczają się cudowne widoki na miasto i ocean
Ta górska wioska w minionych wiekach XVIII i XIX przerodziła się w ekskluzywną posiadłość bogatych, arystokratycznych rodzin które osiedlały się na wyspie w tzw. quintas czyli rezydencjach, otoczonych egzotycznymi ogrodami ; sława Monte i łagodny klimat wyspy (he he, nie w X - AD 2023:)) kusiły arystokratów głównie z wysp brytyjskich. Właśnie w tym czasie pewien konsul brytyjski (Charles Murray) kupił ziemię na Monte i przekształcił ją w piękną posiadłość, zwaną wówczas „Quinta do Prazer”, (czyli Rezydencję Przyjemności); później pod koniec XIX w. zaczęło powstawać tu coraz więcej podobnych posiadłości, właśnie w okolicach Monte , które zostały zamienione później w luksusowe hotele na potrzeby wymagających klientów, i jako takie "Quintas" funkcjonują do dziś.
W roku 1897 niejaki Alfredo Guilherme Rodrigues nabył ową "Rezydencję Przyjemności" i zainspirowany pałacami z nad Renu, zbudował tu pałac, który później przekształcono w luksusowy obiekt „Monte Palace Hotel”; po jego śmierci w 1943 r. rodzina zmarłego nie była zainteresowana dalszym prowadzeniem hotelowego biznesu, co doprowadziło do zamknięcia hotelu, który z czasem przejęła instytucja finansową „Caixa Económia do Funchal” (nie znam szczegółów). ; około 40 lat temu ten hotelowy obiekt kupił biznesmen José Manuel Berardo tworząc dzisiejszy ogród tropikalny „Monte Palace Madeira”, który wszysscy przybywający na tą wyspę tak ochoczo podziwiają do dziś i tyle z całej historii Monte
budynek jest nieco podupadły; z pewnością nie przypomina już dawnej sławy z przed ponad wieku
....
nasi przyjaciele wychodzą na zewnatrz i idą schodami wyżej do kościółka na Monte (tam, gdzie jest pochowany ten ostatni Habsburg, pomieszkujący w Reid'sie:)) i zobaczyć z tarasu widokowego zjazdy wiklinowych toboganów kierowanych przez dwóch carreiros, wszak to "specjalność" Madery, więc chcą popatrzeć (ale nie zjechać!) na tą atrakcję;
my odpuściliśmy, bo dla nas to nic nowego; widzieliśmy już i kościół i tobogany:) zostajemy więc jeszcze z godzinkę w tych cuuuudownych ogrodach
nie ma to jak pinacolada na upał! (na dole chyba 8E, tutaj na Monte 10E; obecnie w Funchal 12-15E!)
przysiąść na takiej ławeczce w cieniu z ananasem .... hmmm... czysta przyjmnośc:)
pomału kierujemy się wyjścia....; bo umówiliśmy się na telefon za jakąś godzinkę, która właśnie prawie mija....
w dziale chińskim ogrodu stoja nawet "paradne" figurki Wojowników z Xian; nie podobają mi się
przy wejściu do Ogrodu jest też mała Galeria Muzeum ze sztuką Afrykańską i Azjatycką i wystawami czasowymi; ale już nie mamy czasu... bo nasza ekipa dzwoni:)
taka paniusia się tu wyleguje i nóżką sobie macha:))
i żegnamy się z Monte Palace Tropical Garden; a na dół z powrotem zjeżdżamy wagonikem teleferico
Nel, oj tak, ten Ogród kradnie serce od pierwszego wejrzenia....; w zasadzie to cała Madera to jest jeden "wielki ogród", bo tych jest na tej wyspie niezliczone ilości, ale w wiekszości są powtarzalne, jako typowe założenia ogrodowe z tropikalna roslinnością, natomiast Monte Tropical Gardens - są inne, jedyne w swoim rodzaju...
