Baśniowa Tajlandia - relacja z podróży

61 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
Gienek
Obrazek użytkownika Gienek
Offline
Ostatnio: 2 miesiące 3 tygodnie temu
Rejestracja: 06 mar 2014

Duży Zając :

No właśnie, małe pytanie: jak się robi takie mapy, i czy można na nie nanieść nie tylko jeden odcinek dzienny, ale na przykłąd całą dwutygodniową wyprawę?

Będę bardzo wdzięczny za odpowiedź, a myślę, że snajdzie się więcej laików, którzy chętnie skorzystają z lekcji...

Aby móc przedstawić ślad na mapie google, to przedewszystkim podczas podróży trzeba mieć ze sobą urządzenie które ten ślad zarejestruje. Ja wożę ze sobą kupiony kilka lat temu odbiornik GPS Garmin Oregon 300 (można oczywiście zamiast wypasionego turytycznego odbiornika GPS jakim jest oregon użyć prostego trackloggera lub smartfona z odpowiednim softem).  Pracuje on na akumulatorkach około 12h. Obecnie jet już to model wycofany z produkcji ale na jego miejsce firma Garmin wprowadziła na rynek bardzo podobnie wyglądający produkt lecz o większych możliwościach Oregon 650

Garmin

Potem jak już masz zarejestrowany ślad to tylko wrzucasz go na http://www.everytrail.com/ i masz go ładnie przedstawiony na mapce. Co do możliwośći przedstawienia na jednej mapce śladu z całej podróży to nie widzę problemu. W sumie to dobry pomysł. Postaram się tak zrobić na koniec relacji. Pleasantry.

PS

Oczywiście, ślad można rysować samemu o ile pamięta się którędy się jechało

Podróżnik

Duży Zając
Obrazek użytkownika Duży Zając
Offline
Ostatnio: 11 miesięcy 1 tydzień temu
Rejestracja: 21 sty 2014

Dzięki serdeczne. Czekam na dalsze relacje...

Duży Zając

Gienek
Obrazek użytkownika Gienek
Offline
Ostatnio: 2 miesiące 3 tygodnie temu
Rejestracja: 06 mar 2014

Było to 14 stycznia 2014r. U nas na Podlasiu zaczynała się prawdziwa zima, zaczynało zawiewać drogi a mróz sięgał prawie -20º C. Ludzie wyrwani z ciepłych domów śpieszyli się zmarznięci do pracy a niektórzy utknęli w zaspach. W tym czasie, mnie to na szczęście nie dotyczyło. Byłem na urlopie, nie musiałem iść do pracy. Siedziałem w klimatyzowanym autokarze a za oknem było ponad +20º C. Obserwując otaczający świat aż nie chciało się wierzyć, że tam gdzie mieszkam na co dzień, jest teraz mroźno i biało.
Nasz rezydent, Pan Darek, powiedział nam przez mikrofon, że jako pierwszy punkt programu zobaczymy dziś Białą Świątynię która jest inna niż wszystkie i jest pozaplanowym punktem programu. W tym momencie pomyślałem sobie, że mam już dość oglądania planowych świątyń a co dopiero wspominać o nie planowych. Lepiej pokazaliby nam więcej przyrody a tu widzimy ciągle tylko świątynie i nic więcej :/ Wtedy nie wiedziałem jak bardzo myliłem się. Gdy dojechaliśmy na miejsce naszym oczom ukazała się budowla jakby żywcem wyrwana z bajki o królowej śniegu i bardziej pasowałaby do mojego rodzinnego Podlasia niż do tropikalnej Tajlandii. Było jeszcze dość wcześnie i słońce nie wyglądało zza dachów budynków ale nawet w takim półcieniu budowla wyglądała olśniwająco.

Staliśmy jak wryci i patrzyliśmy się na tą niesamowitą budowlę jakby nie z tego świata. Jest to świątynia która jest jeszcze ciągle w budowie. Projektantem tej świątyni jest współczesnym tajskim artystą. 

