--------------------

____________________

 

 

 



KOSTARYKA - dlaczego warto tam jechać?

296 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 5 lat 11 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013
KOSTARYKA - dlaczego warto tam jechać?

Ta podróż rozpoczęła się w Panamie... Można o tym przeczytać w relacji "PANAMA - dlaczego warto tam jechać?"

Jednak głównym celem podróży było poznanie Kostaryki. Mając do dyspozycji zaledwie  trzy  tygodnie mocno trzeba się zastanowić, co chcemy w tym wielce zróżnicowanym kraju zobaczyć....

We wstępie do tamtej relacji opisałam dlaczego zdecydowałam się na wybór  akurat tej  części  świata na swą kolejną podróż, opisałam przygotowania do niej, czym się sugerowałam wybierając konkretne rejony kraju, hotele, parki narodowe.

A że wybór był bardzo  trudny - bo to niezwykle piękny i interesujący kraj, posiadający dwa oceany, wulkany, góry, tropikalne dżungle, wodospady, górskie rzeki, malownicze plaże, a przede wszystkim wspaniałą florę i faunę -  może kogoś zainteresują te moje wstępne przemyślenia i ewentualnie skorzysta z nich planując własną  podróż.

I dlatego proponuję rozpoczęcie wspólnej wedrówki przez Kostarykę od przeczytania pierwszych dwóch stron wspomianej wyżej relacji.

 =====================================================================

CZĘŚĆ II - KOSTARYKA

Lot z Panama City do San Jose – stolicy Kostaryki - trwa około półtorej godziny. Teraz już różnica czasu w stosunku do Polski wzrosa o godzinę i wynosi 7 godzin.

Gdy lądujemy jest już czarna noc, pod nami morze świateł - to stolica. Nie żadna tam wielka metropolia, ale - rozrzucona na wzgórzach - zdaje się być w nocy taką właśnie...

Lotnisko jest zlokalizowane około 20 km od miasta stołecznego w Alajueli.

Tutaj też mamy zarezerwowany hotelik Vista Linda Montana prowadzony przez niemieckie małżeństwo, które parę lat temu przyjechało do Kostaryki na wakacje i postanowiło tu osiąść na stałe.

Renate zaofiarowała się odebrać nas z lotniska – miło z jej strony.

W drodze do hotelu mówimy, że jesteśmy wdzięczni, ale niepotrzebnie się po nocy fatygowała, bo mogliśmy przecież wziąć taxi.

I tu się cała tajemnica wyjawia.

Otóż w Kostaryce nie ma adresów. Jedynie w centrach większych miast są avenidy (aleje) i calle (ulice) ponumerowane i przecinające się pod kątem prostym.

Ponieważ nie chciałam brać hotelu w miasteczku, wybrałam już właściwie na wsi, więc Renate tłumaczy nam, że nie każdy kierowca taxi wie, gdzie się jej malutki hotelik znajduje. Woli więc sama odbierać gości z lotniska.

Dopytuję jak zatem ktokolwiek ( listonosz, pogotowie) namierza odpowieni adres. Otóż określa się opisowo, np 400 metrów za kościołem, albo trzy przecznice od restauracji X. Nie bardzo sobie wyobrażam jak to funcjonuje, ale już nie chce mi się dyskutować. Tymbardziej, że rozmawiamy z Renatą w mixie językowym niemiecko-angielskim, jako że Renata nauczyła się hiszpańskiego, a angielski zaledwie liznęła...

Po 20 minutach dojeżdżamy na miejsce. Piękny, ogromny zadbany ogród, spory pokój z takąż łazienką, tradycyjnie, z niemieckim "polotem" urządzony.

Szybko idziemy spać.

Gdy budzę się następnego dnia wcześnie rano - dopiero świta.

Wychodzę na tarasik, by luknąć na okolicę, ale rześki chłód powoduje cofkę do pokoju, by coś na siebie narzucić. To nie to co parne, wilgotne powietrze Panamy.

I dopiero teraz dociera do mnie, że znajdujemy się w górach. Nasz hotelik leży na wysokości 1400 metrów, a Zakopane na 900 metrach. Nic dziwnego, że poranki są chłodne.

Zarówno San Jose, jak i kilka satelitarnych większych miast Kostaryki – w tym także Alajuela - leży na Mesecie Centralnej, otoczonej górami. To właśnie tutaj mieszka przeszło 60 % ludności kraju.

Siadam na bambusowym foteliku i obserwuję jak wschodzące słońce stopniowo podświetla okoliczne wzgórza.