(pisałam w poscie wyżej, że znajomi nie zjeżdżali saniami:)) zbyt dużo obaw przed zawrotną prędkością:)) więc wygodnie zjechaliśmy sobie na dół wszyscy razem wagonikiem kolejki );
dalej zanurkowaliśmy w stare miasto w poszukiwaniu jakiejśc knajpki na żarełko:) a z tym nie ma tu najmniejszego problemu bo tych knajp są tu setki... jedna obok drugiej; tam gdzie ceny straszą są raczej pustki, zresztą w godzinach lunchowych nie ma tutaj tłumów, bo ogrom ludzi jeździ po całej wyspie i jadają lunche tam gdzie akurat są; natomiast te kanjpki starego miasta zapełniają się po brzegi dopiero wieczorami, jak juz wszyscy z całej wyspy wrócą z wycieczek do swoich hoteli; tutaj króluje jednak model żywieniowy knajpiany; większość turystów jada w knajpkach na mieście chcąc podelektować się bardziej lokalnymi przysmakami ; my mieliśmy kolacje w hotelu (opcja HB), więc na mieście jadaliśmy tylko lunche;
ładny placyk ze starą kapliczką Świętego Ciała pochodzącą z XV wieku
he he... za każdym razem, ile razy bym tędy nie przechodziła, na każdym moim maderskim wyjeździe - zawsze cykam ten urokliwy zakątek
"gastronomiczna" Rua de Santa Maria
ze słynnymi, malowanymi drzwiami, które co kilka lat przemalowują na inne, bo na każdego naszym wyjeździe - zawsze znajdujemy tu kolejne nowe....
ja zamawiam jak najczęściej- espadę; to ta ryba wampir w wielkimi oczami i zębiskami:)
w najprostszej wersji z pieczonym bananem
małż woli mięcho, więc u niego na talerzu wylądowała espetada (szaszłyk wołowy ściągany ze szpikulca) z popularnym tu dodatkiem: Milho Frito (rodzaj polenty z mąki kukurydzianej z dodatkami: czosnkiem, oliwą, jarmużem, czasami z siekaną kapusta a nawet z kaszą) ; i jak zawsze krzywi się, jak robię zdjęcia talerzom z żarełkiem:)) , ale ponieważ nasi współtowarzysze podróży też namiętnie fotografują wszystko co jedzą, to jakoś przeżył i przemilczał
i wracamy do hotelu....
jeszcze fotki z najsłynnieszym mieszkańcem wyspy
(wybitnie nieudane podobieństwo!)
#
kolejny ranek; idziemy do wypozyczalni niedaleko hotelu po obiecane autko; wyboru nie ma żadnego, więc bierzemy co jest; przynajmniej cena jest ludzka; zatem od razu pakuujemy się w ten wehikuł i wio.... oby w jakies góry, byle wyżej i chłodniej... bo juz s samego rana jesteśmy "lepcy"; ta lepkośc i wilgoć mnie tu dobijały, co w połączeniu z temperaturami dawało nieźle czadu!
nasze autko Skoda Scala, spisywało się na maderskich drogach świetnie, niby taka nie za wielka popierdułka, ale dawała radę:)
i od samego rana "parówa" to nie mgła, to żar i wilgotność powietrza!
hej Achernar, miło mi że zaglądasz; ale to dopiero początek.... Radek, he he, no my mamy odwrotnie z tym prądem:)))
***
Postanowilismy wuruszyć na jakis szlak/lewadę wyżej położoną, zeby było chłodniej:))
ze wzgledu na oczywiste ograniczenia z powodu dolegliwości naszego przyjaciela - trzeba było poszukac jakiejś niezbyt forsownej trasy; o wielokilometrowych trekkingach po trasach jakie pokonywalismy tu wcześniej (takie 12-13 kilometrówki) oczywiscie nie mogło byc mowy; szukalismy więc czegoś łatwego, dość wygodnego, bez forsownych podejść, ;
wyszukalismy w aplikacji o lewadach trasę bardzo lajtową około 3-4 kilometrową określaną jako Easy
zatem jedziemy....
warto wyjasnić, że na Maderze jest kilka typów tras: najpopularniejsze są oczywiscie bardzo liczne lewady, czyli urocze, wąskie ścieżki biegnące wzdłuż kanałów z wodą transportowaną z północy na południe wyspy, często z barierkami, tunelami, niekiedy prowadzone po kamieniach, korzeniach i wertepach i z lekkimi przewyższeniami , ; kolejne to veredy i tzw caminho; jakie są między nimi róznice?
vereda to taka nieco "wygodniejsza lewada" a raczej leśny/górski szlak pieszy, główna róznica, to to, że vereda najczęściej jest nieco szersza i czasami biegnie w miejscach bez lewady; natomiast caminho - to najwygodniejsze szlaki na wyspie a w zasadzie takie aleje widokowe; są bardzo bezpieczne najwygodniejsze i bardzo często utwardzane/brukowane, ale z pewnością nie dostarczają juz tylu wrażeń co lewady czy veredy;
w lesie jest bardzo przyjemnie... i na tej wysokości znacznie chłodniej; nareszcie można tu pożyć!
