--------------------

____________________

 

 

 



Mauritius - dlaczego warto tam jechać ?

214 posts / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 6 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 wrz 2013
Mauritius - dlaczego warto tam jechać ?

W sierpniu 2012 roku byłam na Mauritiusie i teraz przenoszę relację ze starego forum na to NAPRAWDĘ NASZE.

  • A zatem kto nie czytał, albo kto zapomniał zapraszam ponownie na Mauritius.

  • Mała wysepka rzucona na wody ogromnego Oceanu Indyjskiego, a znaleźć tu można tak wiele...
    Są malownicze zatoczki, góry, jeziora, wodospady, wysokie nadmorskie klify i szmaragdowe plantacje trzciny cukrowej.

  • Bardzo zróżnicowane krajobrazy, a wszystko to tonące w bujnej roślinności i zamieszkałe przez cudowne ptaki.

  • Są wspaniałe piaszczyste plaże (choć nie wszędzie), nad którymi pochylają się dorodne palmy, a obmywają je spokojne wody lazurowych lagun. Przed wielkimi oceanicznymi falami chronią je rafy koralowe, wśród których uwijają się ławice kolorowych ryb.

  • Ze względu na historyczne uwarunkowania - wyspa jest niesamowicie różnorodna.
    Odkryli ją Portugalczycy, a w kolejnych wiekach przechodziła w ręce Holendrów, Francuzów , a w końcu Anglików. Ponieważ wyspa była niezamieszkała, kolonizatorzy sprowadzali tu tanią siłę roboczą ze wschodniej Afryki, Indii, a także z Chin.
    W ciągu pięciu wieków całe to towarzystwo się pomieszało, tworząc istny tygiel narodowościowo - obyczajowo - kulturowo - religijny.

    I wszyscy żyją tu sobie w zgodzie, będąc zarazem bardzo przyjaźnie nastawionym do turystów.

    W okresie poprzedzającym wyjazd zbierałam wszelkie dostępne informacje o Mauritiusie, przejrzałam tysiące zdjęć i opinii o hotelach.

    Miałam nadzieję, że plaże będą bardziej malownicze, a wody Oceanu Indyjskiego bardziej lazurowe niż ich balijskie odpowiedniki.

  • Wiedziałam, że nie ma tu prawie żadnych zabytków, kościołów i muzeów, po których to mąż - z sadystycznym wręcz zacięciem - uwielbia mnie przeciągać.

    Dla mnie osobiście dużym plusem jest fakt, że wyspa nie jest jeszcze zbyt mocno skomercjalizowana i pełna turystów. Nie ma tu również potężnych betonowych hoteli czy apartamentowców...tak szpecących wiele popularnych kurortów na całym świecie.

  • Wyspa jest stosunkowo niewielka (65 x 45 km), a więc w czasie 2 - tygodniowego pobytu można ją zjeździć wzdłuż i wszerz, no i oczywiście wokół, i w miarę dokładnie poznać.

    Klimat też jest przyjazny, szczególnie w okresie naszego lata, gdy na M jest zima i nie ma dokuczliwych upałów, ani cyklonów, czy gwałtownych ulew.

    Nie ma tu także zagrożenia chorobami tropikalnymi, kompletnie brak jadowitych wężów, skorpionów, pająków i tp groźnych stworzeń. Choć niektóre źródła podają, że żyje tu sobie jakaś jadowita gadzina, która również występuje na Seszelach, ale chyba jakaś płochliwa sztuka, bo nikt tu z miejscowych o niej nie słyszał. W czasie pobytu poznałam kilku miejscowych, którzy studiowali w Polsce medycynę i sprowadzili sobie polskie żony i jakoś w ich lekarskiej karierze nie mieli nigdy kontaktu z pacjentami ukąszonymi przez węże....

  • Korzystna jest również niewielka różnica czasu pomiędzy Polską i Mauritiusem, wynosząca w ciągu naszego lata 2 godziny, a zimą 3 godziny, a więc nie ma jakiś uciążliwości związanych z jet - lagiem.

