Costa Magica-Gwadelupa, Tobago, Grenada ,Barbados, St.Lucia, Martynika, Aruba, Curacao, Bonaire

72 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 2 minuty temu
Rejestracja: 29 lip 2017

No i zaliczyliśmy Grenadę po raz drugi:-)

Tym razem przybiliśmy do nabrzeża w St.George dopiero wczesnym popołudniem, cumując obok statku Pullmantura, z którym spotykaliśmy się już wcześniej w innych portach:

Jeszcze przed dotarciem do Grenady, kucharze przy basenie głównym przygotowali świetny bufet poświęcony tym razem owocom morza:

...a nieco wcześniej miałem możliwość odwiedzenia głównej kuchni statku, która jest odpowiedzialna za przygotowanie posiłków dla największych dwóch restauracji. Akurat trwały przygotowania do lunchu:

Jeśli chodzi o Grenadę, tym razem nie miałem w planie żadnej wyprawy wgłąb wyspy – a chyba szkoda, bo pogoda zapowiadała się znacznie lepsza niż podczas naszego pierwszego pobytu kilka dni wcześniej. Stwierdziłem jednak, że nie widziałem jeszcze żadnej plaży na Grenadzie i trzeba to nadrobić:-) Nie była to zresztą jakaś wielka wyprawa. Po rzuceniu trapów, bez pośpiechu pierwsze kroki skierowałem na znany mi już dworzec autobusowy, skąd odjeżdżającym dosłownie co kilka minut busem nr 1 pojechałem do Grande Anse, gdzie położona jest jedna z bardziej znanych a na pewno najbliższa St.George plaża. Nie była ona może tak bajkowa jak te, które odwiedzałem na Gwadelupie czy Arubie ale trudno jej też było cokolwiek zarzucić:

Co ciekawe, tym razem nie spadła ani kropla deszczu – ale na ostatnim z powyższych zdjęć widać, że w górach pogoda chyba była jednak trochę inna (potwierdzili to zresztą wieczorem poznani na statku Polacy, którzy w tym dniu wybrali się z wycieczką do wodospadu Annadale).

A wracając do leniwego pobytu na plaży Grand Anse mogę tylko dodać, że język polski był jednym z najczęściej słyszanych. Prawdopodobnie było na niej dużo polskich gości ze statku Pullmantura, która jest popularną linią wycieczkową w Polsce – bo nie słyszałem, aby sama Grenada była celem jakiegoś naszego biura turystycznego.

Jak widać z powyższego, tym razem mój dzień na Grenadzie minął bardzo leniwie. Po kilku godzinach wróciłem na statek odwiedzając po drodze kilka sklepów i walnie przyczyniając się do przekroczenia dopuszczalnego limitu bagażu na powrotnym locie do domu:-) Ale to miał być problem dopiero za kilka dni:-)

Zresztą zainteresowani zakupami mieli jeszcze jedną szansę. Na statku co jakiś czas sklepy organizują różne dziwne akcje wyprzedażowe, które najczęściej dotyczą czapek, kapeluszy, t-shirtów, torebek, jakichś błyskotek "made in China", zegarków i różnej drobnicy, której nie jestem w stanie sobie nawet przypomnieć. Napisałem dziwne ponieważ towarzyszą im różnego rodzaju tabliczki informujące, że ceny są obniżone o 80% i więcej – tylko nigdy nie wiadomo z jakiego poziomu bo żaden z artykułów nie zawiera indywidualnych cenówek:-) Akurat tak się złożyło, że podobna akcja rozpoczęła się tuż po opuszczeniu przez nas portu w St.George:

Ci co chcieli, potrzebowali albo lubią mogli się rzucić w wir zakupów…ale mnie to jakoś szczególnie nie porwało:-)

C.D.N.

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Offline
Ostatnio: 11 godzin 9 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

ło matko , jakie pychotki pokazujesz , a ja jak ten pies Pawłowa Biggrin

Nazwa tej plaży na Bonaire rzeczywiście bardzo oryginalna........

Nigdy nie byłam na statku "od kuchni" a całkiem fajna sprawa.

