szczegóły www.konkurs.itaka.pl

 


  

 


Costa Magica-Gwadelupa, Tobago, Grenada ,Barbados, St.Lucia, Martynika, Aruba, Curacao, Bonaire

72 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Online
Ostatnio: 41 minut 28 sekund temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Greg a może to były takie duże ślimaki ?

widzialam na twojej trasie że Gwadelupa sie jeszcze pojawi, więc cieakwa jestem co jeszcze na niej zobaczyłeś. Plaże bardzo ładne,ae rzeczywiście mocno turystyczne. Dużo ciekawsza wydaje mi się przygoda w lesie deszczowym ..i formacje skalne też fajne

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 godziny 30 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Bardzo możliwe, że to faktycznie jakieś ślimaki. Z drugiej strony to coś co było w środku nie wyglądało jak dla mnie zbyt apetycznie Smile

A przygód w lesie deszczowym na Gwadelupie to jeszcze nie koniec - w środku rejsu mieliśmy tam też stopa i ponownie się do niego wybrałem...

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 godziny 30 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Tutaj widać moment wyjęcia tego "czegoś" z muszli:-)

...a tutaj wrzucenia na wagę:-)

Smile

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 godziny 30 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Wracając jeszcze na chwilę do Gwadelupy, zainteresowanym zwiedzaniem wyspy polecam stronę www.randoguadeloupe.gp (jest dostępna w wersji francuskiej i angielskiej). Na dość dokładnej mapie wyspy zostały na niej zaznaczone największe jej atrakcje z naciskiem na te, które położone są na terenie Parku Narodowego na Base Terre (ale nie tylko). Każdej atrakcji towarzyszy opis ze zdjęciami i mapkami, który można ściągnąć również w formacie PDF. Są tam opisane m.in. najpopularniejsze szlaki z informacjami o czasie potrzebnym na ich przejście, interesującymi punktami po drodze itd. Moim zdaniem zostało to przygotowane naprawdę świetnie.

A wracając do mojej relacji- tak jak pisałem, w międzyczasie sprawnie i bez problemów znalazłem się na statku. Costa Magica jest całkiem sporych rozmiarów jednostką o tonażu przekraczającym 100 tys. ton i zabierającym na pokład blisko 2700 pasażerów oraz niespełna 1000 członków załogi. Statek został zwodowany w 2004 roku i od tego czasu "służy" w Costa Crociere. W miesiącach maj-wrzesień obsługuje zazwyczaj trasy w północnej Europie (Bałtyk, Fiordy Norweskie, Morze Północne), wiosną i jesienią – na Morzu Śródziemnym a mniej więcej od grudnia do marca-kwietnia przebywa na Karaibach. Zakładając taką rotację, zalicza on w ciągu roku kilka rejsów repozycyjnych. Na wiosnę z Morza Śródziemnego do któregoś z portów niemieckich/duńskich lub holenderskich, jesienią w przeciwnym kierunku oraz na przełomie listopada/grudnia z Morza Śródziemnego na Gwadelupę/Martynikę i na przełomie marca/kwietnia z powrotem. Tak przynajmniej wyglądało to w poprzednich latach.

Statek ma 13 pokładów dostępnych dla pasażerów. Jeśli kogoś interesowałby ich rozkład oraz szczegółowy plan, to jest on dostępny na stronie http://www.vacationstogo.com/deck_plans/Costa_Magica.cfm

Jeśli chodzi o sam układ oraz sposób organizacji to statek nie wyróżnia się jakoś specjalnie od tych, na których miałem okazję być do tej pory. Na najwyższych pokładach można znaleźć miejsca do opalania oraz zorganizowane w dwóch kompleksach baseny oraz jakuzzi. Pierwszy z nich położony jest w centralnej części statku, posiada dużą zjeżdżalnię i jest odkryty:

Drugi położony jest w części rufowej (na tym samym pokładzie) i wyposażony w przesuwany dach, który w razie potrzeby można zamknąć.

Swój kącik basenowy mają również dzieci:

Dodatkowo osoby, które wykupią karnet do części wellness, mają dostęp do dodatkowego jakuzzi wewnętrznego w spa:

Powyższy karnet (75 EUR/tydzień) daje również dostęp do saun oraz dedykowanej sali do wypoczynku.