zapomniałam jak się ta lewada nazywała ? - ale przeszukałam moje zasoby i znalazłam:))
to lewada dos Balcoes; która jest w zasadzie szeroką wygodną veredą, łącząca się w pewnym momencie z jeszcze krótszą lewadą o tej samej nazwie
cała nasza ekipa AAAP (Andrew, Ala, Ania, Piotrek) z radością , że w końcu odnajdujemy tutaj rześki poranek nie powodujący ósmych potów
mój Małż żartuje: że chyba kupi tu namiot i gdzies tu się rozbijemy na noc:)))
ale naprawdę w takich normalnych temperaturach (cieplutko, bez męczarni) możemy tu wreszcie odpocząć od "żaru tropików"
jest pięknie... z przyjemnością sobie wędrujemy....
zięby maderskie, przyjazne, oswojone, widać że na codzień mają stycznośc z ludźmi
Ania daje jej na rozgniecionym liściu kilka okruszków; nie odmawia:))
mamy też ziarenka słonecznika, ale pogardziła ,wolała okruszki:)) ; tak wiem.... turysci dokarmiają ptaszki, a te potem nie chcą polować i same zdobywać pokarmu , no ale nie nakarmiliśmy ich bochenkiem chleba:) ; zresztą co to da? - jak codzinnie mają tu nowy lud- więc będzie food:)
nagle szlak z leśnego zamienia się w wąwozowy... sporo tu skał....
i dochodzimy do owego Balcoes; to juz kres naszej veredy
trochę innych ludków tam jest...
z "balkonu" urocze widoki.. z jednej strony na dolinę....
a z drugiej na góry, czyli masyw centralny Madery....
to szczyty Pico Ruivo (1861 m n.p.m.) i niższy Pico Arieiro (1818) - najwyższych szczytów na Maderze
i wracamy sobie tą samą trasą.... do autka
na koniec nagroda: przerwa na kawkę dla wszytskich i na pyszną ponchę, dla trójki , która nie kieruje autem:))
kolejny poranek, to już wcale nie taki poranek; bo na śniadania chodziliśmy dość późne; po połowie nieprzespanej nocy w tej dusznej męczarni , dopiero nad ranem udawało nam się przysnąć mocniej;
po dwóch dniach "zieleniny" w Monte Palce gardens i na lewadzie - zmieniamy klimaty na miejskie i miejsko-wiejsko widokowe; my powtarzamy tu w zasadzie wszystko, ale dla przyjaciół wszystko jest nowością , więc... nie mamy na nic żadnego parcia;a niemoc bytu w tym upale jest tak potworna, że jest mi wszystko jedno co/gdzie/i kiedy ? - oby już jak najszybciej wsiąść do zbawiennej klimy i li tylko cieszyć sie chłodzikiem
widoczność i klarowność powietrza od rana potworna i dziś! dookoła para bucha i straszna duchota ; nie ma co ... witajcie w piekle!
ja siadam dziś obok kierowcy i robię za "wspomaganie nawigacji" , zatem azymut: Camara de Lobos
my byliśmy tutaj juz dwukrotnie wcześniej na poprzednich wyjazdach : raniutko i drugi raz o zachodzie słońca; przy przewspaniałej pogodzie, gdzie widocznośc była wtedy jak żyleta! ma stąd przedudne, kolorowe zdjęcia, więc jak tym razem zobaczyłam to "mleko" to normalnie załamka
a mawia się, że : do trzech razy sztuka ; w naszym przypadku ta trzecia wizyta - była totalnym niewypałem; znajomi też nie byli zachwyceni.... naopowiadałam im wcześniej jak tam ślicznie.... popatrzyli , pocykali fotki bez słowa komantarza.... no bo przy takiej widoczności czym się tu zachwycać?