Wokół piękna roślinność, niewielkie domki, idealna cisza, w dali widać wyższe góry zasnute chmurami.

To gdzieś tam właśnie wznosi się najwyższy w okolicy wulkan Poas o wysokości przeszło 2700 metrów.

 

Gdy słońce wschodzi wyżej idę na obchód ogrodu.

Na łagodnym zboczu stoi nasz hotelik, nieco z boku domek właścicieli wraz z recepcją. Jest tu 7 pokojów, plus jeden duży apartament dla większej rodzinki.

Wszystko to otoczone dużym, bardzo zadbanym ogrodem z cudowną roślinnością.

Śniadanie, na który składa sie serek, wędlina, kawałek pomidora, toasty, dżem oraz sporo tutejszych owoców i kawa, jemy w otwartej śniadalni, która jest jednocześnie kuchnią z pełnym wyposażeniem dostępną dla gości.

Zostawiamy u właścicielki jedną walizeczkę z zimowymi ciuchami, w których wyjechaliśmy z kraju i czekamy na Ines – naszą kierowco-przewodniczkę po Kostaryce, która zawiezie nas dzisiaj nad Pacyfik.

Odpuściliśmy sobie tym razem wynajęcie samochodu i poszukiwałam kierowcy. Korespondowałam z kilkoma, może nawet bardziej profesjonalnymi ( lepszy angielski!!!!), ale w końcu zdecydowałam się na Ines. Podobnie, jak Luciano w Panamie, tak i ona spisali się na medal.

Walutą obowiązującą w Kostaryce są colony. 1 $ to 520-530 colonów, taki był kurs w czasie naszego pobytu. My dla ułatwienia przyjmowaliśmy przelicznik 500 colonów =1 $.

Na samym początku pobytu wymieniamy u Renaty 200 $, żeby mieć na drobne zakupy w małych sklepikach, czy u przydrożnych sprzedawców (owoce, soki), ale tak naprawdę wszystko i prawie wszedzie można kupić za dolary. Natomiast Euro raczej nikogo tu nie zadowoli, choć głowy nie dam za tą informację, bo mieliśmy tylko $$$.

Koniecznie trzeba mieć banknoty o niższych nominałach, najlepiej 10, 20 $, z setką jest już duży problem, chyba że płacimy za hotel.

W bankach i przy automatach widywaliśmy spore kolejki i obsługa jest bardzo powolna.... nie warto więc tracić czasu.

Prawie wszędzie jest też możliwość płacenia kartą, oczywiście oprócz tych stoisk przydrożnych i malutkich sklepików czy knajpek.

Ines też jest punktualna, przyjeżdża swoim terenowym hundayem nawet przed czasem.

No to w drogę na zachodnie wybrzeże!!!

Początkowo gęsta zabudowa ciągnie się przez kilkanaście kilometrów, takie ni to miasteczka, ni to wioski. Wiekszość domków porządnych, murowanych, ale zdarzają się też ubogie, rozwalające się chatki. Charakterystyczne są wysokie stalowe ogrodzenia, coś jak kraty broniące dostępu do całego obejścia wraz z ogódkami.

Więc może jednak jest niebezpiecznie?????

Pojawiają się pastwiska z beżowymi garbatymi krówkami. Poraża wszechobecna soczysta zieleń...

Następnie wjeżdżamy z rejon wyższych gór. Ines wybiera dłuższą, ale bardziej malowniczą drogę, bo można jechać szybszą płatną autostradą Panamericana, która biegnie z Alaski aż do Argentyny z niewielkimi przerwami.

Góry poprzecinane są dolinami ze strumieniami, małe wioski przycupnęły na zboczach,wszędzie bujna roślinność, kwiaty.

No i rozjechany na drodze pancernik...żal.

Dojeżdżamy do miasteczka Orotina, która leży w centrum upraw mango. Na łagodnych zboczach wszędzie widać te piękne, dostojne drzewa obwieszone owocami o różnym stopniu rozwoju.

Generalnie jest jeszcze przed pełnią sezonu na te moje ulubione owoce, ale sporo już jest dojrzałych.

Ines nie mówi tak dobrze po angielsku jak Luciano, ale się dogadujemy....

Jest bardzo sympatyczna, zatrzymuje się, gdzie chcemy, opowiada o swym kraju, rodzinie, zwyczajach.

Przy okazji łapiemy parę hiszpańskich słówek!

Kolejny przystanek przy rzece Tarcoles słynącej z krokodyli.