„Mówiąc o tej świątyni, nie sposób pominąć nazwiska samego twórcy. To niekonwencjonalne dzieło tworzy Chalermchai Kositpipat, artysta znany i ceniony. Zasłynął przede wszystkim jako malarz, wykorzystujący w swojej twórczości rozmaite wyobrażenia Buddy. W roku 2004 został uhonorowany nagrodą Silpathrn. Ale to Wat Rong Khun ma być dziełem jego życia, zapewniającym nieśmiertelność. „Śmierć może powstrzymać moje marzenie, ale nie może przerwać mojego projektu” - zapowiedział Kositpipat.
Biała Świątynia, zarówno w zamyśle, jak i rzeczywistości opiera się na głębokiej symbolice. Postrzegana jest powszechnie jako współczesne wyobrażenie świątyni buddyjsko-hinduistycznej poświęconej Buddzie. Biel ma odzwierciedlać jego czystość. Wymiar religijny podkreśla religijność artysty i wyraża jego chęć rozprzestrzeniania buddyzmu w Tajlandii i na świecie. To jest główne przesłanie całego projektu. Ściany i monumenty pokryte są dość równomiernie fragmentami szkła, które mieniąc się w słońcu potęgują ten boski wymiar. Białe szkło symbolizuje bowiem mądrość Buddy, która ”świeci jasno na całej kuli ziemskiej i w całym wszechświecie”.
Aby dostać się do głównej części kompleksu trzeba przejść przez most. Ten element ma z kolei symbolizować cykl przejścia od momentu narodzin do wstąpienia do domu Buddy. Mały półokrąg przed mostkiem to świat ludzi, a duży okrąg z kłami to usta Rahu, demona. Generalnie, jest to więc wyobrażenie piekła i cierpienia.”
*

*Opis zaczerpnięto z http://www.travelmaniacy.pl/

Gdy tak staliśmy i gapiliśmy się na tą świątynię to zza dachów budynków wyjrzało słońce. Świątynia zabłysła światłem miliona iskier które emanowało z osadzonych w tynku malutkich lusterek

Podchodząc do świątyni już z daleka można zobaczyć bramę o której wspomniano w powyższym opisie. Wyobrażenie piekła obok mostku działało na wyobraźnię. Szczególnie te mnóstwo rąk które są wyciągnięte w błagalnym geście pomocy. Wygląda to tak jakby potępieńcy którzy przeżuwają ogromne cierpienia, wyciągają ręce w nadziei, że ktoś chwyci ich za rękę i wyciągnie z piekła jednocześnie uwalniając od wiecznego cierpienia.

Kontrastem dla tak straszliwej wizji piekła jest fosa, która moim zdaniem symbolizuje coś przeciwnego do piekła. Pływają w niej kolorowe rybki. Wygląda to tak jakby kolorowe anioły fruwały w chłodnym błękicie nieba.

W piekle potępieńcy wyciągają ręce w błagalnym geście prosząc o pomoc. Robią to wszyscy potępieńcy poza jednym który pokazuje „międzynarodowy znak pokoju”  Kto odnajdzie na poniższym zdjęciu, rękę z czerwonym paznokciem która należy do tego odmiennego potępieńca?

Oczywiście nie mogłem powstrzymać się aby nie pstryknąć sobie fotki pomiędzy kłami demona Rahu.

Potem zrobiliśmy jeszcze kilka fotek naokoło świątyni bo niestety wewnątrz obowiązuje zakaz robienia zdjęć.

Skoro nie można robić zdjęć wewnątrz świątyni to chociaż opiszę wam co tam zobaczyłem. Wnętrze świątyni nie jest białe. Podobnie jak i z zewnątrz tak i wewnątrz świątynia jest pełna symboliki z tym że wewnątrz świątyni symbole są jak najbardziej współczesne i pochodzą ze świata realnego jak i wyimaginowanego. Autor przedstawił na ścianach malunki największych według niego współczesnych złoczyńców takich jak: Usama ibn Ladin, George Bush, Michael Jackson, Predator, Obcy, Darth Vader itp... jak i jego zdaniem największych dobroczyńców takich jak: Matka Teresa z Kalkuty, Batman, Spiderman, Neo z Matrixa itp...

Długo by opisywać co można zobaczyć wewnątrz świątyni. Po prostu trzeba tam pojechać i to zobaczyć.

Obok świątyni stoi złota toaleta.

W środku jest bardzo czysto, a gdy wchodzi się do kabiny to trzeba zdjąć własne buty i założyć przygotowane kapcie.