Camarę do Lobos- opisywałam już dokładnie wcześniej w 1 i 2 Relacji z tej wyspy, więc tym razem nie będę sie powtarzac i pominę
ale grunt to mieć pogodowego pecha w dobrym towarzystwie:)) ,
najważniejsze, że humory nam dopisują, jest wesoło! a widoki....? he he, a pies z widokami!
jakieś "śmieciowe" instalacje wiszą nad ulicami; to takie teraz modne wszędzie ku ochronie środowiska; więc jak nie bębny od pralki (u Achernara) to plastikowe skrzynki i girlandy z korków od butelek
na ponchę jest trochę za wcześnie, bo jednak ten specjał zbyt mocno wchodzi w głowę;
ja więc tylko kawusia Galão (maderska latte) , małż piffko, Anka jedno i drugie, a biedny kierowca tylko lemoniada z cytryną:)
mamy taki widok , więc chcą jechać tam na ten szklany taras na Cabo Girao;nie wiem czy to dobry pomysł przy takiej widoczności! ale skoro chcą....
to blisko z Camara de Lobos, przynajmniej patrząc na wprost na klif, ale jednak dojechać tam tymi stromymi zakrętasami w nie swoim, nieznanym samochodzie...; njo...nazajutrz Piotrek nie chciał już absolutnie wsiadać za kółko:)); jednak jazda po Maderze dla ludów z Niziny jest przeżyciem dość...niecodziennym:))
Fajnie, że to dopiero początek. Oczywiście, oglądam dalej, tym bardziej, że znalazłem już wiele miejsc, które miałem okazję odwiedzić. A jeśli spodobała się Wam (w co nie wątpię) Madera, to zachęcam do wyjazdu na Azory - równie piękne, ale nie tak skomercjalizowane. Pozdrawiam.
Fajnie, że to dopiero początek. Oczywiście, oglądam dalej, tym bardziej, że znalazłem już wiele miejsc, które miałem okazję odwiedzić. A jeśli spodobała się Wam (w co nie wątpię) Madera, to zachęcam do wyjazdu na Azory - równie piękne, ale nie tak skomercjalizowane. Pozdrawiam.
Taaa... "zasadzam" się na te Azory od wielu już lat (moje spore marzenie); może kiedyś w końcu się uda!
z Azorami jest ten problem, że są zdecydowanie bardziej chimeryczne pogodowo niz Madera ; kiedy ceny organizacji całego wyjazdu są tam w miarę akceptowalne (od listopada do kwietnia), to pogoda jest wówczas wiecej niz nie pewna; a w miesiącach maj-październik, zwłaszcza od VI-do VIII) centy szybują wowczas wysoko w górę, zbyt wysoko ; ale kiedyś może coś wyczaję...
nasi kompani podróży bardzo napalili się na wjazd kolejką teleferico nad dachami Funchal ; wiedzą, że jest tu coś takiego, bo przeczytali w przewodniku
, ale chodziło im o sam wjazd; za moją namową napuściłam ich na wizytę w ogrodach Monte Palace Tropical Gardens; my już w nich bylismy, ale dawno, bo za pierwszym razem, więc z przyjemnością sobie powtórzyliśmy po latach, z nadzieją, że 600 metrów wyżej będzie chłodniej:) było, ale tylko o jakiś 1C
Pani z obsługi robi tam każdemu wsiadającemu do wagonika zdjęcia (czy chcemy czy nie), z nadzieją, że jak zjedziemy na dół to kupimy; nie kupimy na pewno:) nie lubię bulić jak za zboże, za coś co sama sobie mogę zrobić za darmo:)
to wsiadamy i wio...
tym razem nie napstrykałam już 200 zdjęć z wagonika:) ; mam ich od groma z pierwszego wzjazdu, więc tym razem nasi kompani puścili wodze fotograficznej fantazji:)
a my na spokojnie.... tylko parę pstryczków
najbardziej znana (knajpiana) uliczka na starym mieście - Rua de Santa Maria z perspektywy górnej
i wyżej....
fajnie było się przejechać ponownie i cyknąć sobie darmowe fotki wagonikowe
kilka minutek i jestesmy na górze; bilety już mamy (kupując na dole bilet do wagonika + wstęp do ogrodu zapłacimy mniej, niż kupując sam wjazd/zjazd i decydując się na wejście do ogrodu dopiero na górze; ale zabijcie: nie pamiętam szczegółów; ale generalnie jest drogo (to najsłynniejszy i najpiękniejszy ogród na Maderze więc nieźle koszą za wstępy; zwłaszcza obecnie; strasznie wszystko tam podrożało!)
Ogród Tropikalny Pałacu Monte jest jednym z największych ogrodów na Maderze; zajmuje powierzchnię ok. 70 000 metrów 2 i mieści ogromną kolekcję ponad 100 tys. gatunków egzotycznych roślin, pochodzących z całego świata... sprowadzili tu i zasadzili chyba wszystko co rośnie na wszystkich kontynentach ...