Od parkingu trzeba kawałek dojść.

Podobno jest tu takie zagęszczenie krokodyli, jak rzadko gdzie na świecie.

Ale one nie są bezinteresowne, przypływają z całej okolicy, bo lokalesi dokarmiają je czym się da, najczęściej resztkami kurczaków, by przyciągały turystów.

A turyści dają im zarobić, bo wejdą do knajpek zlokalizowanych w okolicy, kupią owoce, napoje, pamiątki. Jeszcze inni popłyną na wycieczkę łodzią po rzece pełnej krokodyli.

Wprawdzie dzisiaj nie ma dokarmiaczy, ale fajnie tak popatrzeć na te mordeczki wpatrujące się z nadzieją w ludzi oglądających je z mostu. My niestety nie mamy dla nich żadnych smakowitych kąsków...

Ines opowiada nam historię nawalonego turysty z Nikaragui, który się założył z kolegami, że wykąpie się w tym miejscu. No i ciągu kilku minut cztery krokodyle miały lepszą wyżerkę niż szkielety kurczakowe...

A jest przecież ostrzeżenie, żeby z mostu nie skakać!!!!

Chyba coś w tym jest, bo jakoś nikt nie ma ochoty zejść z mostu na brzeg rzeki, by im się przyjrzeć z bliska...

Wracając na parking kupujemy moje ukochane mango – 2$ za cztery sztuki.

Straganów i sklepików jest tutaj mnóstwo. Kazdy chce zarobić na krokodylkach!

Rzeka Tarcoles płynie na granicy Parku Narodowego Carara. Park zresztą ma nazwę pochodzącą z języka tutejszych Indian, gdyż "carara" to po ichniemu "krokodyl". Nie jest on zbyt duży, ale z racji tego, że położony jest w pobliżu szosy, a co za tym idzie łatwo dostępny, wielu turystów go odwiedza.

Okolica jest bardzo ładna. Z jednej strony dżungla na wzgórzach, a z drugiej nizinne podmokłe łąki.

Stąd już tylko kawałek do ujścia rzeki w Pacyfiku.

Około 3 kilometry za mostem jest wejście do Parku w Quebrada Bonita. Zatrzymujemy się na chwilę, by rzucić okiem....

Dalsza trasa wiedzie wzdłuż Carara National Park. Od czasu do czasu kierunkowskazy w stronę oceanu informują o znajdujących się nad brzegiem hotelach.

Wkrótce dojeżdżamy do wjazdu do naszego Punta Leona Beach Hotel.

Szlaban, musimy pokazać rezerwację, gdzieś tam dzwonią, wypisują Ines przepustkę na wjazd samochodem, wreszcie szlaban idzie w górę.

Teren hotelu jest ogromny, jedziemy jeszcze jakieś 7-8 kilometrów przez pagórkowaty teren leśny zanim dotrzemy do recepcji.

Żegnamy się na cztery dni z Ines i omawiamy godzinę odbioru z hotelu.

Recepcjoniska z dumą nas informuje, że w tych samych domkach, w których my będziemy mieszkać, zatrzymała się ekipa filmu "Columbus 1492", w czasie jego kręcenia. Pamiętam z tego filmu tylko fantastyczną muzykę Vangelisa i Gerarda Depardieu w roki Kolumba. Muszę obejrzeć ponownie, może poznam jakieś widoczki...

W recepcji załatwiamy formalności meldunkowe, zakładają nam opaski na rączki, ale pokoju nie dostajemy, bo dopiero 12, a pokój można dostać od 15.

Teren hotelowy robi na nas bardzo korzystne wrażenie, tonie w bujnej zieleni, a to najważniejsze!

Zostawiamy bambetle w przechowalni, przebieramy się w stroje plażowe i idziemy na plażę zobaczyć Pacyfik.

Dalsza trasa wiedzie wzdłuż Carara National Park. Od czasu do czasu kierunkowskazy w stronę oceanu informują o znajdujących się nad brzegiem hotelach.

Wkrótce dojeżdżamy do wjazdu do naszego Punta Leona Beach Hotel.

Szlaban, musimy pokazać rezerwację, gdzieś tam dzwonią, wypisują Ines przepustkę na wjazd samochodem, wreszcie szlaban idzie w górę.

Teren hotelu jest ogromny, jedziemy jeszcze jakieś 7-8 kilometrów przez pagórkowaty teren leśny zanim dotrzemy do recepcji.