    Tyle miałam pozytywnej wiedzy teoretycznej o tym kraju, że konieczne stało się jej jak najszybsze skonfrontowanie z rzeczywistością.....

    A jak ta konfrontacja wypadła - postaram się z Wami podzielić wrażeniami.

    Chciałabym jednak zaznaczyć - tak, jak to zawsze robię - że to moje osobiste odczucia i że nie TO ładne, co ładne, tylko TO co się komu podoba....

.

Mariola

Nel
Obrazek użytkownika Nel
Offline
Ostatnio: 21 godzin 30 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Apisku, super , to dosyc rzadki kierunek wiec z przyjemnoscia wroce do twojej relacji Smile Widze tylko 1 zdjecie ,ale moze to tylko cos u mnie nie hula...

No trip no life

Asia
Obrazek użytkownika Asia
Offline
Ostatnio: 7 lat 8 miesięcy temu
Rejestracja: 04 wrz 2013

Apisku super, że przenosisz Clapping Akurat w zeszłym tygodniu czytałam Twoją relację i z przyjemnością do niej wrócę  Biggrin 

...nieważne gdzie, ważne z kim...

kienia
Obrazek użytkownika kienia
Offline
Ostatnio: 5 lat 5 miesięcy temu
Rejestracja: 22 lis 2013

O, fajnie że opisujesz Mauritiusku, bo tam też chce polecieć kiedyś, nawet mam już hotelik upatrzony Clapping

KIWI
Obrazek użytkownika KIWI
Offline
Ostatnio: 8 lat 7 miesięcy temu
Rejestracja: 05 wrz 2013

Apisku ,ale niespodzianka Smile A mnie się baaaardzo podoba  i dla mnie bardzo ładne Ok

- Kocham ptaszki i podróże, te małe i duże ...

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 6 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Nelcia, Asia, Kienia, Kiwi - dzięki

Teraz problem wyboru hotelu. Jaka lokalizacja i który z ogromnej oferty????

Sporą wiedzę na temat warunków pogodowych zdobyłam na Forum Mauritius Trip Advisora. Tam między innymi dowiedziałam się, że od połowy czerwca do końca sierpnia ( środek ich zimy!!!) wybrzeże wschodnie i południowe wyspy smagane jest silnymi wiatrami związanymi z monsunem, przy jednoczesnej nieco niższej temperaturze i trochę większych opadach.

Tak więc do dyspozycji pozostają hotele położone na zachodzie i północy wyspy. Jak sobie te z północy pooglądałam, to hotele owszem, coś by się wybrało, ale plaże jakoś mi nie podeszły.

Pozostaje wybrzeże zachodnie. Taki wybór wydawał mi się optymalny, na plaży po południu dłużej jest słońce niż na wschodnim wybrzeżu, bo nie zasłaniają go okoliczne góry oraz codziennie można podziwiać zachody słońca, które tu są ponoć zachwycające.

Nie chciałam zamieszkać w rejonie ich najsłynniejszego kurortu Grand Baie, bo jakiś zbyt ruchliwy, zatłoczony, gwarny mi się wydawał. Zawsze polecali go osobom młodym, szukającym rozrywek w czasie urlopu, a zatem nic tu po nas.

Bardzo korzystnie cenowo (w swej kategorii) uplasował się hotel Le Meridien w miejscowości Pointe Aux Piments w północno - zachodniej części wyspy. I już prawie zdecydowałam się na niego, ale......nagle zakochałam się od pierwszego wejrzenia i już nic z tym nie mogłam zrobić. W moim wieku trudno się tak łatwo odkochać...

Tą miłością okazał się hotel położony w okolicach Flic en Flac o nazwie La Pirogue (to nazwa tradycyjnej łodzi rybackiej). Przeczytałam o nim wszystkie - ponad 500 -opinie na Trip Advisorze, obejrzałam z 1000 zdjęć i już nie chciałam żadnego innego hotelu. Jak dla mnie ma on same plusy!!!