Teren ogrodu podzielono na strefy poświęcone florze Madery, roślinności pochodzącej z Afrykim z obu Ameryk i z Azji głównie z Japonii i Chin; całą otoczkę i egzotyczność zgromadzonych tam kolekcji roślinnych podkreślają elementy sztuki orientalnej i małej architektury ogrodowej
idziemy do centralnej "niecki" z jeziorkani, wodospadem, fontanną itd..
żyją tu flamingi, głównie te różowe
oczywiście flamingi w naturze nie żyją na Maderze (jak np. te ostatnio spotkane w Tunezji czy na Sardynii) ; te tutaj są po prostu ozdobą ogrodu, podobnie jak pawie; ale nie gniazdują tuatj, ani nie zakładają rodzin, nie siedzą na jajkach; he he... takie flamingi single
jest też kilka osobników odmiany karmazynowej z Ameryki
tuż obok fantastyczne panele z płytek azulejos; wszak Madera to Portugalia!
Ogród ten to generalnie urocza plątanina zielonych i kwitnących zakamarków, istny labirynt wijących się wśród bujnej roslinności ścieżek, mostków, uroczych zakątków, pawilonów, fontann, altan i kaskad wodnych...., czegoż tu nie ma?
Monte , dziś znane głównie z tego ogrodu jest jednocześnie willowym przedmieściem Funchal; dawniej była tu odrębna, malownicza miejscowość położona na zboczu stromego wzgórza (ok. 600 m n.p.m.), z którego roztaczają się cudowne widoki na miasto i ocean
Ta górska wioska w minionych wiekach XVIII i XIX przerodziła się w ekskluzywną posiadłość bogatych, arystokratycznych rodzin które osiedlały się na wyspie w tzw. quintas czyli rezydencjach, otoczonych egzotycznymi ogrodami ; sława Monte i łagodny klimat wyspy (he he, nie w X - AD 2023:)) kusiły arystokratów głównie z wysp brytyjskich. Właśnie w tym czasie pewien konsul brytyjski (Charles Murray) kupił ziemię na Monte i przekształcił ją w piękną posiadłość, zwaną wówczas „Quinta do Prazer”, (czyli Rezydencję Przyjemności); później pod koniec XIX w. zaczęło powstawać tu coraz więcej podobnych posiadłości, właśnie w okolicach Monte , które zostały zamienione później w luksusowe hotele na potrzeby wymagających klientów, i jako takie "Quintas" funkcjonują do dziś.
W roku 1897 niejaki Alfredo Guilherme Rodrigues nabył ową "Rezydencję Przyjemności" i zainspirowany pałacami z nad Renu, zbudował tu pałac, który później przekształcono w luksusowy obiekt „Monte Palace Hotel”; po jego śmierci w 1943 r. rodzina zmarłego nie była zainteresowana dalszym prowadzeniem hotelowego biznesu, co doprowadziło do zamknięcia hotelu, który z czasem przejęła instytucja finansową „Caixa Económia do Funchal” (nie znam szczegółów). ; około 40 lat temu ten hotelowy obiekt kupił biznesmen José Manuel Berardo tworząc dzisiejszy ogród tropikalny „Monte Palace Madeira”, który wszysscy przybywający na tą wyspę tak ochoczo podziwiają do dziś
i tyle z całej historii Monte
budynek jest nieco podupadły; z pewnością nie przypomina już dawnej sławy z przed ponad wieku
....
nasi przyjaciele wychodzą na zewnatrz i idą schodami wyżej do kościółka na Monte (tam, gdzie jest pochowany ten ostatni Habsburg, pomieszkujący w Reid'sie:)) i zobaczyć z tarasu widokowego zjazdy wiklinowych toboganów kierowanych przez dwóch carreiros, wszak to "specjalność" Madery, więc chcą popatrzeć (ale nie zjechać!) na tą atrakcję;
my odpuściliśmy, bo dla nas to nic nowego; widzieliśmy już i kościół i tobogany:) zostajemy więc jeszcze z godzinkę w tych cuuuudownych ogrodach
nie ma to jak pinacolada na upał!