Oprócz basenów, sporą część najwyższych pokładów zajmują miejsca do opalania – na Costa Magica jest go naprawdę bardzo dużo. Nawet podczas dni na morzu nie było problemu ze znalezieniem miejsca – może z wyłączeniem tych położonych najbliżej basenów, które były "okupowane" od rana. Cechą charakterystyczną Costa Magica jest amfiteatralny układ w okolicach basenu tworzony przez wiele "półpięter", na których rozłożone są leżaki zwrócone w stronę basenu oraz położonej obok sceny dla artystów wykorzystywanej podczas różnego rodzaju animacji i imprez.

Również na jednym z górnych pokładów zlokalizowane jest spa oferujące płatne usługi (głównie masaże oraz usługi fryzjerskie) oraz dostępne dla każdego od rana do późnego wieczora centrum fitness:

…no może jednak nie dla każdego ponieważ do fitness wstęp jest dozwolony dla osób powyżej 16 lat i z tego co zauważyłem jest to dość ściśle przestrzegane (nie pomaga nawet obecność opiekuna).

Pomiędzy kompleksami basenowymi można znaleźć bufet samoobsługowy, który czynny jest przez większą część dnia zmieniając tylko posiłki. Jest w nim kilka sekcji - podczas niektórych posiłków są czynne wszystkie, podczas innych tylko część.

Częścią bufetu jest również położony w rufowej części (tuż przy basenie) grill. Całość uzupełniają 3 bary, które zaspokoją potrzeby każdego spragnionego – zresztą między stolikami w bufecie oraz leżakami na pokładach basenowych co jakiś czas chodzą kelnerzy zbierający zamówienia. Mówiąc krótko: być głodnym lub spragnionym na statku nie sposób Smile W trakcie rejsu woda, kawa i herbata były dostępne w bufecie całą dobę – również poza godzinami serwowania posiłków. Inne napoje można zamawiać w barze i w zależności od tego, czy ktoś wykupił "all inclusive" lub jakiś pakiet napojów, są one płatne lub zawarte w cenie rejsu.

Na najwyższych pokładach zlokalizowane są również kluby dla dzieci (w sumie jest ich trzy-dla najmniejszych, średnich oraz nastolatków):

W klubach tych (oraz w dyskotece) przez cały rejs są organizowane jakieś animacje, które cieszą się bardzo dużym powodzeniem. Zresztą na tym rejsie jest naprawdę dużo dzieci praktycznie w każdym wieku.

Dopełnieniem tego co można znaleźć na najwyższych pokładach jest ścieżka do joggingu, mini-boisko sportowe oraz osobna restauracja dla pasażerów korzystających z apartamentów oraz posiadających wysokie statusy w Costa Club:

Największą część niższych pokładów (pokłady 1-2 oraz 6-8) zajmują kabiny dla pasażerów. Są one zresztą również na pokładach 9- 11 ale zajmują na nich niewielką - wydzieloną część.

Pomiędzy pokładami hotelowymi – na poziomach 3-5 zlokalizowane są z kolei restauracje główne, w których serwowane są śniadania, lunche oraz kolacje dla tych pasażerów, którzy wolą restaurację z obsługą kelnerską od samoobsługowego bufetu. W praktyce na śniadania i lunch uruchamiana jest tylko jedna z dwóch restauracji głównych – a czas jej otwarcia jest krótszy niż bufetu. Nie obowiązuje wtedy wówczas żadne przypisanie do stolika czy godziny – każdy przychodzi wtedy kiedy chce i zajmuje wolny stolik. Nieco inaczej jest na kolacji, na którą większość pasażerów wybiera się do jednej z restauracji. Wtedy obowiązuje już ściśle określona godzina oraz miejsce (stolik) przypisane do pasażera i widoczne na jego karcie. Nie ma przy tym jakiejś wielkiej ortodoksji – w porozumieniu z szefem sali stolik czy restaurację można zawsze zmienić co przydaje się, kiedy chcemy na przykład siedzieć wspólnie ze znajomymi albo nie odpowiada nam przypisana z automatu pora posiłku. Na tym rejsie tury kolacji były określone na 18:15/18:30 oraz 20:45/21:00 (w zależności od restauracji) ale na różnych statkach i w różnych regionach może się to wyglądać inaczej. Obie restauracje na Costa Magica są dwupoziomowe oraz podobne jeśli chodzi o wielkość – różnią się praktycznie tylko sposobem aranżacji:

Oprócz restauracji, na pokładach 3-5 można znaleźć wszystkie udogodnienia, z których korzysta się głównie wieczorem i w nocy. Jest tam zatem wysoki na trzy pokłady teatr, w którym co wieczór prezentowane jest jakieś show (poza nielicznymi wyjątkami zawsze o dwóch porach – tak, aby bez względu na to, z której tury kolacji się korzysta można je było obejrzeć):

