KATOWICE od  119 PLN, WENECJA 399, GENEWA 549

szczegóły na www.lot.com.pl

 


RPA – W cieniu Góry Stołowej z Rainbow

17 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013
RPA – W cieniu Góry Stołowej z Rainbow

Na prośbę niektórych forumowiczów wkleję na forum pisemną relację z wycieczki do RPA, którą kilka miesięcy wcześniej opublikowałem już na stronie biura podróży.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Wycieczka „RPA – W cieniu Góry Stołowej” miała miejsce w terminie 25.02–07.03.2017

Dzień 1 25.02.2017 (sobota)

  Mój wylot z Warszawy miał nastąpić wg planu o 13:25, zbiórkę na lotnisku wyznaczono 2 godziny wcześniej. Na stanowisku Rainbow odebrałem bilet elektroniczny i numer telefonu do pilotki, która nie leciała z nami z Warszawy, tylko oczekiwała nas w RPA. Przeszedłem stosowne procedury związane z odprawą i oczekiwałem na wylot. Ostatecznie samolot oderwał się od ziemi kilkanaście minut po rozkładowym czasie. Lot był rejsowy, lecieliśmy samolotem Boeing 777-300  (z układem siedzeń 3+4+3 w klasie ekonomicznej) należącym do linii Emirates. Podczas lotu zaserwowano jeden większy posiłek, ponadto w trakcie lotu podawano napoje i przekąski. Każdy pasażer miał do swojej dyspozycji indywidualne „centrum rozrywki” z dużym wyborem filmów, muzyki, informacjami nt. lotu itd. Na wyposażeniu był także koc i poduszka. W trakcie lotu m.in. obejrzałem 2 filmy. O 18:55 czasu polskiego (czyli 21:55 czasu miejscowego) wylądowaliśmy na lotnisku w Dubaju. Ponieważ kolejny lot mieliśmy zaplanowany na 23:25 czasu miejscowego, musieliśmy w szybkim tempie pokonać bramki kontrolne, a następnie przemaszerować przez dużą część lotniska, aby dojść do właściwej bramki. Ostatecznie nasz kolejny samolot oderwał się od ziemi ok. 20 minut po rozkładowym czasie. Ponownie lecieliśmy samolotem Boeing 777-300  należącym do linii Emirates.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 2 26.02.2017 (niedziela)