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 2 minuty temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Po raz drugi zawitaliśmy nie tylko na Grenadę ale również na Martynikę. Zacumowaliśmy w Fort-de-France dokładnie w tym samym miejscu co tydzień wcześniej i dla części pasażerów oznaczało to jednocześnie koniec rejsu. Ale jeszcze nie dla mnie. Ja tego dnia postanowiłem skorzystać z uroków ładnej pogody. Bo muszę przyznać, że tego dnia pogoda była naprawdę rewelacyjna - nie tylko nie padało ale również widok gór był niczym nie zmącony. Dawało to z pewnością nadzieję tym, którzy się tam wybrali - że nie zaliczą niemalże obowiązkowej w górach ulewy. Ja tydzień wcześniej nie miałem takiego szczęścia – ale cóż – widać tak było mi pisane:-)

Podobnie jak na Grenadzie, drugi dzień na Martynice postanowiłem spędzić bardziej "lajtowo". Po wydostaniu się z portu, przeszedłem wzdłuż wybrzeża do położonego obok fortu St.Louis nabrzeża o nazwie "Pointe Simon" skąd odpływają małe promy do położonych po drugiej stronie zatoki plaż – Pointe-du-Bout, Anse Mitan oraz Anse-a-l-Ane a także do miasteczka Les Trois-ilets. Tak to wygląda na mapce:

Promy w ciągu dnia kursują bardzo często i cieszą się dużym powodzeniem zarówno miejscowych jak i turystów. Akurat tak się złożyło, że do nabrzeża Pointe Simon były zacumowane dwa wielkie statki wycieczkowe, których pasażerowie mieli do promu na plażę przysłowiowy "rzut beretem". Nasz statek zacumował niestety znacznie dalej – po drugiej stronie fortu St.Louis ze względu na fakt, że Fort-de-France na naszej trasie nie był typowym portem, gdzie statek tylko się zatrzymuje ale również, gdzie wielu pasażerów zaczyna i kończy rejs. Z tego powodu potrzebny był terminal zapewniający choćby usługi związane z transferem bagażu, salą odpraw, poczekalnią itp., których nie ma przy Pointe Simon.

Same promy do wspomnianych plaż odpływają z jednego z trzech małych pirsów położonych obok siebie:

Wszystko odbywa się według precyzyjnie określonego rozkładu jazdy (przestrzeganego). Bilet w obie strony kosztował 7 EUR a sama przeprawa trwała ok. 20-30 minut.

Ja jako miejsce docelowe wybrałem Anse-a-l-Ane. Sprawnie odbiliśmy i oddalając się od Pointe Simon mieliśmy okazję podziwiać piękny tego dnia widok na góry, w których położony jest ogród botaniczny Balata oraz las deszczowy, w których miałem okazję być tydzień wcześniej:

…a także panoramę Fort-de-France:

Przy okazji miałem możliwość zobaczyć również fort St.Louis od strony morza – i przyjrzeć mu się znacznie lepiej niż widać go ze statku:

W pierwszej kolejności prom podpłynął do maleńkiej plaży Anse Mitan:

Otoczenie plaż (zarówno Anse Mitan jak również Anse-a-l-Ane) jest bardzo urocze, z licznymi małymi domkami a także większymi rezydencjami położonymi na stromych zboczach opadających w kierunku morza:

Sama plaża Anse-a-l-Ane nie jest jakaś specjalnie duża – rozciąga się na długości niespełna kilometra. Nie było na niej jednak wielkich tłumów:

A tak zatoka ta wygląda z góry:

Uzupełnieniem lenistwa na plaży była mała wyprawa okolicznym szlakiem wzdłuż wybrzeża w stronę punktu widokowego, z którego rozciąga się widok na niewielką wyspę Ilet-a-Ramiers:

Jest to niezamieszkała wyspa, na której można zobaczyć pozostałości fortu z XVII wieku, która przez pewien okres – w czasie epidemii febry – służyła jako miejsce kwarantanny. Obecnie jest ona siedliskiem licznych iguan, które mogą mieć tam nadzieję, że nie trafią do garnka rzadko tam zaglądających ludzi Smile

Zmierzając w kierunku punktu obserwacyjnego (przejście ścieżki zajmuje max. 20 minut) po drodze minąłem prawie bezludną plażę (były na niej 3 osoby):

…na obrzeżach, której można było obserwować liczne kraby – błyskawicznie uciekające na mój widok. Ale zdjęcie udało się zrobić:-)

Po południu wróciłem do Fort-de-France, gdzie przed powrotem na statek obszedłem jeszcze stare miasto. Oprócz biblioteki Schoelchera, o której pisałem przy okazji pierwszej wizyty na Martynice, którą nadal uważam za najładniejszy i najbardziej niepospolity budynek, jaki widziałem na Martynice, na uwagę zwraca katedra:

…muzeum Martyniki oraz budynek tutejszej poczty:

…a także pobliskie uliczki:

Obok biblioteki Schoelchera można z kolei zobaczyć budynek miejscowej prefektury, którego najstarsza część pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych:

Nie sposób nie zauważyć również pomnika pozbawionego głowy, który jak się okazało miał upamiętnić Józefinę – żonę cesarza Napoleona Bonaparte:

Z cesarzową wiąże się ciekawa historia. Pochodziła ona właśnie z Martyniki i gdy Napoleon zniósł niewolnictwo, skutkiem czego było podupadanie licznych biznesów w dawnych koloniach (w tym należących do rodziny Józefiny), ta przekonała męża, aby na tym obszarze zawiesił obowiązywanie dekretu czyli de facto przywrócił niewolnictwo. Miejscowa ludność za ten "dar" podziękowała cesarzowej pozbawiając jej pomnik głowy – i w takiej postaci przetrwał on do dziś.

Jeszcze jeden rzut oka na panoramę Fort-de-France i powoli trzeba było myśleć o pakowaniu – następnego dnia czekał mnie koniec wycieczki i powrót do domu.

A tymczasem na statku trwał alarm szalupowy dla nowych pasażerów, którzy rozpoczynali swój rejs tego dnia - właśnie na Martynice. Nie musząc w nim uczestniczyć miałem okazję zobaczyć jak w różnych miejscach statku wyglądają analogiczne ćwiczenia załogi, np. barmanów i kelnerów:

I w ten sposób moja wizyta na Martynice dobiegła końca. Pewnie (pytanie kiedy) zawitam tu jeszcze. Wtedy na pewno zapuszczę się trochę dalej, aby poznać również inne niż okolice Fort-de-France atrakcje tej tropikalnej wyspy.

C.D.N.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 2 minuty temu
Rejestracja: 29 lip 2017

W końcu po raz trzeci – i tym razem ostatni (przynajmniej w ramach tego rejsu) powitałem Gwadelupę i Pointe-a-Pitre:

Tutaj rejs kończył się dla naprawdę sporej części pasażerów, co było widać już poprzedniego dnia późnym wieczorem, kiedy na korytarzu zaczęły się pojawiać walizki wystawiane przez pasażerów:

Walizki były odbierane spod kabin przez pracowników statku i dostarczane do terminala portowego, skąd można je było zabrać już po zejściu ze statku.

Ostatni dzień minął bardzo spokojnie, leniwie i o dziwo – bez deszczu. Rano w drzwiach do kabiny zastałem rachunek zawierający podsumowanie wszystkich moich statkowych wydatków. A wczesnym popołudniem pożegnałem się ze statkową ekipą i sprawnie przemieściłem się na lotnisko autobusem Karulisa. Niestety samolot miałem dopiero po 21 i ponad 6 godzin przyszło mi spędzić na lotnisku, którego terminal (obiektywnie całkiem spory) jak się okazało, jest raczej niewystarczający do obsługi ilości pasażerów, jaka wylatuje z Gwadelupy w środku sezonu. W przeciągu kilku godzin odprawianych było kilka samolotów do Europy, w związku z tym w terminalu były tłumy. Na dodatek, po odstaniu godziny w kolejce do nadania bagażu, dowiedziałem się, że akurat odprawiany jest inny lot Air France (choć z ekranów informacyjnych wcale to nie wynikało), i gdy wreszcie obsługującą stanowisko agentkę udało się uprosić, abym mógł nadać bagaż – ta stwierdziła, że mam zbyt ciężką walizkę i albo muszę zapłacić za 3 kg nadbagażu albo coś z niej wyjąć. Bananowe (i nie tylko) ketchupy, lokalne sosy, konfitury, rumy i jakieś inne drobne zakupy niestety zrobiły swoje. Jakiekolwiek negocjacje praktycznie nie wchodziły w grę – skończyło się na wyjęciu kilku najcięższych rzeczy i moja walizka zniknęła na taśmie w czeluściach terminala.