Żegnamy się na cztery dni z Ines i omawiamy godzinę odbioru z hotelu.

 Wita nas taki rezydent....

Recepcjoniska z dumą nas informuje, że w tych samych domkach, w których my będziemy mieszkać, zatrzymała się ekipa filmu "Columbus 1492", w czasie jego kręcenia. Pamiętam z tego filmu tylko fantastyczną muzykę Vangelisa i Gerarda Depardieu w roki Kolumba. Muszę obejrzeć ponownie, może poznam jakieś widoczki...

W recepcji załatwiamy formalności meldunkowe, zakładają nam opaski na rączki, ale pokoju nie dostajemy, bo dopiero 12, a pokój można dostać od 15.

Teren hotelowy robi na nas bardzo korzystne wrażenie, tonie w bujnej zieleni, a to najważniejsze!

Zostawiamy bambetle w przechowalni, przebieramy się w stroje plażowe i idziemy na plażę zobaczyć Pacyfik.

Hotel ma dwie plaże, ta bliższa recepcji to Playa Manta, szeroka piaszczysta, ale piaseczek niezbyt złocisty. Fale duże, pływać za bardzo się nie da, tym bardziej że wszędzie ostrzeżenia o silnym prądzie wstecznym wciągającym w głąb oceanu. Ale i tak wszyscy się kąpią....

Woda cudowna 28 -29 stopni, to jest to, co lubimy..

Idziemy na dziką końcówkę plaży, gdzie kompletnie nie ma ludzi i tam zalegamy pod gęstymi drzewami.

Obok wpada do oceanu strumyczek.

Pomimo, że nie mamy jeszcze swego dachu nad głową, jesteśmy pełnoprawnymi gośćmi, możemy wziąć ręczniki, pić i jeść do woli.

 No to bierzemy po pinacoladzie w barku plażowym.

Gdy mija godzina trzecia wracamy do recepcji, dostajemy klucz i busikiem odwożą nas do naszego domku.

Domki położone są w gęstej dżungli, dość daleko od plaży i recepcji. Za to blisko do restauracji.

Jest ich bardzo dużo i są podzielone na sektory odpowiadające nazwom poszczególnych krajów Ameryki Środkowej np: Honduras, Haiti, Gwatemala. My dostajemy domek w sektorze o nazwie Panama, a więc drugi już raz w czasie tej podróży jesteśmy w Panamie.

Domek nie jest zbyt duży, ale całkiem wystarczający.

Wyposażenie też OK, klima, lodówka, suszarka, no i tarasik z drewnianymi mebelkami.

Na trzy noce nie warto tracić czasu na rozpakowywanie walizki.

Teraz gnamy obejrzeć drugą plażę hotelową - Playa Blanca.

Lubimy chodzić, ale żar się z nieba leje, a nie przypuszczaliśmy, że to jednak będzie tak daleko. I jeszcze w dodatku te strome podejścia, zakręty, mamy dość!

Gdy przejeżdża shuttle – busik machamy ręką...staje i podróż kontynuujemy w klimatyzowanym luksusie.

Takie busiki jeżdżą po całym terenie i wożą ludzi pomiędzy domkami, recepcją, restauracjami, i dwoma plażami, bo teren jest rzeczywiście bardzo rozległy.

Playa Blanca jest zdecydowanie ładniejsza niż Playa Manta, która nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia.

 

Tu jest jaśniejszy piaseczek, palemki zwieszają się nad plażą i ocean jest spokojniejszy.

 Tuż nad plażą jest fajna restauracja, która stanie się naszą ulubioną.

Wieczorami nic się nie dzieje, nie ma żadnych atrakcjo-animacji, w każdym razie w tym czasie, gdy my jesteśmy.

No to idziemy spać z kurami...

Kolejny dzionek wita nas słońcem. Na wybrzeżu Pacyfiku w okresie od grudnia do końca kwietnia jest pora sucha, a co za tym idzie pogoda jest raczej murowana. Pewnie, że po niebie krążą chmury, ale raczej deszcz z nich nie spadnie.

Zupełnie inna sytuacja jest na wschodnim wybrzeżu karaibskim. Tam ulewa zdarzyć się może zawsze i nie ma tak ściśle wyodrębnionej pory deszczowej i suchej.

O świcie swe trele zaczynają ptaki. Przyznam się szczerze, że nie za bardzo znam się na egzotycznych ptaszkach, a te są tu naprawdę ładne i licznie reprezentowane. Niestety foty robione naszym aparatem bez możliwości przybliżenia są rewelacyjne inaczej...