 Kontynuowaliśmy nasz lot. W jego trakcie podano 2 większe posiłki. Cały czas można było też indywidualnie korzystać z napojów. Tym razem podczas lotu obejrzałem jeden film, poza tym trochę się zdrzemnąłem. O 7:25 czasu dubajskiego (czyli 5:25 czasu miejscowego) wylądowaliśmy na lotnisku w Johannesburgu. Tam po przejściu procedur kontrolnych i odebraniu bagażu przeszliśmy do części ogólnodostępnej, gdzie spotkaliśmy naszą pilotkę – Magdalenę Szczepańską. Dla oszczędności czasu i pieniędzy (prowizje) zebrała ona od uczestników dolary (ilość wedle uznania), które wymieniła na miejscową walutę (randy) przeznaczoną na indywidualne potrzeby uczestników wycieczki. Po 7-mej czasu miejscowego wyruszyliśmy z lotniska autokarem (z kierowcą o imieniu Venus) na zwiedzanie  Johannesburga. W dużym stopniu było to zwiedzanie panoramiczne z okien autokaru, gdyż miasto to uchodzi za bardzo niebezpieczne, szczególnie dla białych ludzi. Tym niemniej w kilku miejscach się zatrzymaliśmy i na trochę wysiadaliśmy z autokaru. Pierwszy krótki postój mieliśmy przy Placu Gandhiego, na którym stoi naturalnych rozmiarów pomnik (odsłonięty w 2003 r.) tego indyjskiego męża stanu. Gandhi przybył do Johannesburga w 1903 r. i pracował tam jako prawnik i działacz na rzecz praw obywatelskich. Odwiedzał m.in. budynek sądu, który niegdyś stal przy placu, który dziś nosi jego imię. Dziś plac stanowi centrum biznesowe tego rejonu, wokół niego stoi kilka wysokościowców, jest tam też wiele modnych sklepów, restauracji i kawiarni. Kolejny krótki postój mieliśmy przy „diamentowym budynku” – pokrytym szkłem wysokościowcu, w którym mieści się główna siedziba firmy handlującej diamentami. Wieżowiec został zbudowany w 1984 r., ma 80 metrów wysokości, zaprojektowano go tak, aby przypominał diament. Naprzeciwko niego widzieliśmy też przykład starszej architektury w postaci domu z ładnymi balkonami. Następnie podjechaliśmy do budynku Carlton Center. Jest to najwyższy budynek w Afryce (jego budowę ukończono w 1973 r.), ma 223 m wysokości i dominuje w panoramie śródmieścia. Znajduje się w nim m.in. galeria handlowa. Wjechaliśmy na 50-te piętro, na którym znajduje się punkt widokowy. Stamtąd podziwialiśmy imponujące widoki na miasto. Następnie podjechaliśmy jeszcze na jeden z miejscowych targów (gdzie też na krótko wysiedliśmy z autokaru), a potem ruszyliśmy już w drogę do Pretorii (obecnie zwanej Tshwane) czyli jednej z trzech stolic RPA (jest to stolica administracyjna). Tam najpierw podjechaliśmy do usytuowanego na wzgórzu na granicy miasta pomnika-muzeum Voortrekkerów (holenderskich osadników, którzy w latach 30-tych i 40-stych XIX w. opuścili tereny Kraju Przylądkowego uciekając przed brytyjską dominacją, ich wędrówka nazywana jest Wielkim Trekiem), które następnie zwiedziliśmy. Budowę pomnika rozpoczęto w 1938 r. w stulecie bitwy nad Krwawą Rzeką, a ukończono w 1949 r. Ma on postać gigantycznego sześcianu. Długości jego boków to 40 m. Do jego budowy zużyto miejscowy granit. Centralnym punktem monumentu są umieszczone na fryzie budynku tzw. Płaskorzeźby Przeszłości oraz marmurowy sarkofag – cenotaf. Główne wejście do budynku prowadzi do Sali Bohaterów. Ogromną przestrzeń wnętrza zamykają ściany, na każdej z nich znajdują się gigantyczne okna zakończone ostrołukowo, pokryte żółtym belgijskim szkłem. Poniżej okien znajdują się marmurowe płaskorzeźby będące największym tego typu dziełem na świecie. Składają się z 27 sekcji obrazujących historię Wielkiego Treku. Środek Sali Bohaterów wyznacza kolista balustrada, z której widać znajdujący się piętro niżej cenotaf. Ten symboliczny grobowiec zbudowano ku czci poległych. W południe 16 grudnia, w dniu bitwy nad Krwawą Rzeką, oświetla go promień słońca. Wokół cenotafu znajdują się flagi wszystkich republik burskich, arrasy przedstawiające sceny z Wielkiego Treku oraz inne ważne pamiątki. Przy ścianie północnej płonie wieczny ogień pamięci. U wejścia do monumentu stoi wykonana z brązu rzeźba przedstawiającą Voortrekkerkę (uosabia ona zachodnią, chrześcijańską cywilizację na Czarnym Lądzie jako ostatecznego zwycięzcę) i jej dwoje dzieci. Po obu stronach rzeźby znajdują się płaskorzeźby czterech antylop gnu, które symbolizują niebezpieczeństwa Afryki. Na każdym zewnętrznym rogu monumentu znajduje się posąg przedstawiający odpowiednio: Pieta Retiefa, Andriesa Pretoriusa, Hendrika Potgietera oraz Nieznanego Lidera - reprezentanta wszystkich pozostałych przywódców Voortrekkerów. Każdy posąg waży około sześć ton. Pomnik otacza, wykonany z dekoracyjnego granitu lagger - rząd 64 wozów zaprzężonych w woły, symbolizujący 64 wozów z bitwy nad Blood River. Po zwiedzeniu pomnika-muzeum podjechaliśmy następnie do domu Paula Krugera (prezydenta Republiki Transwalu na przełomie XIX i XX w.), obecnie przekształconego w muzeum, które także zwiedziliśmy. Kruger mieszkał w tym domu w latach 1883-1901. Budynek zaprojektowano w stylu wiktoriańskim. Ciekawostką jest, że przy jego budowie do mieszania cementu używano mleka zamiast wody. Był to pierwszy budynek w mieście, w którym zainstalowano elektryczność i jeden z pierwszych, w których zainstalowano telefon (w 1891 r.). Zwiedzając dom mogliśmy oglądać wyposażenie wnętrz (w tym m.in. meble i porcelanę) i różne pamiątki z czasów Krugera. Naprzeciwko muzeum widzieliśmy (tylko z zewnątrz) też zbudowany przez Krugera w latach 1896-97 kościół reformowany. Stamtąd przeszliśmy pieszo do pobliskiego kościoła typu „happy clappy” (jak to się tam określa) czyli takiego, w którym ludzie modlą się przy głośnej muzyce, tańcząc, śpiewając i klaszcząc. Na chwilę do tego kościoła zajrzeliśmy, żeby zobaczyć jak coś takiego wygląda. Po powrocie do autokaru przejechaliśmy do centrum miasta. Zatrzymaliśmy się pod Muzeum Historii Naturalnej. Tam na chwilę wysiedliśmy, żeby spojrzeć na efektowny budynek muzeum i znajdujący się po drugiej stronie placu ratusz. W architekturze monumentalnego budynku ratusza połączono styl neoklasycystyczny z neoromańskim. Na samym placu widzieliśmy też 2 pomniki: Marthinusa Pretoriusa (założyciela Pretorii) oraz jego ojca - Andriesa. Następnie podjechaliśmy do Church Square placu, otoczonego wieloma pięknymi budynkami. Najważniejszym z nich jest zbudowany w 1890 r. Raadsaal, który niegdyś był siedzibą parlamentu Republiki Burskiej. Naprzeciwko niego, po drugiej stronie placu, stoi ukończony w 1899 r. Pałac Sprawiedliwości. Przy jednej z pierzei placu stoi też ładny budynek banku. W centrum placu usytuowano pomnik Paula Krugera, który został odlany we Włoszech w 1899 r. Obecnie jest on otoczony ogrodzeniem wobec powtarzających się prób jego zniszczenia. Na koniec podjechaliśmy jeszcze na wzgórze, z imponującymi budynkami rządowymi (Union Buildings), wybudowanymi z białego wapienia w 1910 r. dla biur administracji Związku Południowej Afryki. Kompleks ma aż 285 m długości. Postawione półkoliście w dwóch skrzydłach gmachy wzniesiono w stylu renesansowym z widocznymi wpływami kolonialnej architektury holenderskiej i architektury włoskiej. Zegar na rozdzielającej dwa skrzydła wieży jest taki sam jak Big Ben w Londynie. U stóp budynków znajdują się piękne, tarasowe ogrody. Pośród nich widzieliśmy też imponujący rozmiarami (9 metrów wysokości) pomnik Nelsona Mandeli, przedstawionego z rozłożonymi rękami. Pomnik wykonano z brązu, odsłonięto go 16 grudnia 2013 r. Na tym skończyliśmy zwiedzanie i udaliśmy się w drogę do hotelu „Misty Hills” położonego w okolicach Johannesburga. Dotarliśmy do niego przed 14-stą. Po zakwaterowaniu mieliśmy czas na odpoczynek. W jego ramach skorzystałem m.in. z możliwości kąpieli w hotelowym basenie, trochę też pospacerowałem po rozległym terenie hotelu. O 18-stej mieliśmy zbiórkę na recepcji przed wyjściem na kolację. Wcześniej wpłaciłem jeszcze pilotce obowiązkową kwotę 500 USD na bilety wstępu, napiwki itp. Kolację spożyliśmy w pobliskiej restauracji „Carnivore”, a potem udaliśmy się już na zasłużony odpoczynek.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 3 27.02.2017 (poniedziałek)