Leży sobie w ogromnym ogrodzie z cudowną roślinnością, mieszka się w chatkach rozrzuconych w tymże ogrodzie tuż przy plaży. A plaża przy nim jest najpiękniejsza i najszersza w tym rejonie. Tak w ogóle to plaża ma około 6 km długości, więc idealnie nadaje się do dłuższych spacerów, jakie uwielbiam.

Ma bardzo dobrą opinię jeśli chodzi o jedzenie i wieczorne rozrywki, a także bogatą ofertę sportów wodnych, co dla nas jest bardzo ważne, bo my nigdy nie możemy usiedzieć dłuzej na plaży. Serwis też ponoć znakomity. W najbliższej okolicy znajduje się sześć ładnych hoteli, a ja cholernie lubię sobie zwiedzać takie obiekty. W pobliżu jest fajny kurorcik Flic en Flac, gdzie jest sporo sklepów i knajpek, no i jest możliwość pooglądania autentycznych mieszkańców, jak sobie żyją, pracują i wypoczywają. W dodatku w niedalekiej odległości widać wyjątkowej urody góry, coś jak te z czołówki Paramount Picture. Nawet zastanawialiśmy się czy to nie te same. Może tak, a może nie – ale w każdym razie podobne....

A zatem same PLUSY.

Tak nawiasem mówiąc wszystko się ziściło, a nawet w rzeczywistości jest lepiej niż sobie wyobrażałam...

Mariola

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 6 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Wszystko dopięte na ostatni guzik. Zbliża się godzina ZERO.

Lecimy popołudniowym rejsem z Gdańska do Frankfurtu. Fajnie, że tym razem obeszło się bez noclegu w tym mieście.

Późnym wieczorem mamy samolot do Dubaju - lot wielkim Emirates. Tak sobie wybraliśmy, żeby mniej więcej w połowie drogi mieć przerwę w podróży na rozprostowanie zbolałych nóżek. A jak już mamy Dubaj po drodze, to grzechem byłoby choć na chwilkę tu nie zajrzeć...

Pierwszy raz lecę tą linią, i faktycznie wrażenia pozytywne. Wygodne fotele (a te w I klasie to już full wypas!!!), dobre jedzonko, wykwintne napitki, ciekawe filmy i muzyka, uprzejme stewardessy.

Samolot nabity do ostatniego miejsca.

Po przeszło 6 godzinach lotu schodzimy do lądowania. Ja oczywiście po nieprzespanej nocce ( nie śpię w czasie lotu, nie żebym się bała, ale tak już mam) , mąż całkiem wypoczęty. Wygladam przez okienko: świta, w górze jest już jasnawo, w dole szaro - buro, prawie nic nie widać.

Kapitan dziękuje za wspólny lot i ogłasza temperaturę na ziemi.....33 stopnie, a to dopiero kilka minut przed szóstą. No, ładnie,wiedziałam, że to aburdalna pora na odwiedzenie tego rejonu, ale już tu jesteśmy i nie ma wyjścia....

Szkoda tylko, że przy podchodzeniu do lądowania jest tak słaba widoczność i te cuda architektury widać tylko jak przez mgłę.

Lotnisko robi wrażenie, piękne, przestronne, nowoczesne.

Sprawna odprawa i już można zacząć podziwiać to niezwykłe NAJ miasto - bo wszystko tu jest najwyższe, największe, najdłuższe, najdroższe i najnowocześniejsze....zupełnie jak w Moskwie w czasach socjalizmu...

Wychodzimy z klimatyzowanego terminalu do rozgrzanego, wilgotnego piekarnika z maksymalnym nawiewem. Nie dość, że upał jak diabli, to jeszcze wichura i pył pustynny w powietrzu.

Na parkingu stoją białe Rolls Royce po gości hotelu Burj al Arab, a obok biało - różowe taksówki przeznaczone tylko dla kobiet, przy czym kierowcami są również wyłącznie babeczki.

Wsiadamy do normalnej taxi i jedziemy do naszego hotelu Al Manzil, podróż trwa około 20 minut.