Idąc do autokaru, ostatni rzut oka na mieniącą się w świetle księżyca świątynię

i czas wsiadać do autokaru.

Na parkingu obok naszego, stała sportowa wersja autokaru 

ale będąc w Azji pewnie nie raz każdy spotkał różne dziwne przeróbki różnego sprzętu.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Po kilku godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w zajeździe który nazywa się Cabbages & Condoms co można przetłumaczyć na polski jako Kapusty i Prezerwatywy. 
Przed wejściem wita nas „uśmiechnięty penis” z napisem Safe Sex.

W około restauracji jest gdzie pospacerować.

oraz można spotkać masę różnych przedmiotów wykonanych z prezerwatyw, tak jak te ubranka na manekinach.

Wracając do nazwy zajazdu to podobno wzięła się ona z tond, że po wojnie wietnamskiej pewien amerykański żołnierz postanowił osiąść w Tajlandii. Gdy tam mieszkał to przeraziło go to, jak na niskim poziomie stoi świadomość seksualna Tajów. Postanowił temu zaradzić i otworzył bar w którym, gdy ktoś kupi miskę bigosu na obiad to dostaję prezerwatywę gratis.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Następnym punktem programu była wytwórnia parasolek. Wszystkie produkowane tam parasolki są wytwarzane ręcznie z naturalnych materiałów i zdobione ręcznie.

Oczywiście poza parasolkami można tam nabyć różnego rodzaju wachlarze oraz zrobić sobie ekstra rysunek na komórce lub aparacie fotograficznym.

Czas w wytwórni parasolek szybko nam minął. Ruszyliśmy ku kolejnemu punktowi programu czyli wytwórni biżuterii. 

CDN...

Podróżnik

Kolka
Obrazek użytkownika Kolka
Offline
Ostatnio: 2 lata 5 miesięcy temu
Rejestracja: 09 wrz 2013

Ta biała świątynia jest przepiękna! I taka inna! Bardzo mi się podoba Smile

Każdy ma swój kawałek świata, który go woła...

Gienek
Obrazek użytkownika Gienek
Offline
Ostatnio: 2 miesiące 3 tygodnie temu
Rejestracja: 06 mar 2014

Przed wytwórnią biżuterii czekał na nas komitet powitalny złożony z kilku hostess.

Po krótkim przywitaniu ruszyliśmy na zwiedzanie. Niestety wewnątrz nie można było robić zdjęć więc zrobiłem tylko kilka fotek. Wewnątrz wszystko było urządzone z przepychem

Na początku oglądaliśmy jak najlepsi w całej Tajlandii jubilerzy wydobywają z kamieni szlachetnych to co w nich najpiękniejsze, jak powolutku coś co na początku niewiele rożni się od zwykłego kamienia przeistacza się w lśniące i mieniące się wieloma kolorami świecidełko, w obiekt westchnień wielu kobiet.

Następnie gdy poznaliśmy już proces produkcyjny biżuterii, zostaliśmy zaprowadzeni do pomieszczenia gdzie mogliśmy dokonywać zakupów. Ceny nie były zachęcające więc skupiliśmy się jedynie na oglądaniu, a było na co popatrzeć.

Muszę przyznać, że biżuteria robiła bardzo miłe wrażenie.
Po wizycie w wytwórni biżuterii ruszyliśmy do wytwórni jedwabiu. Tu na szczęście można już było robić zdjęcia więc trochę napstrykałem.
Podobnie jak poprzednio na początku poznawaliśmy proces produkcyjny jedwabiu który wygląda mniej więcej tak.

Motyl składa jaja i wylęgają się gąsienice.

Gąsienice są bardzo żarłoczne więc potrzebują dużo roślinek do zjedzenia. W miarę wzrostu powoli zmieniają swój kolor na żółty.

Powoli zaczynają tworzyć kokony.

Kokony robią się coraz większe i większe a robaczki które siedzą w środku zaczynają powoli przeistaczać się w motyle.

Teraz trzeba wyczuć dokładnie moment w którym motyl będzie chciał wyjść z kokonu, bo jeśli motyl wyjdzie z kokonu to wychodząc zniszczy nitki z którego kokon jest wykonany i nie będzie można ich użyć do tworzenia nici.