Standardowo dużą część jednego z tych pokładów zajmuje kasyno:

…oraz kilka barów, w których praktycznie każdego wieczora organizowane są jakieś imprezy z muzyką na żywo:

Jest też tutaj dyskoteka – wykorzystywana głównie jako drugie – oprócz klubów – miejsce zabaw dla dzieci:

Całości dopełnia atrium z kolejnym barem, recepcją hotelową oraz biurem wycieczek a także galeria sklepów, sala z automatami dla dzieci, punkty usługowe, biblioteka, kaplica, specjalne pomieszczenie dla palaczy czy w końcu mini-szpital. Pewnie i tak o czymś zapomniałem ale podsumowując krótko: jest to całkiem spory kompleks a zarazem labirynt Smile

Podczas pierwszego dnia na morzu wybrałem się na powitalne spotkanie z kapitanem:

Z kolei przy basenie kucharze rozłożyli tymczasowy dodatkowy bufet – tym razem tematem przewodnim były tradycyjnie makarony oraz mięso w różnych postaciach:

Co ciekawe na morzu z deszczem jest trochę inaczej niż na wyspach. Nam zdarzył się kilkukrotnie w ciągu dnia ale miał bardzo łagodny przebieg (bardziej mżawka niż deszcz). Solidniej popadało tylko pierwszego dnia na morzu wieczorem – ale też nie trwało to dłużej niż 10 minut.

A tymczasem powoli dopływamy do Tobago…

C.D.N.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 godziny 30 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Po dwóch nocach i całym dniu na morzu dotarliśmy do Tobago. Naszym portem docelowym na tej wyspie była jej stolica – Scaraborogh.

Gdyby ktoś – na przykład zmęczony dłuższym pobytem w jednym ze statkowych barów poprzedniego dnia – miał wątpliwości gdzie dotarł, olbrzymi napis na dachu terminalu rozwieje jego wątpliwości:-)

Tobago to stosunkowo niewielka wyspa wchodząca w skład niewielkiego państwa o nazwie Trynidad i Tobago. Znacznie większy Trynidad położony jest zresztą w bliskiej odległości – jego zarys było widać z pobliskiego wzgórza. Najłatwiej można się tam dostać promem, który w czasie kiedy przybijaliśmy oczekiwał na pasażerów:

Po przybiciu do Tobago pojawiła się pierwsza okazja, aby wykonać zdjęcie naszego statku w całości:

Scaraborogh to relatywnie niewielkie i bardzo kompaktowe miasteczko (ok. 17 000 mieszkańców). Przy okazji bardzo brytyjskie. Ale warto wiedzieć, że Tobago miało spore szanse, aby zostać pierwszą polską kolonią. Przez blisko 60 lat XVII wieku, Tobago było kolonią księstwa Kurlandii, które w tym czasie było polskim lennem. Jeden z nieistniejących już fortów został wówczas nazwany "Fort Casimir" na cześć króla Jana Kazimierza a Kurlandię w nazwie można spotkać na tej wyspie do dziś w nazwach wielu miejsc czy knajp. Gdyby nie rozbiory i to co po nich nastąpiło, być może mielibyśmy tak jak Francuzi swoją "Gwadelupę" na Karaibach…

Poza tym Tobago jest jednym z rekordzistów na Karaibach jeśli chodzi o zmianę "właściciela". Według udokumentowanych przekazów przechodziło ono z rąk do rąk w sumie 33 razy. Była ona w rękach Hiszpanów, Francuzów i w końcu Brytyjczyków, od których uzyskało w końcu niepodległość.

Sam Trynidad i Tobago patrząc na statystyki jest jednym z bogatszych państw – wynika to z faktu posiadania dużych złóż ropy i gazu ziemnego. Ale mówiąc szczerze na Tobago tego nie widać – Scaraborogh jest bardzo zadbane ale pieniądze nie biją po oczach. Zapewne bogactwo koncentruje się na Trynidadzie i jego stolicy – Port of Spain.

Ze statku roztacza się widok na wzgórze, na którym położony jest Fort George – pozostałość po czasach kolonialnych.