Hotel wybrałam w pobliżu najwyższego budynku Burj al Khalif, ponieważ spędzimy tu tylko jedną noc i nie chcemy zbyt dużo czasu tracić na dojazdy do centrum, a jutro na lotnisko.

Hotel jest nowy, ale zbudowany w tradycyjnym arabskim stylu, a nie w rodzaju tych betonowo - stalowo - szklanych żylet.

Wewnątrz wystrój ma elegancki, bez tych wszystkich ozdób, złoceń, przeładowanych dekoracji, tak charakterystycznych dla tutejszych hoteli. Przy recepcji zacienione zielone patio, gdzie można coś zjeść, a przede wszystkim napić się. Na wyższym poziomie spory basen w otoczeniu kwiatów, krzewów i palm.

Choć jest jeszcze wcześnie, pokój dostajemy bez problemów. Widać, nie sezon...

Wewnątrz pokoju przeszkony kubik z łazienką, ale WC i prysznic są w oddzielnych pomieszczeniach.

Bierzemy szybki prysznic, wypakowujemy tylko niezbędne rzeczy. Nie chce nam się po tym obżarstwie w samolocie jeść, zamierzamy się tylko czegoś napic i wyruszyć na zwiedzanie.

Gdy jednak zasiadamy w cieniu patio nie za bardzo chce nam się stąd ruszać w ten wielkomiejski żar. Słychać cichy plusk fontanny, a spod zacienionych krużganków dociera chłodny powiew zraszaczy powietrza. Oprócz nas jest tu tylko dwóch Arabów w białych galabijach. Może za wcześnie na śniadanie, a może w ogóle brak gości hotelowych...

Mariola

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 6 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

No, ale czas się ruszyć, mamy przecież ambitny plan, by w ciągu tak krótkiego czasu, jak najwięcej zobaczyć.

Po wyjściu z hotelu kierujemy się w stronę Burj al Khalif. Żar wali jak z rozgrzanego piekarnika, albo jakby sobie ktoś przyłożył do twarzy silną suszarkę. Na chodnikach pustki, za to na jezdni zwarty sznur aut na kilku pasach - chyba wszyscy jadą do pracy. Tu nikt ( no, może oprócz głupich turystów) nie chodzi piechotą. Tutaj się jeździ tym, na co kogo stać: metrem, autobusem, taxi lub samochodami - i to jakimi!!!!

Po krótkim spacerze docieramy do największego centrum handlowego Dubai Mall położonego nad sztucznym jeziorem, wokół którego jest trochę zieleni oraz tereny spacerowo - rekreacyjne.

Tutaj jest już sporo ludzi, zarówno turystów, jak i miejscowych, szczególnie kobiet w czarnych zawojach.

Właśnie sezam się otwiera i potencjalni klienci - zmęczeni kilkuminutowym oczekiwaniem w upale - wślizgują się do klimatyzowanych luksusowych wnętrz..

Na czterech poziomach znajduje się tu 1200 sklepów, 22 sale kinowe, wesołe miasteczko, lodowisko i akwarium z 33 tysiącami pływających stworzeń, no i mnóstwo knajpek.

Po krótkim zwiedzeniu wychodzimy na zewnątrz i kierujemy się do Burj al Khalif, którego górne kondygnacje są ledwo widoczne i giną we mgle/smogu/piaskowej kurzawce, czy cholera wie w czym???

Mamy zamiar z góry obejrzeć panoramę miasta. Nie załatwialiśmy wcześniej biletów, gdyż gdzieś wyczytałam, że o tej porze roku nie powinno być problemów z ich dostaniem.

A to nieprawda....Nawet teraz, gdy żar się z nieba leje jest wielu chętnych na wjazd windą na 124 piętro tego liczącego ponad 800 m wysokości wieżowca.

Odchodzimy więc z kwitkiem - jeden z punktów programu – niezrealizowany. Ale może i dobrze się stało, bo widoczność przez tę burzę pustynną beznadziejna....