  Po śniadaniu w hotelu po 9-tej wyruszyliśmy autokarem na zwiedzanie. Najpierw pojechaliśmy do Soweto (miasta sąsiadującego z Johannesburgiem, w 1955 r. podpisano w nim Kartę Wolności, która stała się podstawą dzisiejszej konstytucji RPA). Bez wysiadania z autokaru minęliśmy m.in. jeden z największych szpitali w RPA oraz wielkie centrum taksówkowe – Barawanagh. Pierwszy postój z wysiadaniem z autokaru mieliśmy przy katolickim kościele „Regina Mundi”. Jest to największy kościół katolicki w RPA (we wnętrzu może się zmieścić do 7 tys. ludzi), zbudowano go 1964 r. Jeden z witraży znajdujących się w tym kościele, przedstawiający Zwiastowanie, ufundowała w 1998 r. Jolanta Kwaśniewska (żona polskiego prezydenta). Zajrzeliśmy na krótko do wnętrza kościoła i ruszyliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się przy budynku muzeum Hectora Pietersona (obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz). Muzeum to upamiętnia rolę  uczniów i studentów w walce przeciw nauczaniu w języku Afrikaans. Hector Pieterson został zastrzelony przez policję jako dwunastolatek podczas protestu, który miał miejsce 16 czerwca 1976 r. Przy muzeum widzieliśmy też memoriał upamiętniający wszystkich poległych i rannych podczas wspomnianego protestu w 1976 r. Kontynuując pieszy spacer po okolicy dotarliśmy pod adres Orlando West 8115, gdzie znajduje się dom, w którym mieszkał Nelson Mandela. Obecnie znajduje się w nim muzeum, które także zwiedziliśmy. Mandela i jego rodzina zamieszkiwali w tym domu w latach 1946-90. Dom przekształcono w muzeum w 1997 r. Sam dom nie różni się od dziesiątków innych stojących w tej okolicy i jest bardzo skromny. Mogliśmy w nim zobaczyć rozmaite eksponaty, pamiątki związane z Nelsonem Mandelą i jego rodziną. Potem przeszliśmy do znajdującego się przy tej samej ulicy domu kolejnego obok Mandeli południowoafrykańskiego laureata pokojowej Nagrody Nobla - biskupa Desmonda Tutu. Dom ten jednak jest dalej normalnie zamieszkany i nie jest udostępniany do zwiedzania. Po opuszczenia Soweto pojechaliśmy następnie do małego, prywatnego rezerwatu lwów - Lion Park, który znajduje się na przedmieściach Johannesburga i zajmuje obszar 600 ha. Na miejscu zakratowanym samochodem odbyliśmy przejażdżkę po terenie rezerwatu, podczas której mogliśmy oglądać z bliska lwy, likaony i żyrafy. Po zakończeniu przejażdżki mieliśmy okazję do bezpośredniego kontaktu i zrobienia zdjęć z trzema uroczymi małymi lewkami. Chętni mogli tam również nakarmić (zakupioną na miejscu żywnością) żyrafę. Były tam też strusie. Po opuszczeniu Lion Park pojechaliśmy następnie do skansenu Lesedi (Wioski Światła), gdzie mogliśmy zapoznać się ze zwyczajami i folklorem pięciu głównych plemion zamieszkujących RPA: Zulusów, Pedi, Ndebele, Basotho i Khosa. Przed rozpoczęciem zwiedzania można było dokonać zakupów na licznych straganach czy obejrzeć piękne kolorowe domki, w których mieszkają pracownicy skansenu. Potem w sali widowiskowej obejrzeliśmy krótki film. Dalej zostaliśmy oprowadzeni po wioskach poszczególnych plemion, wysłuchując opowieści na ich temat, a następnie oglądaliśmy (ponownie w sali widowiskowej) pokaz tańców tych plemion. Na koniec zjedliśmy kolację  w położonej na terenie skansenu, pięknie zdobionej restauracji. Potem ruszyliśmy już w drogę powrotną do hotelu, do którego dotarliśmy przed 20-stą. 

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 4 28.02.2017 (wtorek)