Kolonia naszych domków jest z dala od plaży, ale blisko od jednej z restauracji, w której serwowane są posiłki.

A zatem do śniadalni mamy bliziutko i już się cieszę, że zobaczę małpki czające się, by ukraść jedzonko, gdy tylko ktoś się ruszy od stolika po dalsze dostawy...

Pisał o tym Filos, pisało wiele osób relacjonujących swój pobyt w Punta Leona. Niektórzy traktują to jako fajną przygodę w tropikalnej śniadalni, zdecydowana większość jako skandaliczne niedopatrzenie hotelu.

I co???? Wielkie rozczarowanie!!!!! Małpek niet, ani jednej....

Okazuje się, że te krytyczne uwagi dotyczące ataku małpek kapucynek w czasie posiłków kierownictwo tak sobie wzięło do serca, że na całą odkrytą ze wszystkich stron (jest tylko zadaszenie) restaurację narzucono gęstą, w dodatku czarną siatkę.

Fakt, małpie gangi już nie grasują, w ogóle na znak protestu wyniosły się z terenów hotelowych.

Ale ja czuję się jak w więzieniu....no i żal, że sobie w czasie śniadania małpich figli nie pooglądam, bo takie animacje akurat lubię.

Jak to trudno wszystkim dogodzić!

 Wchodzimy do restauracji...

Śniadanie bardzo urozmaicone. Jest wersja śniadaniowa dla Ticos ( przypominam, że to nazwa Kostarykańczyków) i wersja amerykańsko-europejska.

Próbujemy najpopularniejszą tutejszą potrawę śniadaniową – gallo pinto, czyli malowany kogut. Jest to ryż zasmażany z cebulką, papryką chili oraz jakimiś lokalnymi przyprawami i czarną fasolą.

Bardzo mi to smakuje, do tego smażone na słodko banany. Smaczne sa też tortille z przyrządzonym na ostro serem.

Różne wersje potraw na bazie jajek. Dużo soków owocowych, a co najważniejsze swieżych owoców.

Jest jeszcze sporo serów, wędlin, kiełbasek, duży wybór płatków, pieczywa i ciast. Ale tego nie ruszam.

Ale najfajniejszy jest sam spacer do i z restauracji przez te dżunglowate ogrody...

Filos
Obrazek użytkownika Filos
Offline
Ostatnio: 6 lat 7 miesięcy temu
Rejestracja: 03 wrz 2013

Apisku małpek nie było ani razu? JAk oni to zrobili, ż emałpki nie przychodzą?

Siatka nad restauracją była jak ja byłem w tym hotelu ale malpek i tak bylo bardzo dużo. Jak zaczynało świtać to biegły po drzewach z całego lasu prosto do restauracji. Był taki szum i krzyki, że od razu wiedzieliśmy, że czas na śniadanie. 

Apisku a papugi Ary? Nic nie napisałaś powyżej. Nie lataly z krzykiem Wam nad głowami? N Atych wszytkich drzewach przy Playa Manta było ich zawsze dużo a na Playa Blanca to juz istny krzyk. 

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 5 lat 11 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Filosku, małpek w ogóle na terenie nie było. Pewnie na znak protestu się wyniosły.

Siatki szczelnie zakrywały od zadaszenia aż po podłogi boki restauracji, więc nawet malutka nie dostałaby się do wnętrza....

Z papugami to był okres wylęgu, bo zapytałam o to przewodnika, z którym byliśmy na porannym obserwowaniu ptaków.

Jak jest ten okres, to one (tata i mama ) siedzą na jajach i rzadko opuszczają gniazdo. Tylko po to, żeby coś chapnąć do jedzenia.

Widywaliśmy w górze przelatujące pary, ale tuż nad głowami - jak to było u ciebie - nic nie latało.

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 5 lat 11 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Po śniadaniu robimy obchód włości hotelowych. Dla mnie, jako fanki roślinek, to podniosłe przeżycie.

Cudowna tropikalna dżungla jak okiem sięgnąć, a w niej enklawy cywilizacji.

Właścicielem tego wszystkiego jest pewna bogata firma, która wykupiła ogromny teren leżący w lesie deszczowym, tuż nad oceanem wiele lat temu, pewnie jeszcze wtedy za psie pieniądze.

Znajdują sie tu prywatne rezydencje, skromniejsze wille, mnóstwo tych domków, w których i my mieszkamy oraz nowo wybudowany hotel – Arenas Playa Blanca, który nieco zakłóca ten idylliczny charakter okolicy.