Tuż przed wyjściem motyli z kokonów, kokony wrzuca się do wrzątku. Siedzące wewnątrz kokonów motyle giną w okropnych męczarniach a ich kokony są rozwijane i przerabiane na nici.

Uzyskane z kokonów nici tkane są na rożno kolorowe materiały lub robione z nich są swetry. Tak. Jedwabny sweter to nie żart. Widziałem kilka takich w wytwórni jedwabiu. Są bardzo mięciutkie i nie gryzą tak jak nasze zrobione z wełny owczej.

Gotowe wyroby wyglądają tak:

Ze względu na to, że na zwiedzanie wytwórni jedwabiu było przewidziane zbyt dużo czasu a już zaczynało nam się trochę nudzić więc postanowiliśmy wpaść już całkowicie indywidualnie do wytwórni wyrobów z kamieni półszlachetnych.

Można było tam zobaczyć i kupić różne wyroby z ametystów, malachitów, awenturynów, bursztynów, agatów itp...

Ceny nie były niższe niż biżuterii z kamieni szlachetnych więc skupiliśmy się jedynie na ogladaniu.

Późnym popołudniem dotarliśmy do naszego nowego hotelu w ktorym mieliśmy się zatrzymać kilka dni.

Hotel Lotus jest to wielki kilkunastopiętrowy budynek z pustym wnętrzem.

Na poszczególne piętra gości dowożą trzy windy.

Niestyty wtedy gdy my gościliśmy tym hotelu to były wielkie problemy z windami i nie raz szybciej było zejść po schodach z samej góry hotelu niż doczekać się windy.

Pod wieczór tego dnia w programie mieliśmy jeszcze wizytę w salonie masażu. Gdy dotarliśmy na miejsce to zostaliśmy podzieleni po dwie osoby na jedną kabinę. Myślałem, że to będzie masaż przyjemny i delikatny. Nic bardziej mylnego. Masaż który nam zaserwowano był bardzo mocny a wręcz bolesny i przypominał raczej łamanie kołem niż masowanie i trwał około dwóch godzin. Myślałem, że nie wyjdę z niego w jednym kawałku ale pomimo moich obaw po masażu czułem się bardzo świeży i odprężony.

Do hotelu wróciliśmy późnym wieczorem. Następnego dnia mieliśmy według programu odwiedzić wioskę słoni.

Podróżnik

sigma001
Obrazek użytkownika sigma001
Offline
Ostatnio: 2 dni 15 godzin temu
Rejestracja: 03 paź 2013

W związku z tym że wątek lekko zamarł polecam osobom wybierajacym się na tą imprezę  wynajęcie tuk-tuków ( cena 30 zł na pojazd na pół dnia) i samodzielne zwiedzanie świątyń w Chiang Mai przed odjazdem pociągu do Bangkoku - zresztą kultowego - koniecznie w nocy odwiedzić wagon resteuracyjny, super nocna imprezka.

Zamieszczam parę fotek z samodzielnego zwiedzania swiatyń Chiang-Mai

sigma001
Obrazek użytkownika sigma001
Offline
Ostatnio: 2 dni 15 godzin temu
Rejestracja: 03 paź 2013

Od 9.00 do 13.00 zwiedziliśmy 4 świątynie, niestety nazw już nie pamiętam

Gienek
Obrazek użytkownika Gienek
Offline
Ostatnio: 2 miesiące 3 tygodnie temu
Rejestracja: 06 mar 2014

Natłok obowiązków spowodował, że nie mam czasu na pisanie ale tak jak każdą poprzednią relację, tak i tą relację dokończę

Z samego rana ruszyliśmy do wioski słoni. Tego dnia mieliśmy w końcu mieć styczność z przyrodą Tajlandii. Po przybyciu do wioski zauważyliśmy, że to miejsce ma niestety niewiele wspólnego z dziewiczą przyrodą tego pięknego miasta. Jest podobnie jak inne miejsca w które zawozi się turystów obiektem wysoce komercyjnym. Na szczęście poza wszechobecnymi sklepami z pamiątkami było też mnóstwo słoni które ku uciesze turystów, na polecenie swych panów wykonywały różne sztuczki. Nieopodal znajdował się pomost z który ułatwiał turystom dosiadanie słoni.