   Po śniadaniu w hotelu i wykwaterowaniu po 7-dmej wyruszyliśmy autokarem w dalszą drogę. Po ok. 2 godzinach jazdy mieliśmy pierwszy postój przy stacji benzynowej. Po 11-stej mieliśmy kolejny, tym razem lunchowy, postój w miejscowości Dullstroom (Nudny Potok). Po 13-stej mieliśmy jeszcze krótki postój w miejscowości Ohrigstad. Po drodze podziwialiśmy różne ładne krajobrazy. W końcu wjechaliśmy na jedną z najpiękniejszych tras krajobrazowych w Południowej Afryce – 18-kilometrową „Panorama Route” w Górach Smoczych. Biegnie ona wzdłuż szczytów klifów obok malowniczych wodospadów. Zbocza gór wyrastają tam ponad nizinami Niskiego Weldu na wysokość dochodzącą do 1 km. Tamtejsze krajobrazy uchodzą za najpiękniejsze w RPA. Mieliśmy tam możność oglądać rozmaite cuda natury, które rozsławiły ten region na całym świecie. Pierwszy postój mieliśmy przy 2 punktach widokowych (drogę pomiędzy nimi pokonywaliśmy już pieszo), z których mogliśmy podziwiać cudowne widoki na Blyde River Canyon - jeden z najgłębszych kanionów na świecie oraz słynne Three Rondavels - trzy szczyty uformowane w kształcie okrągłych tubylczych chat. Przez stulecia wartko płynąca rzeka Blyde drążyła 700-metrową warstwę łupka ilastego i kwarcytu, aby w końcu wyrzeźbić malowniczą gmatwaninę ścian skalnych, wysepek, płaskowyżów i krzaczastych zboczy, tworzących kanion długości 20 km. Erozja miękkiej skały poniżej „czapy”, czyli podlegającej wolniejszym procesom twardszej warstwy skalnej, uformowała tam trzy wzgórza, które kształtem przypominają tradycyjne, cylindryczne chaty Zulusów i plemion Khosa. Następnie podjechaliśmy do Bourke's Luck Pot Holes. W miejscu, w którym zlewają się rzeki Blyde i Treur, gruboziarnisty piasek i kamyki, niesione przez wirujące wody, wyrzeźbiły nisze, z których pierwsi poszukiwacze złota wydobywali duże ilości tego kruszcu. Podczas spaceru mogliśmy podziwiać spektakularne, wyrzeźbione przez wodę cylindryczne formacje skalne (tzw. kociołki eworsyjne) oraz liczne kaskady wodne. Kolejny postój mieliśmy przy pięknym wodospadzie – Lisbon Falls. Woda z hukiem spada tam wzdłuż skalnej ściany z wysokości 90 m. Dawni poszukiwacze złota nadawali wielu miejscom ( w tym również temu) nazwy miast ze swych ojczystych krajów. Ostatni postój mieliśmy przy tzw. Oknie Boga (God’s Window), które zawdzięcza swoją nazwę wspaniałym widokom na rozciągającą się poniżej (ok. 900 m) równinę tzw. Lowveld, przechodzącą przez Park Krugera aż do Mozambiku. Oszałamiające widoki podziwialiśmy tam z 4 punktów widokowych, pomiędzy którymi przemieszczaliśmy się pieszo. Po obejrzeniu tych wszystkich cudów natury ruszyliśmy już do hotelu Premier The Winkler usytuowanego niedaleko Parku Krugera w miejscowości White River. Dotarliśmy do po 19-stej. W hotelu zjedliśmy obiadokolację.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 5 01.03.2017 (środa)

  Tego dnia mieliśmy bardzo wczesną pobudkę (po 4-tej rano). Po napiciu się czegoś ciepłego i pobraniu prowiantu w recepcji ok. 5-tej wyruszyliśmy podstawionymi dla nas jeepami (poza kabiną kierowcy mieściły 9 pasażerów) na safari w Parku Krugera. Jest to największy i najstarszy południowoafrykański park narodowy i jeden z najlepszych rezerwatów dzikich zwierząt na świecie. Został założony w 1898 r. przez ówczesnego prezydenta Transwalu Paula Krugera. Rozciąga się na długości 352 km, od rzeki Limpopo (na północy) do Krokodylej Rzeki (na południu), szerokość ze wschodu na zachód wynosi średnio 60 km. Ten rozległy, odludny obszar obejmuje 19 633 km2. Park jest podzielony na 16 wyodrębnionych obszarów, zgodnie z typem występującej na nich roślinności. My eksplorowaliśmy tereny w południowej części parku. Przed szóstą dotarliśmy do jednej z bram do parku (Numbi Gate). Po załatwieniu stosownych formalności przez kierowcę ok. 6-stej zaczęliśmy safari w Parku Krugera. Nasze samochody z boku nie miały tym razem żadnej kraty czy innego zabezpieczenia, więc wszyscy musieliśmy wcześniej podpisać zobowiązanie, że wjeżdżamy do parku na własne ryzyko. Safari dało nam możliwość obserwacji dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku. Park zamieszkuje ok. 150 gatunków ssaków, ponad 500 gatunków ptaków, 114 gatunków gadów, 33 gatunki płazów, 52 gatunki ryb. Park Krugera to także dom tzw. „wielkiej piątki” zwierząt afrykańskich (lew, bawół, lampart, słoń i  nosorożec). Nam tego dnia udało się zobaczyć trzech przedstawicieli „wielkiej piątki”: parę lwów, liczne słonie oraz bawoły (te ostatnie widzieliśmy niestety tylko w dużej odległości). Poza tym widzieliśmy wiele innych zwierząt, m.in. żyrafy, zebry Chapmana, antylopy (impala, kudu, gnu), guźce, szakala, żółwia lamparciego, rozmaite ptaki (m.in. sępy). Podziwialiśmy także rozmaite piękne krajobrazy i roślinność. Na terenie parku rośnie m.in. aż 300 różnych gatunków drzew. Podczas safari mieliśmy 2 przerwy: śniadaniową w bazie Skukuza i lunchową  w bazie Pretoriuskop. Safari trwało do ok. 14-stej. Był to wspaniale spędzony czas wśród cudownej fauny i flory. Przed 15-stą byliśmy z powrotem w hotelu. Pozostały do kolacji czas wykorzystałem m.in. na kąpiel w hotelowym basenie i leżakowanie przy nim. Wieczorem zjedliśmy w hotelu kolację.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 6 02.03.2017 (czwartek)