Przysiadamy na chwilkę nad jeziorem, łudząc się, że może w cieniu nad samą wodą będzie nieco chłodniej. Ale gdzie tam... Przyglądamy się dwóm strzelającym w niebo budynkom połyskującym w słońcu:

najwyższemu na świecie Burj al Khalif oraz wznoszącemu się tuż obok hotelowi Address.

A może by tak dla ochłody nad morze do dzielnicy Jumeirah? Odległość około 30 km najlepiej pokonać metrem. Jest czyste, klimatyzowane, miejscowe kobiety mają wydzieloną część wagonu. Jest ono całkowicie bezzałogowe, zautomatyzowane, biegnie na estakadzie nad autostradą, co kawałek są klimatyzowane przystanki.

W czasie półgodzinnej jazdy mijamy nowoczesne budynki o futurystycznej architekturze, ale i ubogie betonowe blokowiska o gęstej zabudowie, place budów z sięgającymi nieba dźwigami. Wszędzie wokół piach i bardzo mało zieleni. Pod nami 14 pasmową autostradą pędzą samochody...

W końcu wysiadamy, ale w okolice 7 - gwiazdkowego hotelu w kształcie żagla Burj al Arab mamy jeszcze około 1 km. Gorąco jak diabli, niby słońce zamglone, ale gorąca wichura oraz niesamowita wilgotność powietrza robią swoje.

W metrze było 20 stopni, a na zewnątrz dwa razy więcej. Ja na ogół dobrze znoszę upały, ale tu ledwie zipię. Właściwie to dotąd dwa razy w życiu było mi tak naprawdę gorąco.

Pierwszy raz na studenckiej wycieczce do Uzbekistanu, gdy rozklekotanym autobusem jechaliśmy odwiedzić komsomolców na pustyni Kyzył Kum. Pamiętam, że w tym potwornym upale ugościli nas gęstą zupą z warzywami i pływającymi w niej kawałami tłustego barana. Nic dziwnego, że jedna z koleżanek zemdlała...

Drugi raz było równie goraco, gdy dojechaliśmy do motelu w kalifornijskiej Dolinie Śmierci. Na dachu naszego bungalowu siedziały czarne ptaszyska , ni to kruki, ni gawrony z szeroko rozdziawionymi dziobami. Ulitowałam się nad nimi i wyniosłam im miskę pełną wody, ale wcale sie nią nie zainteresowały. Wyniosłam im też arbuza, którego zżarły z apetytem, wody nie ruszyły, chyba w ogóle nie umiały pić.

No i teraz jest ten trzeci raz, kiedy trudno wyrobić w takim żarze....

Mariola

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 6 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Wkrótce naszym oczom ukazuje się zbudowany na sztucznej wyspie Burj al Arab. Faktycznie wygląda, jak płynący po morzu żaglowiec, ma ładną prywatną plażę, na której przebywać mogą tylko goście hotelowi. Choć słyszałam, że za okrągłą sumkę można skorzystać tam z całodniowych pakietów uciech, takich jak plaże, baseny, SPA, masaże, drinki i jedzonko oraz wszelakie animacje.

Nam pozostaje zaliczenie niezbyt urodziwej plaży publicznej. Długo tu jednak nie wytrzymujemy, woda ciepła jak zupa, wcale nie chłodzi, na plaży brak naturalnego cienia. Jest jednak szeroka i piaszczysta, ale taka jakaś nijaka. Z pewnością przy hotelach są ładne plaże z zadbaną roślinnością.

Odpuszczamy sobie tutejsze centrum handlowe Mall of Emirates słynące z najdłuższego ( oczywiście!!!) sztucznego stoku narciarskiego, choć przy tych temperaturach wytarzanie się w śniegu byłoby chyba szczytową przyjemnością.

Wracamy do metra i jedziemy luknąć na sztuczną wyspę w kształcie palmy, zabudowaną nowoczesnymi apartamentowcami, biurowcami i bankami, a tuż nad wodą luksusowymi willami. Zwieńczeniem tego wszystkiego jest monumentalny hotel Atlantis, który choć z pewnością gwarantuje swym gościom maksymalny komfort i luksus, to jednak mnie jego wygląd zewnętrzny nie urzeka. Wewnątrz nie byłam, i nie żałuję.