Na początku poszliśmy trochę dalej aby obejrzeć poranną toaletę tych dużych zwierzaków. Opiekunowie słoni kładli swe zwierzaki w rzece i je szorowali szczotkami. Najwyraźniej ta czynność bardzo podobała się zwierzakom ponieważ z miłą chęcią poddawały się one wszelkim zabiegom „pielęgnacyjnym” swych panów. Gdy już słonie były czyściutkie to za opiekuńczość swych „jeźdźców”, ku uciesze publiczności, odwdzięczyły się „koncertem na trąbach”, a jeden z mich stając na tylnych nogach, tym którzy nie oddalili się na czas na bezpieczną odległość zafundował poranny zimny prysznic.

Gdy tak stałem i patrzyłem na popisujące się słonie raptem poczułem na łydce coś zimnego i mokrego. Gdy spojrzałem w kierunku mojej nogi to zauważyłem, że słoń który wiózł na swym grzebiecie, nieopodal platformy na której stałem, turystkę, postanowił sprawdzić jaka jest w dotyku skóra białego człowieka i owinął trąbą moją nogę. Trochę się wystraszyłem, ale na szczęście słoń nie miał zbyt dużo czasu na swe badania bo był poganiany przez swego pana. Zostawiwszy w spokoju moją nogę ruszył z ładunkiem na plecach w dalszą drogę.

W końcu przyszedł czas na właściwy pokaz umiejętności, tych wielkich i wbrew pozorom jakie sprawiają bardzo sprawnych zwierzaków.
Przywitał nas korowód słoni w którym pierwsze niosły w swych trąbach napisz „Welcome To Maetang Elephant Park”. Korowód wyglądał bardzo fajnie. Słonie szły w rządku i każdy następny trzymał swego poprzednika za ogon.

Potem była ogólna prezentacja słoni. W głośnikach jakaś pani opowiadała o słoniach a pan demonstrował swego zwierzaka

Gdy już wszystko opowiedziano nam o słoniach to słonie zademonstrowały nam swoje umiejętności malarskie

 

Szczerze powiedziawszy to nie wiem czy sam potrafiłbym tak namalować. Potem słonie zażądały zapłaty za pokaz talentu malarskiego, w postaci trzciny cukrowej i bananów.

Poza talentem malarskim słonie pokazały nam jak potrafią grać w piłkę. Nie sądziłem, że te ogromne, z pozoru niezgrabne zwierzęta, potrafią tak sprawnie poruszać się.

Po pokazach przyszła kolej na przejażdżkę na słoniu. Siedzisko na którym siedzieliśmy znacznie różniło się od tego jakie znałem ze Sri Lanki. Tamto było sześcioosobowe i siedziało się na nim bardzo stabilnie, te tajskie na którym jechaliśmy było dwu osobowe i siedziało się na nim bardzo niestabilnie. Trzeba było mocno się trzymać żeby nie spaść. U innych, kierowcy słoni co chwilę zatrzymywali się, brali od swoich pasażerów aparaty i robili im zdjęcia za co otrzymywali napiwki. Nasz kierowca słonia okazał się strasznie nie przedsiębiorczy i ani razu nie chciał się zatrzymać aby zrobić nam zdjęcie. Za to poganiał non stop słonia i sprawił, że nasza podróż była chyba najkrótsza ze wszystkich. Wyjechaliśmy jako jedni z ostatnich a przybyliśmy na metę jako jedni z pierwszych. Pomimo niezbyt „fajnego poganiacza słonia” mogliśmy podziwiać widoki które były naprawdę fajne.

Przejażdżka na słoniu bardzo szybko minęła i była naprawdę wielką frajdą. Gdy już zeszliśmy na ląd to przybiegło do nas słoniątko które było bardzo ciekawe i rządne zabawy.

W Tajlandii stawiają na słupach takie małe budki na słupach a obok nich napoje. Pewnie to są jakieś obiekty religijne. Słoniątko wsadziło trąbę do jednej z takich budek i wywaliło z tamtąd co tylko się dało

Następnym punktem programu była przejażdżka bryczką ciągniętą przez woły. Co prawda nie było to tak ekscytujące jak przejażdżka na słoniach ale też mi się to bardzo podobało.