  Ten dzień można było poświęcić na odpoczynek na terenie hotelu lub wybrać się na wycieczkę fakultatywną. Ja postanowiłem się ponownie wybrać na safari do Parku Krugera, tym razem w ramach wycieczki fakultatywnej (wzięło w niej udział 12 osób spośród 27 członków naszej grupy), której koszt wyniósł 85 USD za osobę. Rano powtórzyłem więc scenariusz z poprzedniego dnia. Ponownie pojechaliśmy jeepami do Numbi Gate i ok. 6-stej rano rozpoczęliśmy safari po Parku Krugera. Częściowo jeździliśmy innymi trasami niż poprzedniego dnia, przerwę śniadaniową mieliśmy w jakiejś mniejszej bazie, gdzie grasowały małpy usiłujące (często skutecznie) wykraść coś z prowiantu turystów. Z kolei przerwę lunchową (krótszą niż poprzedniego dnia, bo chcieliśmy więcej czasu poświęcić na kontakt z naturą) mieliśmy tym razem w bazie Skukuza. Jak się okazało powtórne safari było bardzo dobrym pomysłem, bo poza tym, że widzieliśmy więcej słoni, żyraf czy zebr niż poprzedniego dnia, to tym razem zobaczyliśmy dodatkowo zwierzęta, których nie napotkaliśmy wcześniej. Przede wszystkim dwukrotnie udało nam się zobaczyć nosorożce (czyli zaliczyliśmy kolejnego przedstawiciela „wielkiej piątki”), widzieliśmy również hipopotamy (choć bardzo niewiele z ich ciał wystawało z wody), a z mniejszych zwierząt koziołka górskiego (po angielsku zwie się on Klipspringer). Do hotelu powróciliśmy po 15-stej. Podobnie jak poprzedniego dnia pozostały do kolacji czas wykorzystałem m.in. na kąpiel w hotelowym basenie i leżakowanie przy nim. Wieczorem zjedliśmy w hotelu kolację.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 7 03.03.2017 (piątek)

  Po śniadaniu w hotelu i wykwaterowaniu ok. 8:45 wyruszyliśmy w drogę powrotną do Johannesburga. Przed 10-tą dotarliśmy do Instytutu Szympansów imienia Jane Goodall usytuowanego na terenie rezerwatu Umhloti w okolicy miejscowości Nelspruit. Instytut został założony w 2006 r. i jest to pierwsze i jak dotychczas jedyne tego typu miejsce w RPA. Prowadzi się tam badania nad szympansami. Wieloletnie badania, wielka miłość do zwierząt i zaangażowanie doprowadziły do ciekawych odkryć w tej dziedzinie, a jednym z największych osiągnięć było odkrycie, że szympansy posługują się narzędziami. W Instytucie przebywają zwierzęta zranione i osierocone. Aktualnie żyją tam 32 osobniki, poza jednym wyjątkiem (urodzonym w 2013 r. Thabu) urodzone poza instytutem i dorosłe. Największym ulubieńcem małego Thabu i całego ludzkiego personelu jest szympans Cozy (urodzony w 1996 r. w USA, uratowany z Włoch), który przeszedł w swoim życiu wiele trudnych chwil i w efekcie jest trochę „szalony”. Zdarza mu się np. rzucać w zwiedzających kamieniami, więc trzeba uważać, gdy się go ogląda. Miejscowa przewodniczka zapoznała nas ogólnie z zachowaniami szympansów (byłem świadkiem jednego mogącego dziwić zachowania, kiedy jeden z szympansów sikał, a drugi pił wypływający mocz), opowiadała o przeszłości i cechach charakteru poszczególnych osobników. Byliśmy także świadkami karmienia szympansów. W Instytucie spędziliśmy ok. 2 godziny, a potem ruszyliśmy w dalszą drogę. Po 12-stej dojechaliśmy do założonego w 1969 r. ogrodu botanicznego Lowveld Garden, który następnie eksplorowaliśmy. Na terenie ogrodu Krokodyla Rzeka łączy się z rzeką Nels tworząc spektakularne kaskady wodne i wodospady, które mieliśmy okazję podziwiać z kilku punktów widokowych usytuowanych po obu brzegach rzeki. Oglądaliśmy je również z mostu nad Krokodylą Rzeką. Spacerowaliśmy też po lesie deszczowym, oglądaliśmy różne gatunki drzew i innych roślin występujących na tym terenie. Wspomnę jeszcze, że na terenie ogrodu znajduje się jedna z największych kolekcji południowoafrykańskich drzew figowych, rośnie tam również baobab o unikalnym kształcie. Obejrzenie ogrodu zakończyło zaplanowane na ten dzień zwiedzanie i ruszyliśmy już do hotelu Garden Court w Johannesburgu (po drodze mieliśmy jeszcze 2 postoje przy stacjach benzynowych). Dotarliśmy do niego ok. 19-stej. Kolację mieliśmy w restauracji „Ri Stretto” w sąsiedztwie hotelu.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 8 04.03.2017 (sobota)