(na dole chyba 8E, tutaj na Monte 10E; obecnie w Funchal 12-15E!)
przysiąść na takiej ławeczce w cieniu z ananasem .... hmmm... czysta przyjmnośc:)
pomału kierujemy się wyjścia....; bo umówiliśmy się na telefon za jakąś godzinkę, która właśnie prawie mija....
w dziale chińskim ogrodu stoja nawet "paradne" figurki Wojowników z Xian; nie podobają mi się
przy wejściu do Ogrodu jest też mała Galeria Muzeum ze sztuką Afrykańską i Azjatycką i wystawami czasowymi; ale już nie mamy czasu... bo nasza ekipa dzwoni:)
taka paniusia się tu wyleguje i nóżką sobie macha:))
i żegnamy się z Monte Palace Tropical Garden; a na dół z powrotem zjeżdżamy wagonikem teleferico
Piea
Cudowny ten ogród. Można by łazić godzinami. Ta chińszczyzna jako mi tam zupełnienie pasuje..
Znajomi nie skorzystali z sanek ?
No trip no life
Nel, oj tak, ten Ogród kradnie serce od pierwszego wejrzenia....; w zasadzie to cała Madera to jest jeden "wielki ogród", bo tych jest na tej wyspie niezliczone ilości, ale w wiekszości są powtarzalne, jako typowe założenia ogrodowe z tropikalna roslinnością, natomiast Monte Tropical Gardens - są inne, jedyne w swoim rodzaju...
(pisałam w poscie wyżej, że znajomi nie zjeżdżali saniami:)) zbyt dużo obaw przed zawrotną prędkością:)) więc wygodnie zjechaliśmy sobie na dół wszyscy razem wagonikiem kolejki );
dalej zanurkowaliśmy w stare miasto w poszukiwaniu jakiejśc knajpki na żarełko:) a z tym nie ma tu najmniejszego problemu bo tych knajp są tu setki... jedna obok drugiej; tam gdzie ceny straszą są raczej pustki, zresztą w godzinach lunchowych nie ma tutaj tłumów, bo ogrom ludzi jeździ po całej wyspie i jadają lunche tam gdzie akurat są; natomiast te kanjpki starego miasta zapełniają się po brzegi dopiero wieczorami, jak juz wszyscy z całej wyspy wrócą z wycieczek do swoich hoteli; tutaj króluje jednak model żywieniowy knajpiany; większość turystów jada w knajpkach na mieście chcąc podelektować się bardziej lokalnymi przysmakami ; my mieliśmy kolacje w hotelu (opcja HB), więc na mieście jadaliśmy tylko lunche;
ładny placyk ze starą kapliczką Świętego Ciała pochodzącą z XV wieku
he he... za każdym razem, ile razy bym tędy nie przechodziła, na każdym moim maderskim wyjeździe - zawsze cykam ten urokliwy zakątek
"gastronomiczna" Rua de Santa Maria
ze słynnymi, malowanymi drzwiami, które co kilka lat przemalowują na inne, bo na każdego naszym wyjeździe - zawsze znajdujemy tu kolejne nowe....
ja zamawiam jak najczęściej- espadę; to ta ryba wampir w wielkimi oczami i zębiskami:)
w najprostszej wersji z pieczonym bananem
małż woli mięcho, więc u niego na talerzu wylądowała espetada (szaszłyk wołowy ściągany ze szpikulca) z popularnym tu dodatkiem: Milho Frito (rodzaj polenty z mąki kukurydzianej z dodatkami: czosnkiem, oliwą, jarmużem, czasami z siekaną kapusta a nawet z kaszą) ; i jak zawsze krzywi się, jak robię zdjęcia talerzom z żarełkiem:)) , ale ponieważ nasi współtowarzysze podróży też namiętnie fotografują wszystko co jedzą, to jakoś przeżył i przemilczał
i wracamy do hotelu....
jeszcze fotki z najsłynnieszym mieszkańcem wyspy
(wybitnie nieudane podobieństwo!)
#
kolejny ranek; idziemy do wypozyczalni niedaleko hotelu po obiecane autko; wyboru nie ma żadnego, więc bierzemy co jest; przynajmniej cena jest ludzka; zatem od razu pakuujemy się w ten wehikuł i wio.... oby w jakies góry, byle wyżej i chłodniej... bo juz s samego rana jesteśmy "lepcy"; ta lepkośc i wilgoć mnie tu dobijały, co w połączeniu z temperaturami dawało nieźle czadu!
nasze autko Skoda Scala, spisywało się na maderskich drogach świetnie, niby taka nie za wielka popierdułka, ale dawała radę:)
i od samego rana "parówa" to nie mgła, to żar i wilgotność powietrza!
dobrze, że stąd uciekamy w "chłodniejsze rewiry"
Piea
Kilka lat temu spędzaliśmy urlop na Maderze. Miło było odświeżyć wspomnienia. Dzięki za relację.
heee, ta ..."jazda pod prąd" by mnie zabiła ; )))))))
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
hej Achernar, miło mi że zaglądasz; ale to dopiero początek....