Po przejażdżce bryczką odwiedziliśmy nowo narodzonego słonika

Staliśmy i gapiliśmy się na słoniątko tak długo, ąż jego mama zaniepokoiła się i postanowiła stanąć pomiędzy nami a dzidziusiem.

Nie chcąc dłużej niepokoić mamy ruszyliśmy ku następnemu punktowi programu, czyli przejażdżce tratwą po rzece Mae Taeng

W miejscu w którym płynęliśmy rzeka była płytka i bardzo powoli toczyła swoje wody. Oba brzegi rzeki były porośnięte bujnym tropikalnym lasem deszczowym

W około panował spokój i cisza którą zakłócał jedynie cichy plusk wody i śpiew ptaków. W powietrzu było czuć wilgotną bryzę i zapach przyrody. Jakże to było odmienne miejsce od tego które widziałem w Bangkoku. Błogi spokój i dzika przyroda czyli to co lubię najbardziej.

Od czasu do czasu mijaliśmy jakieś domki lub turystów jadących na słoniach.

Co fajne to szybko się kończy. Po spotkaniu z piękną Tajlandzką przyrodą pojechaliśmy do ośrodka w którym wykonuje się biżuterię ze storczyków. Naprawdę było na co popatrzeć. Oczywiście kupiłem żonie małe co nieco.

Kolejnym punktem programu była wizyta w świątyni Doi Suthep. Świątynia jak każda inna świątynia Buddyjska. Może jakbyśmy widzieli jedną lub dwie świątynie to by mnie zachwyciła. Wcześniej widzieliśmy ich mnóstwo więc dla mnie to był tylko kolejny nudny punkt programu po bardzo ciekawie spędzonym dniu. Jak ona wyglądała to zamieszczam poniżej

Wieczorem wróciliśmy do hotelu. Widok jaki mieliśmy z okna przedstawiają poniższe zdjęcia

Wieczór spędziliśmy w basenie hotelowym. Kolejnego dnia wybieraliśmy się zupełnie indywidualnie do tygrysów. Tiger Kingdom to chyba było najfajniejsze co widzieliśmy na wycieczce. CDN...

Podróżnik

Gienek
Obrazek użytkownika Gienek
Offline
Ostatnio: 2 miesiące 3 tygodnie temu
Rejestracja: 06 mar 2014

No i zaczął się kolejny dzień. Po szybciutkim porannym śniadanku, szybciutko zabraliśmy sprzęt fotograficzny i pośpiesznym krokiem udaliśmy się na parking hotelowy. Niestety aby dojść do parkingu hotelowego to trzeba było najpierw skorzystać z którejś z hotelowych wind co wbrew pozorom nie było wcale takie proste. W okresie w który mieszkaliśmy, hotel Lotus miał olbrzymie problemy techniczne z windami i aby zjechać z 10 piętra nie raz trzeba było odczekać nawet i pół godziny. Niejednokrotnie decydowaliśmy się na zejście po schodach. Na szczęście tym razem nie było zbyt dużo osób oczekujących na windę, więc udało nam się zjechać bez najmniejszego problemu.
Na dole czekała już na nas zarezerwowana przez naszego rezydenta taksówka. Ze względu, że wyprawa do tygrysów była zupełnie naszą indywidualną zachcianką, więc jechaliśmy tam w kilka osób bez pana Darka.
Po około półgodzinnej podróży dotarliśmy w końcu na miejsce. Po wejściu na teren tego półotwartego ZOO od razu zobaczyliśmy tygrysy.

a potem przed kasą biletową dopadły nas wątpliwości które tygryski mamy odwiedzić. Do wyboru były: smaller, small, medium, big . Oczywiście można było kupić pakiety zawierające kilka „rozmiarów” tygrysów do głaskanie i przytulania. My wybraliśmy small i medium. Po kupnie biletów podpisuje się oświadczenie, że wchodzi się na własne ryzyko i zjedzenie przez tygrysa nie upoważnia rodzinę do dochodzenia odszkodowania.
Po dopełnieniu formalności w końcu ruszyliśmy na zwiedzanie Królestwa Tygrysów.