    Po wczesnym śniadaniu w hotelu i wykwaterowaniu o 6:18 wyruszyliśmy autokarem w drogę na lotnisko. Dotarliśmy do niego przed 7-mą. Tam przeszliśmy odprawę i czekaliśmy na wylot, który wg rozkładu miał nastąpić o 8:10. Faktycznie samolot oderwał się od ziemi kilkanaście minut później. Lecieliśmy tym razem samolotem Boeing 737-800 (z układem siedzeń 3+3) należącym do lokalnych tanich linii lotniczych Kulula. Catering był tym razem tylko płatny. O 10:10 wylądowaliśmy na lotnisku w Kapsztadzie. Przed 11-stą nowym autokarem z nowym kierowcą (Josefem) wyruszyliśmy na zwiedzanie Kapsztadu. Najpierw podjechaliśmy pod Górę Stołową chcąc wjechać kolejką linową (otwarto ją w 1929 r.) na jej szczyt. Gdy jednak okazało się, że na razie jest do niej ogromna kolejka (wagoniki jeżdżą co 10-15 minut), pilotka postanowiła zmienić kolejność zwiedzania. Wjechaliśmy zatem najpierw na wyrastające 350 m n.p.m. Wzgórze Sygnału (Signal Hill), z którego mogliśmy podziwiać piękne widoki, na miasto, ocean, a także Górę Stołową. Następnie podjechaliśmy do usytuowanej u stóp Wzgórza Sygnału, dzielnicy malajskiej (muzułmańskiej) Bo-Kaap z kolorowymi (w pastelowych kolorach) domkami i trochę po niej pospacerowaliśmy. Poza ładnymi domkami widziałem (tylko z zewnątrz) tam też m.in. meczet Shafee zbudowany pierwotnie w 1859 r. (w 1920 r. zawalił się, został odbudowany w 1940 r.). Następnie przejechaliśmy autokarem pod Zamek Dobrej Nadziei, gdzie wysiedliśmy i udaliśmy się na dłuższy pieszy spacer po centrum. Zamek obejrzeliśmy tylko z zewnątrz. Jest to najstarsza budowla w RPA, został wzniesiony w latach 1666-79 i zastąpił wcześniejszy fort, zbudowany  z gliny oraz drewna. Obecnie w zamku mieści się muzeum. Kontynuując spacer dotarliśmy do placu Grand Parade (nazwa bierze się stąd, że do 1821 r. odbywały się tam ćwiczenia i parady oddziałów wojskowych). Na placu stoi pomnik króla Edwarda VII, ulokowały się tam też rozmaite stragany (w soboty i środy jest tam pchli targ). Najważniejszym budynkiem stojącym przy placu jest piękny zabytkowy ratusz. Zbudowano go w 1905 r. w stylu neorenesansowym. W 1923 r. do budynku dodano wieżę z liczącym 39 dzwonów carillonem. Kontynuując spacer minęliśmy m.in. malowniczy targ kwiatowy (podziwialiśmy na nim m.in. wiele pięknych południowoafrykańskich protei) oraz elegancki dawny budynek banku (Standard Bank), w którym obecnie mieści się nowe muzeum miasta. Kamień węgielny pod budowę banku wmurowano w 1880 r., kopułę nad środkową częścią gmachu wieńczy rzeźba Brytanii. Dalej doszliśmy do wypełnionego straganami Green Market Square. Od 1806 r. mieścił się w tym miejscu targ rolny. Obecnie ten wybrukowany plac został uznany za zabytkowy zespół urbanistyczny. Znajduje się na nim barwne targowisko. Mieliśmy tam również okazję zobaczyć występy różnych zespołów folklorystycznych. Wokół placu znajduje się wiele zabytkowych obiektów, m.in. budynek zajmowany obecnie przez Iziko Old Town House Museum (zbudowany w 1755 r. na potrzeby lokalnych władz) oraz kościół metodystów (zbudowany w 1880 r.). Przy tym placu mieliśmy trochę czasu wolnego. Idąc dalej doszliśmy do Wale Street i minęliśmy potężny budynek parlamentu regionalnego (Western Cape Provincial Parliament), którego budowę rozpoczęto w 1939 r., a do użytku został oddany ostatecznie w 1944 r. Nieco dalej minęliśmy anglikańską katedrę św. Jerzego (widzieliśmy ją tylko z zewnątrz) wybudowaną w 1901 r. z witrażowymi oknami i rozetą w fasadzie. Rzuciliśmy jeszcze okiem na budynki Iziko Slave Lodge (jest to jeden z najstarszych zabytków architektury kolonialnej, obecnie znajduje się w nim muzeum z wystawami ilustrującymi historię kraju) i Groote Kerk (jest to najstarszy kościół  w RPA, jego budowę ukończono pierwotnie w 1703 r., obecną postać nadano mu po odbudowie w 1840 r.) i dotarliśmy do bramy Ogrodów Kompanii Indyjskiej (The Company’s Garden). Pierwotnie był to ogród warzywny założony w 1652 r. w celu zaopatrywania statków płynących wokół Przylądka Dobrej Nadziei w świeże warzywa. W tym pełnym zieleni zakątku rosną egzotyczne drzewa i krzewy, są tam oczka wodne, trawniki i ławki pod wysokim, starymi drzewami. Przy głównej alei stoi pomnik Cecila Johna Rhodesa (premiera rządu Kolonii Przylądkowej w latach 1890-96). Na obrzeżach ogrodu usytuowano szereg ważnych budynków. Podczas naszego spaceru po ogrodach minęliśmy m.in. wzniesiony w 1884 r. (w stylu neoklasycystycznym) jako siedziba Zgromadzenia Ustawodawczego Kolonii Przylądkowej monumentalny gmach Parlamentu z kolumnowym portykiem. W ogrodzie przy tym gmachu stoi  pomnik królowej Wiktorii. Widzieliśmy też piękny gmach Biblioteki Narodowej zbudowany w 1818 r. Potem powróciliśmy pod Górę Stołową, gdzie tym razem liczba oczekujących była stosunkowo niewielka, więc tym razem po niedługim oczekiwaniu wjechaliśmy kolejką linową (przejazd trwa poniżej 5 minut), której wagoniki obracają się wokół własnej osi, na szczyt Góry Stołowej (wznoszący się 1086 m n.p.m.), zaliczanej do 7 Przyrodniczych Cudów Świata. Stamtąd z platform widokowych mogliśmy podziwiać piękne widoki na miasto, zatokę Table Bay i Ocean Atlantycki. Mieliśmy tam trochę czasu wolnego, podczas którego można było pospacerować po płaskowyżu Góry Stołowej rozkoszując się cudownymi widokami. Po zjechaniu kolejką na dół przejechaliśmy autokarem do portowej dzielnicy Waterfront. Tam najpierw obejrzeliśmy pomnik 4 laureatów Pokojowej Nagrody Nobla pochodzących z RPA (Luthuli, Tutu, Mandela, de Klerk), a potem malowniczy port z pięknymi jachtami i ciekawą zabudową wokół niego (m.in. piękny budynek luksusowego hotelu Table Bay czy wieża zegarowa w stylu wiktoriańskim).Następnie mieliśmy tam trochę czasu wolnego, pospacerowałem po tej malowniczej dzielnicy (jest w niej m.in. amfiteatr i duży „diabelski młyn”), a także miejscowej, ładnej galerii handlowej Victoria Wharf. Po czasie wolnym pojechaliśmy już do hotelu Protea Durbanville w okolicach Kapsztadu. Dotarliśmy do niego przed 20-stą. W hotelu zjedliśmy obiadokolację.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 9 05.03.2017 (niedziela)