Na ziemiach hotelowych jest kawał dzikiego lasu deszczowego, przez który prowadzą szlaki.

Jest tu kilka restauracji, basenów, barów, wypożyczalnia sprzętu wodnego.

Można sobie wypożyczyć coś na kształt melexa, by samodzielnie, nie licząc na shuttle – poruszać się po tym rozległym terenie.

Po śniadaniu zatrzymujemy się na chwilę przy cichym baseniku w sąsiedztwie restauracji. Jest malutki, prawie w całości ocieniony, nie rżnie tu żadna muzyczka, ani nie mogą się bawić dzieci.

Siedzą z reguły starsze osoby pogrążone w lekturze tradycyjnych papierowych książek.

Idziemy w kierunku recepcji, mijając po drodze ten nowy hotel, tuż za nim jest nawet niewielki kościółek, jako że Ticos są bardzo wierzący, a stąd do najbliższej miejscowości jest z kilkanaście kilometrów.

Koło kościółka stoi potężne kilkusetletnie drzewo. Coś tam było o nim napisane, ale zapomniałam...

umilka
Obrazek użytkownika umilka
Offline
Ostatnio: 2 lata 2 miesiące temu
Rejestracja: 23 lis 2014

Szkoda, że tak brutalnie pozbyli się małpek. W końcu one tam były na swoim naturalnym terenie i z pewnością były dodatkową atrakcją hotelu i śnidalni. Ja tam lubię takie towarzystwo i chętnie pobawiłabym się z nimi w berka podczas śniadania Yes

A zieleń cudowna, uwielbiam takie klimaty. 

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 5 lat 11 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Umilka, też byłam rozczarowana brakiem małpek, ale większość stałych bywalców była z takiego rozwiązania  - wysiedlenie ich z hotelowych terenów - bardzo zadowolona.

Zieleń  faktycznie obłędna...

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 5 lat 11 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Umilka,

widzę, że lubimy to samo, to jeszcze trochę zielska....

Wokół nas jest tyle różnych gatunków drzew, krzewów i kwiatów. Z tych drzew zwieszają się liany. Na inne wspinają się wszelakiego rodzaju pnącza, włącznie z ogromnymi filodendronami.

Prawie każde stare drzewo obsiadły epifity, czyli rośliny rosnące na drzewie, ale na ogół nie prowadzące pasożytniczego trybu życia. Przeważnie lokują się na gałęziach i pniach drzew lub krzewów, ale odżywiają się samodzielnie.

Po trawnikach spacerują dorodne iguany, a na drzewach jest mnóstwo ptaków, fruwają też wielkie motyle.

 Są nawet znaki drogowe, żeby uważać na zwierzęta chodzace po terenie

Mijamy hotelowe SPA i dochodzimy do otwartej recepcji.

Tuż za nią są tereny sportowo-rekreacyjne, między innymi mini golf, boiska do siatkówki.

E w e l i n a EM
Obrazek użytkownika E w e l i n a EM
Offline
Ostatnio: 4 lata 8 miesięcy temu
Rejestracja: 08 paź 2013

Ale mega zielono, aż bije po oczach!

Pozdrawiam wakacyjnie,
Ewelina z EM

Nel
Obrazek użytkownika Nel
Online
Ostatnio: 1 godzina 45 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Rewelacyjna ta miejscóweczka !! a małpek szkoda.. ale za to  iguany, ptaki sa na miejscu Preved

No trip no life

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 5 lat 11 miesięcy temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Ewelina, Nelcia, dla wielbicieli przyrody to raj!

Nie tylko ten hotel, ale cała Kostaryka. Takich ilości ptaków, owadów, zwierzaków, roślinek, drzew, kwiatów i owoców nie widziałam nigdzie indziej.

I jak można fajnie podpatrywać naturę, te jej wszystkie prawa i powiązania nią rządzące...

Tylko trzeba mieć na to czas, nie można gnać, by jeszcze coś na siłę zaliczyć!!!! 

Musieliśmy powstrzymywać naszego szwędacza...

Magda Kajzer
Obrazek użytkownika Magda Kajzer
Offline
Ostatnio: 6 lat 8 miesięcy temu
Rejestracja: 11 gru 2014

Same zdjęcia są już odpowiedzią, dlaczego warto tam jechać  Biggrin

Nawet najdalszą podróż zaczyna się od pierwszego kroku!

Strony

Wyszukaj w trip4cheap