Na początku poszliśmy do małych tygrysów. Małe to one były tylko z nazwy. W rzeczywistości miały rozmiar dość sporego psa. Po chwili oczekiwania pod drzwiami klatki w końcu zostaliśmy wpuszczeni do środka.

Szczerze powiedziawszy, to pomimo obecności opiekunów, czułem się dość nieswojo gdy obok mnie harcowało kilka młodych tygrysów wielkości wilczura.

W końcu opiekunom udało się trochę uspokoić rozbrykane kociaki i w końcu było można zbliżyć się do nich,

a nawet pogłaskać je lub podrapać po brzuszku.

Zawsze myślałem, że tygrysy są w dotyku podobne do kotów domowych, czyli mięciutkie i pluszowe. Nic bardziej mylnego. Tygrysy mają sztywną, szorstką, szczeciniastą sierść.

Tygryski, gdy tylko nadarzała się taka sposobność, to natychmiast oddawały się zabawom i swawolom

Gdy już wygłaskaliśmy do woli małe tygryski to przyszła kolej na wizytę u średnich tygrysów. Musieliśmy odczekać chwilę przed klatką aż wyjdzie poprzednia grupa turystów i dopiero po dłuższej chwili zostaliśmy wpuszczeni do środka.

Natychmiast przywitała nas gromada tygrysich wyrostków z których pewnie każdy ważył ponad 100kg. Najwyraźniej coś przykuło uwagę tygrysów po drugiej stronie ogrodzenie ponieważ tłumnie gromadziły się przy siatce ogrodzeniowej. Obsługa ZOO w pośpiechu wieszała plandekę, aby zasłonić tygrysom widok.

 

Dopiero po dłuższej chwili tygrysy uspokoiły się na tyle, że można było do nich podejść, dotknąć je i przytulić się.

Gdy już wygłaskaliśmy do woli tygryski, to poszliśmy na dalsze zwiedzanie ZOO. Co prawda nie mogliśmy już wchodzić do klatek bo wykupiliśmy wstęp tylko do małych i średnich tygrysków ale oglądać zwierzaki przez kraty mogliśmy do woli.

Spacerując trafiliśmy na czterodniowe kociaki które smacznie spały w specjalnie przygotowanym dla nich koszyku.

Trochę dalej, na stole leżał olbrzymi albinos i pieczołowicie zajmował się czyszczeniem swego futra. 

Był też lew i cała masa innych tygrysów.

 

Wróciliśmy z królestwa tygrysów rozpromienieni i pełni wrażeń. To naprawdę było ekscytujące przeżycie. Polecam odwiedzenie królestwa tygrysów wszystkim miłośnikom zwierząt i odrobiny ryzyka.

Nasz pobyt w hotelu Lotus dobiegał powoli końca. Resztę wolnego czasu spędziliśmy w basenie który był na siódmym piętrze.

Wieczorem, autokarem udaliśmy się na dworzec kolejowy. Tam wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Bangkoku.

W czasie drogi oczywiście imprezka na całego. Drinkowanie, dowcipy i podziwianie widoków za oknem aż do późnego wieczora. Około godziny 21:00 obsługa pociągu, siedzenia przeobraziła w łóżka i wszyscy poszliśmy spać. Podczas nocnej podróży, przebyliśmy 753km. Trasę którą jechaliśmy można zobaczyć na mapie pod linkiem poniżej.

Droga z Chiang Mai do bangkoku

Muszę przyznać, że pociągiem jechało się o wiele bardziej wygodnie niż autokarem.

Do Bangkoku dotarliśmy z rana. Zjedliśmy śniadanie w tej samej restauracji w której jedliśmy pierwsze śniadanie po przylocie do Tajlandii i ruszyliśmy autokarem w kierunku Pattayi. W ten sposób zakończyła się część objazdowa Baśniowej Tajlandii. CDN...

Podróżnik

alex777
Obrazek użytkownika alex777
Offline
Ostatnio: 3 lata 1 miesiąc temu
Rejestracja: 27 paź 2013

Super relacja Gienek ! Można poznać program i realia objazdówki z biurem podróży ...

Niedługo ruszam podobną trasą także wiele informacji i wskazówek b. cennych !

Chętnie poczytam ciąg dalszy Wink

Strony

Wyszukaj w trip4cheap