Radek, he he, no my mamy odwrotnie z tym prądem:)))
***
Postanowilismy wuruszyć na jakis szlak/lewadę wyżej położoną, zeby było chłodniej:))
ze wzgledu na oczywiste ograniczenia z powodu dolegliwości naszego przyjaciela - trzeba było poszukac jakiejś niezbyt forsownej trasy; o wielokilometrowych trekkingach po trasach jakie pokonywalismy tu wcześniej (takie 12-13 kilometrówki) oczywiscie nie mogło byc mowy; szukalismy więc czegoś łatwego, dość wygodnego, bez forsownych podejść, ;
wyszukalismy w aplikacji o lewadach trasę bardzo lajtową około 3-4 kilometrową określaną jako Easy
zatem jedziemy....
warto wyjasnić, że na Maderze jest kilka typów tras: najpopularniejsze są oczywiscie bardzo liczne lewady, czyli urocze, wąskie ścieżki biegnące wzdłuż kanałów z wodą transportowaną z północy na południe wyspy, często z barierkami, tunelami, niekiedy prowadzone po kamieniach, korzeniach i wertepach i z lekkimi przewyższeniami , ; kolejne to veredy i tzw caminho; jakie są między nimi róznice?
vereda to taka nieco "wygodniejsza lewada" a raczej leśny/górski szlak pieszy, główna róznica, to to, że vereda najczęściej jest nieco szersza i czasami biegnie w miejscach bez lewady; natomiast caminho - to najwygodniejsze szlaki na wyspie a w zasadzie takie aleje widokowe; są bardzo bezpieczne najwygodniejsze i bardzo często utwardzane/brukowane, ale z pewnością nie dostarczają juz tylu wrażeń co lewady czy veredy;
w lesie jest bardzo przyjemnie... i na tej wysokości znacznie chłodniej; nareszcie można tu pożyć!
zapomniałam jak się ta lewada nazywała ? - ale przeszukałam moje zasoby i znalazłam:))
to lewada dos Balcoes; która jest w zasadzie szeroką wygodną veredą, łącząca się w pewnym momencie z jeszcze krótszą lewadą o tej samej nazwie
cała nasza ekipa AAAP (Andrew, Ala, Ania, Piotrek) z radością , że w końcu odnajdujemy tutaj rześki poranek nie powodujący ósmych potów
mój Małż żartuje: że chyba kupi tu namiot i gdzies tu się rozbijemy na noc:)))
ale naprawdę w takich normalnych temperaturach (cieplutko, bez męczarni) możemy tu wreszcie odpocząć od "żaru tropików"
jest pięknie... z przyjemnością sobie wędrujemy....
zięby maderskie, przyjazne, oswojone, widać że na codzień mają stycznośc z ludźmi
Ania daje jej na rozgniecionym liściu kilka okruszków; nie odmawia:))
mamy też ziarenka słonecznika, ale pogardziła ,wolała okruszki:)) ; tak wiem.... turysci dokarmiają ptaszki, a te potem nie chcą polować i same zdobywać pokarmu , no ale nie nakarmiliśmy ich bochenkiem chleba:) ; zresztą co to da? - jak codzinnie mają tu nowy lud- więc będzie food:)
nagle szlak z leśnego zamienia się w wąwozowy... sporo tu skał....
i dochodzimy do owego Balcoes; to juz kres naszej veredy
trochę innych ludków tam jest...
z "balkonu" urocze widoki.. z jednej strony na dolinę....
a z drugiej na góry, czyli masyw centralny Madery....
to szczyty Pico Ruivo (1861 m n.p.m.) i niższy Pico Arieiro (1818) - najwyższych szczytów na Maderze
i wracamy sobie tą samą trasą.... do autka
na koniec nagroda: przerwa na kawkę dla wszytskich i na pyszną ponchę, dla trójki , która nie kieruje autem:))
i jadymy dalej....
ach te maderskie zakrętasy....