Po tym wszystkim trzeba było jeszcze odstać (w sumie kolejną godzinę) w następnej kolejce do kontroli dokumentów oraz bezpieczeństwa i można było wejść do nieprawdopodobnie zatłoczonej strefy odlotowej terminala. Na moje szczęście, jeden z kilku saloników biznesowych akceptował kartę PP, dzięki której mogłem pozostałe do wylotu ok. 4 godziny spędzić w ciszy i spokoju. Co ciekawe w ofercie saloniku było zastrzeżone, że karta PP jest akceptowana wyłącznie w przypadku lotów międzynarodowych a lot z Gwadelupy do Paryża ma status lotu krajowego, ale na szczęście pracownica obsługująca salonik nie była zbyt drobiazgowa:-)

Wejście do samolotu do Paryża przebiegła tym razem tak sprawnie jak tylko sobie to można wyobrazić – punktualnie, w ustalonym porządku i bez zamieszania:

Sam lot pomimo, że samolot był zapełniony praktycznie w 100% również przebiegł bez szczególnych atrakcji i po 8-u godzinach wylądowałem na lotnisku Orly, mierząc się po raz pierwszy z zupełnie inną pogodą niż ta, do której przywykłem przez ponad 2 tygodnie. Ostatni rzut oka na naszą maszynę:

…i pomaszerowałem po bagaże a potem do autobusu na lotnisko de Gaulle'a, skąd odlatywał mój lot do Warszawy. Bilet transferowy na autobus dostałem jeszcze podczas odprawy na Gwadelupie.

Tak na marginesie, nie wiem czy w liniach Air France jest to standardem, ale z karty pokładowej dowiedziałem się, że linia zmieniła mi lot z Paryża do Warszawy wcześniej mnie o tym nie informując w żadnej formie. Okazało się, że lecę ok. 2,5 godziny wcześniej niż było to pierwotnie zaplanowane. Akurat była sobota i przejazd z lotniska Orly na CDG był sprawny i bezproblemowy ale w przypadku jakichkolwiek korków/kolejek przy odbiorze/nadaniu bagażu byłoby to dosłownie "na styk". Wydaje mi się, że w dobrym tonie byłoby jednak poinformowanie o takiej zmianie z jakimś uprzedzeniem – no ale jak widać Air France uznało, że nie ma takiej potrzeby…

Zresztą po dotarciu na lotnisko docelowe w Paryżu czekała mnie jeszcze jedna (na szczęście ostatnia) atrakcja. Musiałem nadać ponownie bagaż a na lotnisku CDG odbywa się to przy automatycznych stanowiskach bez obsługi agenta…tymczasem po położeniu mojej walizki na taśmie okazało się, że jest ona zdaniem maszyny nadal za ciężka (tym razem o 1kg). Niestety z maszyną nie bardzo było jak dyskutować, uśmiechy i puszczanie oczka też nie działają – w związku z czym znowu musiałem coś z niej wyjąć i gdy waga spadła do 23,1 kg moja walizka została przez maszynę zaakceptowana:-)

W ten sposób około 2 godziny później dotarłem do Warszawy czyli miejsca, w którym rozpoczęła się niniejsza relacja a po kilku kolejnych godzinach dotarłem na swoje śmieci.

Wszystkim śledzącym tę relację, którzy dotarli do tego miejsca dziękuję za świętą cierpliwość – teraz widzę, że w niektórych postach mogłem bez szkody dla treści być mniej wylewny:-) Jeśli macie jakieś pytania – zarówno co odwiedzonych miejsc jak również podróży na/z Gwadelupy czy życia na statku piszcie śmiało.

Z mojego punktu widzenia był to bardzo udany rejs – i szczerze mówiąc nawet deszczowa pogoda, z którą przyszło mi się mierzyć w niektórych miejscach jakoś szczególnie nie pomniejsza tej oceny. Będę przynajmniej pamiętał, że tzw. "pora sucha" wcale nie musi być sucha:-) Wyspy, które mieliśmy na trasie były tak interesujące i różnorodne, że moim zdaniem praktycznie na każdej z nich, każdy znalazłby coś dla siebie. To co ja wybrałem i opisałem w tej relacji to tylko niewielka część z olbrzymiego repertuaru, który można tam zobaczyć. W każdym razie była to jedna z najbardziej interesujących tras, jakie miałem okazję zaliczyć podróżując statkiem wycieczkowym i z dużym prawdopodobieństwem za rok ponownie będę chciał się tam wybrać – nawet jeśli w jakiejś części trasa powieli się z wyspami, na których byłem teraz.