Będąc w tej dzielnicy nie sposób pominąć meczetu Jumeirah. Stylowa arabska architektura, ale jak dla mnie zbyt zimna, sterylna, nowoczesna, bez tego klimatu, jaki mają stare budowle tego typu.

Mamy już dość tej wszechogarniającej nowoczesności oraz ostentacyjnego przepychu na każdym kroku, no i oczywiście panującej duchoty.

Wsiadając ponownie do metra widzimy wskazania termometru 46 stopni w cieniu i gorący wiatr, króry nie chłodzi, lecz daje po oczach piachem. Niesposób robić fotki, piaskowa mgła znacznie ogranicza widoczność....

W czasie jazdy zastanawiamy się jakie kwoty to miasto ponosi na klimatyzację???? Jest ona wszędzie: w hotelach i restauracjach, autobusach, w metrze i samochodach, w centrach handlowych i na przystankach komunikacji miejskiej. A jak udaje się utrzymać przyjemną temperaturę ogromnego, przeszklonego lotniska???

Być może kwoty wydatkowane na energię ( klimatyzacja + oświetlenie tych wszystkich drapaczy ) zbliżone są do dochodu narodowego niejednego kraju?????

Ale najważniejsze, że ich stać na takie wydatki....

Mariola

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 6 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

Udajemy sie teraz metrem do starej dzielnicy Dubaju - Deiry. Krótka przejażdżka przez Kanał Creek niedużą drewnianą łódką, zwaną abra i już jesteśmy w innym świecie.

Spotkać tu można jeszcze niewysokie budynki, wąskie brukowane uliczki, słychać nawoływania sklepikarzy. Zapachy wokół też takie bardziej wschodnie. Wdychamy aromaty kolorowych przypraw wystawionych w workach na chodniku, nieco dalej gnijących szybko w tym klimacie owoców, resztek niesprzedanych ryb, by chwilę później wejść w obłok smażeniny dochodzący z małej knajpki. Tuż obok uderza w nozdrza mdląca woń z hurtowni perfum.

Jest fajnie. W końcu czujemy się jak na prawdziwym Półwyspie Arabskim, a nie na planie filmu science fiction.

W okolicy mieści się kilka niedużych muzeów nawiązujących do historii miasta. Można tu zobaczyć jak wyglądała stara szkoła, typowy dom zamożnego kupca, są też scenki rodzajowe z życia mieszkańców. W niektórych pomieszczeniach chodzi się wręcz po piasku, przez co łatwiej wczuć się w ówczesny klimat.

A to wszystko za darmo i jeszcze w dodatku w klimatyzowanych pomieszczeniach - same plusy!!!!

Gdzieś w pobliżu - jak to wynika z mapy - jest także bazar ze złotem oraz souk z przyprawami, ale tam już nie docieramy.....

Wracamy do hotelu już po zapadnięciu zmroku. Trzeba przyznać, że w nocy miasto robi jeszcze większe wrażenie. Wokół istna feeria milionów różnokolorowych świateł.

Prysznic, szybko przebieramy się i pora na kolację.

Na koniec - już na wpół żywi - oglądamy pokaz tańczących fontann w takt bardzo różnej muzyki, począwszy od znanych utworów klasycznych, poprzez ogólnoświatowe standardy muzyki popularnej, skończywszy na elementach miejscowych arabskich melodii.

Ostatni rzut oka na podświetloną sylwetkę smukłej Burj al Khalif i czas spać...

Mariola

apisek
Obrazek użytkownika apisek
Offline
Ostatnio: 6 miesięcy 2 tygodnie temu
Rejestracja: 08 wrz 2013

W nocy prawie nie spałam, może spowodował to natłok wrażeń, może zmęczenie, bądź całonocny hałas dochodzący z ruchliwej arterii, przy której stoi hotel. Tu chyba nikt w nocy nie śpi, tylko korzysta z nieco bardziej rześkiego nocnego powietrza przed kolejnym upalnym dniem.