Piea
Jak to "jazda pod prąd" - u Was pasażer kieruje

A tak na poważnie, prawko robiłeś w Polsce?
kolejny poranek, to już wcale nie taki poranek; bo na śniadania chodziliśmy dość późne; po połowie nieprzespanej nocy w tej dusznej męczarni , dopiero nad ranem udawało nam się przysnąć mocniej;
po dwóch dniach "zieleniny" w Monte Palce gardens i na lewadzie - zmieniamy klimaty na miejskie i miejsko-wiejsko widokowe; my powtarzamy tu w zasadzie wszystko, ale dla przyjaciół wszystko jest nowością , więc... nie mamy na nic żadnego parcia;a niemoc bytu w tym upale jest tak potworna, że jest mi wszystko jedno co/gdzie/i kiedy ? - oby już jak najszybciej wsiąść do zbawiennej klimy
i li tylko cieszyć sie chłodzikiem
widoczność i klarowność powietrza od rana potworna i dziś! dookoła para bucha i straszna duchota ; nie ma co ... witajcie w piekle!
ja siadam dziś obok kierowcy i robię za "wspomaganie nawigacji"
, zatem azymut: Camara de Lobos
my byliśmy tutaj juz dwukrotnie wcześniej na poprzednich wyjazdach : raniutko i drugi raz o zachodzie słońca; przy przewspaniałej pogodzie, gdzie widocznośc była wtedy jak żyleta! ma stąd przedudne, kolorowe zdjęcia, więc jak tym razem zobaczyłam to "mleko" to normalnie załamka
a mawia się, że : do trzech razy sztuka
; w naszym przypadku ta trzecia wizyta - była totalnym niewypałem; znajomi też nie byli zachwyceni.... naopowiadałam im wcześniej jak tam ślicznie.... popatrzyli , pocykali fotki bez słowa komantarza.... no bo przy takiej widoczności czym się tu zachwycać?
Camarę do Lobos- opisywałam już dokładnie wcześniej w 1 i 2 Relacji z tej wyspy, więc tym razem nie będę sie powtarzac i pominę
ale grunt to mieć pogodowego pecha w dobrym towarzystwie:)) ,
najważniejsze, że humory nam dopisują, jest wesoło! a widoki....? he he, a pies z widokami!
jakieś "śmieciowe" instalacje wiszą nad ulicami; to takie teraz modne wszędzie ku ochronie środowiska; więc jak nie bębny od pralki (u Achernara) to plastikowe skrzynki i girlandy z korków od butelek
na ponchę jest trochę za wcześnie, bo jednak ten specjał zbyt mocno wchodzi w głowę;
ja więc tylko kawusia Galão (maderska latte) , małż piffko, Anka jedno i drugie, a biedny kierowca tylko lemoniada z cytryną:)
mamy taki widok , więc chcą jechać tam na ten szklany taras na Cabo Girao;nie wiem czy to dobry pomysł przy takiej widoczności! ale skoro chcą....
to blisko z Camara de Lobos, przynajmniej patrząc na wprost na klif, ale jednak dojechać tam tymi stromymi zakrętasami w nie swoim, nieznanym samochodzie...; njo...nazajutrz Piotrek nie chciał już absolutnie wsiadać za kółko:)); jednak jazda po Maderze dla ludów z Niziny jest przeżyciem dość...niecodziennym:))
no to opuszczamy tą "niewidoczną" rybacką wioskę
Piea
Fajnie, że to dopiero początek. Oczywiście, oglądam dalej, tym bardziej, że znalazłem już wiele miejsc, które miałem okazję odwiedzić. A jeśli spodobała się Wam (w co nie wątpię) Madera, to zachęcam do wyjazdu na Azory - równie piękne, ale nie tak skomercjalizowane. Pozdrawiam.
Taaa... "zasadzam" się na te Azory od wielu już lat (moje spore marzenie); może kiedyś w końcu się uda!
z Azorami jest ten problem, że są zdecydowanie bardziej chimeryczne pogodowo niz Madera ; kiedy ceny organizacji całego wyjazdu są tam w miarę akceptowalne (od listopada do kwietnia), to pogoda jest wówczas wiecej niz nie pewna; a w miesiącach maj-październik, zwłaszcza od VI-do VIII) centy szybują wowczas wysoko w górę, zbyt wysoko
; ale kiedyś może coś wyczaję...
Piea