A na regał trafił kolejny model statku, który dostałem na pamiątkę:

Jeszcze raz wszystkich pozdrawiam i do następnego razu:-)

KONIEC

ssstu-6
Obrazek użytkownika ssstu-6
Offline
Ostatnio: 2 godziny 4 minuty temu
Rejestracja: 31 maj 2016

THX,z przyjemnością pooglądałem i poczytałem !!! : )

choć takie "rejso-wczasy" zdecydowanie nie dla mnie to fajnie oglądnąć je na fotkach ; )

zaciekawiła mnie możliwośc zobaczenia..."kuchni od kuchni" !!!!

byłem pewien,że TAM turyści wstępu nie mają !??? ; ))

...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 2 minuty temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Jeśli chodzi o możliwość odwiedzenia "kuchni od kuchni" to jest to jeden z przywilejów statusowych w ramach programu lojalnościowego Costy.

Z kilkudniowym wyprzedzeniem do kabiny dostałem zaproszenie, które trzeba było potwierdzić w recepcji lub telefonicznie.

Sama wizyta odbywa się w bardzo małych grupach (moja liczyła 5 osób+przewodnik), wcześniej trzeba ubrać "mundurek organizacyjny" - specjalny fartuch, czepek, maskę na twarz, ochraniacze na buty... Aktualnie z takiego zwiedzania zaplecza statku pozostała już niestety tylko kuchnia - dawniej były organizowane wycieczki obejmujące znacznie więcej - w tym bar dla załogi, pomieszczenia wypoczynkowo-rozrywkowe załogi, warsztaty, spiżarnie, zaplecze teatru i chyba coś jeszcze. Naprawde fajna sprawa:-)

wiktor
Obrazek użytkownika wiktor
Offline
Ostatnio: 6 godzin 9 minut temu
Rejestracja: 03 mar 2016

Miałeś jeszcze trochę przygód na koniec. Ciekaw jestem jak wybrnąłeś z tym nadbagażem na lotnisku ? Czy pozbywając sie paro kilo, wrzuciłes je do bagażu podręcznego czy musiałeś sie niestety pozbyć ?

Rejs super świetna przygoda. Sam pobyt na statku musi być arcyciekawym przeżyciem . Zafascynowany jestem ile sie tam dzieje i ile jest róznorodnych atrakcji dla klientów.

Wyspy przec ciebie pokazane, wszystkie zuper i dobrze ,że każda inna.

Wspaniały rejs, dzięki za podróz z tobą Smile

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 2 minuty temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Wiktor - cieszę, że się podobało:-) A co do nadbagażu to wystarczyło przerzucić do podręcznego - ten co ciekawe mógł ważyć ile chciał i nikogo to specjalnie nie interesowało (poza tym czy trzyma wymiarów - i to też "na oko"):-) Chociaż na wagę podręcznego też mają limit - ale jak widać nie są to niego zbyt przywiązani. Taki absurdzik made by Air France:-)

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Offline
Ostatnio: 11 godzin 9 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Greg słowa uznania !! fajna, szczegółowa relacja z rejsu. Ciekawie pokazałeś zycie na statku, mozna było poczuć zapach tej atmosfery, ja przynajmniej ją poczułam i ... zatęskniłam he he . Niestety na razie nic w najbliższej przyszłośći się nie kroii ale nigdy nic nie wiadomo..

Wysepki wszystkie mi sie podobały, każda coś w sobie ma. Utwierdzilam się ,że na Bonairei Gwadelupe warto pojechać.

Ciekawa jestem czy nawiązałeś jakieś znajomości na statku ?Jakich miałeś sąsiadów przy stoliku na kolacji , z Polski czy innych ?

Ja mam takie doświadczenia,że jak płyne tylko z mężem to zawsze poznajemy fajnych ludzi . Jak płyniemy w wiekszej grupie , chocby dwie rodziny to już szansa poznania innych spada..

DZIEKUJĘ Clapping

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 2 minuty temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Hej:-) Na kolacji siedziałem z Polakami, których poznałem w trakcie rejsu. W pierwszym tygodniu osób z polskimi paszportami było około 10 (ale sporo było również Polaków mieszkających za granicą i posługujących się innymi paszportami), w drugim tygodniu - po częściowej wymianie pasażerów już prawie 40. Generalnie jeśli chodzi o poznawanie nowych osób - nie tylko z Polski zresztą - to mam zdecydowanie pozytywne doświadczenia z moich rejsów i mam nadzieję, że tak pozostanie:-)

Strony

Wyszukaj w trip4cheap