W czasie śniadania rozmawiamy z kelnerem, który najwyraźniej nie ma zbyt wiele do roboty.

Uświadamia nam, że tylko 10-15 % mieszkańców to rodowici Dubajczycy, z których wiekszość jest bardzo bogata. Reszta to głównie przybysze z biednych krajów, najczęściej azjatyckich, takich jak Indie, Pakistan czy Filipiny. Mieszkają w ciasnych klitkach betonowych blokowisk i własnymi rękami - wylewając hektolitry potu - tworzą te cuda podziwiane przez cały świat. Są tu również międzynarodowi specjaliści z różnych branż wymyślający, projektujący i kierujący realizacją tego wszystkiego, co się tu buduje.

Aż trudno sobie wyobrazić, że jeszcze w latach 60 ubiegłego wieku, Dubaj to była mała osada rybacka, której ludność żyła z rybołówstwa i połowu pereł. Potem odkryto ogromne złoża ropy naftowej i w ciągu krótkiego okresu czasu Dubaj stał sie krainą ropą i złotem płynącą.....

Już teraz wiadomo, że złoża ropy niedługo wyschną, ale temu Emiratowi kryzys nie grozi. A to głównie dlatego, że mają mądrego przywódcę, który zdaje sobie sprawę z tego, że ropa musi się kiedyś skończyć. Stworzył więc raj podatkowy, który ściągnął tu biznes z całego świata. Wszystkie największe koncerny i banki mają tu swoje przedstawicielstwa. Równolegle rozwija się w szybkim tempie turystyka. Przyjeżdżają tutaj turyści z całego świata by podziwiać cuda nowoczesnej architektury, relaksować się w komfortowych hotelach, korzystać z plaż, czy zrobić zakupy w luksusowych centrach handlowych.

Ja nie jestem zakupoholiczką, nie lubuję się w złocie, plaża nie zrobiła na mnie korzystnego wrażenia, o mało co nie umarłam z gorąca.

Muszę jednak przyznać, że architektura jest NIE-SA-MO-WI-TA. Ja jednak wolę wąskie, niezbyt przyjemnie pachnące zaułki starej Deiry, czy obłażące z farby drewniane łódeczki na Kanale Creek. Niektórzy pomyślą, że jestem zboczona, i pewnie będą mieli trochę racji. Ale ja i tak bardziej zachwycam się tym co stworzyła natura niż człowiek i dlatego już z utęsknieniem wypatruję zieleni i błękitu MAURITIUSA.

 Przejazd taxi na lotnisko. Oglądamy jeszcze raz te monumentalne budowle, ale jakoś wcale nie żal nam je żegnać. Owszem,  wszystko warto zobaczyć, ale nie chciałabym tam zostać dłużej. Cieszę sie, że udało mi się przekonać męża, który chciał tam rezerwować dwa noclegi. Myślę, że dodatkowo zadziałała tu ta cholerna temperatura. Jeszcze przyplątała się ta pustynna burza, podczas której nawet nie warto było robić fotek. No,ale tego ekstremalnego gorąca byliśmy świadomi.

Ponownie lotnisko w Dubaju - ogrom, nowoczesność, czystość, ruch ogromny.

Około 11 wylatujemy również Emirates. Widoczność jest dziś trochę lepsza, więc widoki miasta pod nami też nieco korzystniejsze. Po dwóch nieprzespanych nocach i po przebieganym dniu - padam na pysk i zasypiam na jakieś dwie godziny, co mi się normalnie nie zdarza w samolocie. Budzę sie momentalnie na słowa pilota obwieszczające przelot nad Seszelami. To już niedaleko, jakieś dwie godzinki. W wreszcie jest.......pod nami pojawia się zielona wyspa, góry, doliny, jeziorka i wąskie skrawki białych plaż tonących w błękitach oceanu.

Mariola

Strony

Wyszukaj w trip4cheap