  Po śniadaniu  w hotelu po 7:30 wyruszyliśmy autokarem na całodzienne zwiedzanie. Pierwszy krótki postój mieliśmy przy pięknej plaży Clifton Beach, gdzie z jednej strony można było podziwiać fale Atlantyku, a z drugiej szczyt zwany Głową Lwa. Poszczególne odcinki plaży oddzielają tam potężne granitowe głazy. Kolejny, również krótki, postój mieliśmy przy plaży Camps Bay, równie pięknej i znacznie szerszej niż poprzednia. Przy plaży rosną okazałe, wysokie palmy, od strony lądu plażę otacza imponujący skalny masyw Dwunastu Apostołów. Ruszyliśmy dalej i ok. 9-tej dotarliśmy do Hout Bay. Od lat 40-tch XX w. Hout Bay było ważnym ośrodkiem rybackim. Dziś jest to także dzielnica rezydencji i popularne miejsce wyjazdów weekendowych. Miasteczko jest otoczone wysokimi górami. Na początek mieliśmy tam trochę czasu wolnego, a potem wypłynęliśmy statkiem w ok. 35-minutowy rejs na wyspę fok - Duiker Island. Wyspa ma wymiary 77 na 95 m i zajmuje obszar ok. 0,4 ha. Mogliśmy tam podziwiać ogromną kolonię fok. Nie brakło tam też rozmaitego ptactwa morskiego. Po zakończeniu rejsu mieliśmy jeszcze trochę czasu wolnego w Hout Bay, podjechaliśmy też do miejscowego „food market” i trochę po nim pochodziliśmy. Po przejechaniu dalszego niewielkiego odcinka zatrzymaliśmy się jeszcze w punkcie widokowym, z którego rozpościerał się piękny widok na zatokę Hout Bay. Następnie jechaliśmy wzdłuż wybrzeża Atlantyku przez jedną z najpiękniejszych tras widokowych - Chapman’s Peak (10-kilometrowy odcinek trasy wykuty jest tam w stromych zboczach góry) na Przylądek Dobrej Nadziei. Przylądek jest jednym z ciekawszych odcinków wybrzeża, gdzie spotykają się dwa prądy morskie: ciepły Mozambicki i zimny prąd Benguelski, co sprawia, że przy pełnym słońcu można zauważyć różne odcienie wód każdego z prądów oceanicznych. Kolejny postój mieliśmy przy założonej w 1996 r. farmie strusi. Poza tym, że mogliśmy tam popatrzeć na te ogromne ptaki, w miejscowym sklepiku była też możliwość zakupienia rozmaitych wyrobów ze strusi i ich jajek. W dalszej drodze pierwotnie mieliśmy najpierw wjechać do Parku Narodowego na samym krańcu Przylądka Dobrej Nadziei, ale ponieważ przed bramą wjazdową była duża kolejka samochodów pilotka postanowiła zmienić kolejność zwiedzania. Pojechaliśmy zatem najpierw do miejscowości Boulders zamieszkałej przez kilka tysięcy afrykańskich pingwinów. Jest to gatunek pingwina o  czarnym wierzchu ciała i masce, z wyraźną białą brwią. Skóra wokół oczu i nad nimi jest różowa, dziób czarny z jasną przepaską przy końcu. Spód ciała biały, z czarnym pasem na piersi. Dorosłe osobniki dorastają do ok. 60 cm wysokości i ważą od 2,4 kg do 3,6 kg, przy czym samce są nieco większe od samic. Jedzą głównie ryby, choć także kałamarnice czy skorupiaki. Potrafią nurkować nawet do 130 m (wstrzymując oddech do 2,5 minut), choć średnio schodzą na 30 m. W trakcie polowania potrafią osiągnąć prędkość do 20 km/h, normalnie pływają z prędkością ok. 7 km/h. Najpierw oglądaliśmy te zabawne nieloty (na chronionym i zabezpieczonym terenie) z dwóch tarasów widokowych, do których dochodzi się drewnianymi podestami. Widzieliśmy też osobniki wysiadujące jaja. Potem mieliśmy jeszcze czas wolny, podczas którego zamoczyłem nogi w Atlantyku przy ogólnie dostępnej plaży. Blisko niej również stacjonowało trochę pingwinków, więc była okazja do jeszcze bliższego kontaktu z tymi zwierzętami. Po czasie wolnym autokarem wróciliśmy do Parku Narodowego na skraju Przylądka Dobrej Nadziei, tym razem kolejka była bardzo krótka, więc wjechaliśmy szybko na teren parku. Podczas przejazdu widzieliśmy m.in. biegające na wolności strusie i antylopy. Dojechaliśmy do południowo-zachodniego krańca przylądka, tam mieliśmy postój. Podziwialiśmy piękne widoki na ocean (było tam też sporo różnorakiego ptactwa morskiego) i wybrzeże, zrobiliśmy sobie oczywiście zdjęcia przy słynnej tablicy oznajmiającej, że znajdujemy się w najbardziej na południowy-zachód wysuniętym punkcie Afryki. Następnie podjechaliśmy autokarem do stóp wzgórza, na którym znajduje się latarnia morska (na południowo-wschodnim krańcu przylądka). Na szczyt można wjechać kolejką zębatą, ale z uwagi na to, że na skorzystanie z niej czekało dużo ludzi wszedłem (w ramach czasu wolnego w tym miejscu) na górę po schodach na własnych nogach. W trakcie tej wspinaczki, jak i potem na samym szczycie podziwiałem wspaniałe widoki na ocean i skaliste wybrzeże. Na dół dla odmiany zjechałem kolejką. W drodze powrotnej do bramy parku napotkaliśmy m.in. sporą kolonię małp (pawianów czakma). Potem ruszyliśmy już w drogę powrotną do hotelu jadąc tym razem wzdłuż wschodniego wybrzeża przylądka wokół Zatoki Fałszywej. Do hotelu dotarliśmy przed 19-stą. Tam zjedliśmy obiadokolację.

cienkibolek
Obrazek użytkownika cienkibolek
Online
Ostatnio: 1 min 7 sekund temu
Rejestracja: 26 wrz 2013

Dzień 10 06.03.2017 (poniedziałek)

  Po śniadaniu w hotelu i wykwaterowaniu zmienionym autokarem (i z nowym kierowcą - Martinem) ok. 8-smej wyruszyliśmy na wycieczkę fakultatywną (w cenie 50 USD lub 700 randów). Zdecydowali się na nią wszyscy, dzięki czemu nie musieliśmy już wracać po nikogo do hotelu. Ok. 9-tej dotarliśmy do farmy Babylonstoren. Jest to jedna z najstarszych farm w tej części świata (jej początki sięgają 1692 r.). Jej serce stanowi, zaprojektowany w 2007 r., piękny ogród owocowo-warzywny usytuowany na obszarze 3,5 ha w bardzo malowniczej okolicy (ogród otaczają winnice i góry). Nie brak w nim też innych roślin np. ziół, kaktusów czy kwiatów. Dostaliśmy tam ok. godziny czasu wolnego na indywidualną eksplorację tego urokliwego miejsca. Następnie pojechaliśmy do Stellenbosch. Zatrzymaliśmy się w okolicy rynku miejskiego Die Braak, wytyczonego w 1703 r. Niegdyś służył jako miejsce musztry i parad wojskowych. Tam dostaliśmy trochę czasu wolnego, podczas którego pospacerowałem trochę po centrum miasta. Najpierw minąłem budynek miejscowej Galerii Sztuki i dotarłem do kościoła reńskiego wybudowanego w 1823 r. Niegdyś mieściła się w nim szkoła dla dzieci niewolników i ludności kolorowej. Przy kościele widziałem ładną dzwonnicę, zwiedziłem również wnętrze kościoła (dość skromnie wyposażone). Dalej ruszyłem Church Street, minąłem m.in. ładny budynek Christelijke Jongelingen-Vereeniging. Wybudowano go w 1900 r. w stylu neoklasycystycznym z imponującą fasadą w stylu jońskiej świątyni. Na końcu ulicy dotarłem do Holenderskiego Kościoła Reformowanego wybudowanego w 1686 r. Zwiedziłem także jego wnętrze, w którym uwagę przykuwały przede wszystkim piękne witraże. Podczas dalszego spaceru minąłem m.in. ładny budynek seminarium duchownego i dotarłem do kolejnego zabytkowego kościoła (obejrzałem go już tylko z zewnątrz) przekształconego obecnie na galerię sztuki. Potem powróciłem do placu Die Braak i obejrzałem (wszystkie tylko z zewnątrz) kilka obiektów stojących w jego otoczeniu. Pierwszy z nich to VOC Kruithuis czyli stara prochownia, którą Holenderska Kompania Wschodnioindyjska zbudowała w 1777 r. do obrony nowo powstałej osady. Obecnie mieści się w niej niewielkie Muzeum Wojska. Następnie obejrzałem kościół anglikański pw. Matki Boskiej zbudowany w 1852 r. Na koniec rzuciłem jeszcze okiem na budynek urzędu miejskiego i zabytkowe budynki Zespołu Reńskiego będące wspaniałym przykładem miejscowej architektury. Dalej pojechaliśmy do Franschhoek. Tam wspólnie doszliśmy do odsłoniętego w 1948 r. okazałego pomnika Hugenotów. Upamiętnia on przybycie francuskich osadników oraz ich wkład w kulturę regionu. W jego centrum umieszczono postać kobiety, która w prawej ręce trzyma Biblię, a w lewej rozerwany łańcuch, co symbolizuje wolność wyznania. Otacza ją półkolista kolumnada, która obejmuje trzy wysokie łuki symbolizujące Trójcę Świętą. Na środkowym łuku umieszczono wysoką iglicę. Postać kobiety stoi na kuli ziemskiej, jej stopy dotykają Francji. Potem mieliśmy czas wolny na indywidualny spacer po tym uroczym miasteczku. Przespacerowałem się główną ulicą miasta, przy której stoi wiele pięknych zabytkowych domów, są też oczywiście liczne sklepy i obiekty gastronomiczne. Widziałem również przy niej pomniki Mandeli i Gandhiego, ładny ratusz (w stylu holenderskiej architektury kolonialnej, przed ratuszem widziałem też ogród różany) w kolorze kremowym oraz śnieżnobiały Holenderski Kościół Reformowany z 1847 r. (zwiedziłem także jego wnętrze). Potem pojechaliśmy jeszcze do winnicy Boschendal (założonej w 1685 r.). Na początek zwiedziliśmy zabytkowy dwór zbudowany w 1812 r. W jego wnętrzach widzieliśmy m.in. zabytkowe meble, porcelanę i inne elementy wyposażenia. Potem mieliśmy pogadankę na temat miejscowych win i degustację (próbowaliśmy 5 gatunków wina). Na koniec była możliwość dokonania zakupów. Po 15-stej ruszyliśmy na lotnisko w Kapsztadzie. Dotarliśmy do niego po 16-stej. Tam przeszliśmy odprawę, stosowne kontrole i oczekiwaliśmy na wylot naszego samolotu, który wg rozkładu miał nastąpić o 18:15. Odbył się tym razem praktycznie bez opóźnienia. Ponownie lecieliśmy samolotem Boeing 777-300 należącym do linii Emirates. Wieczorem zaserwowano kolację. Obejrzałem 2 filmy i spróbowałem się trochę zdrzemnąć.

Strony

Wyszukaj w trip4cheap