Po zejściu ze statku skierowałem się w stronę wspomnianego fortu. W pierwszej kolejności dotarłem do budynku lokalnego parlamentu:

po czym minąłem trzy wypełnione po brzegi ludźmi (była niedziela) świątynie: katedrę katolicką, anglikańską oraz kościół metodystów. Wszystkie w odległości przysłowiowych 5 minut spaceru. Prawdziwy ekumenizm:-)

Tak prezentuje się katedra katolicka:

A tak katedra anglikańska z otaczającym ją cmentarzem:

Świątynia Metodystów położona jest najwyżej – stosunkowo blisko fortu:

Idąc w stronę fortu mijałem tradycyjne domki. Większość z nich jeśli chodzi o konstrukcję nie wzbudza wielkiego zaufania – oparta raczej na drewnie a jedynie stalowe/betonowe elementy to zazwyczaj słupy/fundamenty oraz ewentualne schody. Trudno się potem dziwić, że w przypadku huraganu nie są one w stanie przetrwać – chociaż w mniejszym stopniu dotyczy to Tobago, które znajduje się już poza strefą wichur o największym natężeniu.

Na Tobago nawet przekaźniki telefonii komórkowej muszą się komponować z otaczającą je naturą:

…chociaż, gdy podszedłem bliżej okazało się, że palma jest metalowa a jej liście z tworzywa sztucznego:-)

Po niespełna 15 minutach dotarłem do bramy Fortu George:

Na uwagę zasługuje widoczne w tle gigantyczne drzewo o niezwykle rozłożystej koronie. Niestety nie było obok niego (ani żadnego z podobnych rosnących w pobliżu) żadnej tabliczki informacyjnej ale muszę przyznać, że robi spore wrażenie.

Tak wygląda inny egzemplarz tego gatunku:-)

Sam fort jest stosunkowo rozległy i utrzymany w naprawdę dobrej kondycji. Wstęp na jego teren jest bezpłatny. W pierwszej kolejności zajrzałem do fortowego więzienia:

Funkcję więzienia wojskowego budynek ten pełnił stosunkowo krótko ponieważ w połowie XIX wieku garnizon brytyjski się wyprowadził – wtedy przejął go na krótko lokalny szpital a w końcu wróciło do pierwotnego przeznaczenia – ale już jako więzienie cywilne.

Od bramy do głównych budynków fortu wiedzie "palmowa aleja":

Następnie przeszedłem obok ufortyfikowanego magazynu prochu:

…oraz cysterny gromadzącej wodę dla potrzeb fortu:

Swoją drogą trzeba powiedzieć, że całość jest dobrze zaplanowana z myślą turystach. Poszczególne obiekty są opisane i widać, że się o nie dba. Kolejne porty na mojej trasie pokażą, że wcale nie jest to standardem…

Na fortowy kompleks składa się kilka budynków, które pełniły kiedyś jakieś funkcje militarne – aktualnie znajduje się w nich muzeum oraz sklepy z pamiątkami.

A to widok z góry na zatokę, w której leży Scaraborogh:

Na szczycie wzgórza znajduje się również stara latarnia, której światło widoczne było z odległości ponad 50km oraz bateria armat:

Z tego miejsca zresztą rozpościera się przepiękny widok na wybrzeże Tobago po przeciwnej w stosunku do jego stolicy stronie:

W Scaraborogh wart odwiedzenia jest również ogród botaniczny znajdujący się w centrum miasta:

Na ogrodzeniu ogrodu botanicznego można zobaczyć murale prezentujące teraźniejszość oraz przeszłość Tobago:

…a w pobliżu (chociaż w Scaraborogh w sumie prawie wszystko jest w pobliżu) mały targ owocowy:

Po tym wszystkim planowałem wybrać się na Crown Point położony kilka kilometrów od Scaraborogh. Można tam zobaczyć m.in. najładniejszą plażę na Tobago, uważaną przez niektórych również za jedną z najładniejszych plaż na całych Karaibach - znana jako Pigeon Beach albo Pigeon Point. Pomimo niedzieli było tam stosunkowo łatwo się dostać za sprawą lokalnego transportu funkcjonującego pod nazwą "maxi-taxi" – mikrobusów kursujących po z grubsza wytyczonej trasie za niewielkie pieniądze – tzn. kilka dolarów trynidadzkich (1 TTS = ok. 0,50 złotego). Niestety w momencie kiedy ustaliłem, gdzie znajduje się ich przystanek, rozpoczęła się bardzo intensywna ulewa tym różniąca się od typowych (tzn. znanych mi dotychczas z Gwadelupy), że trwała nie kilka czy kilkanaście minut ale blisko godzinę. Na ten czas nie pozostało nic innego tylko udać się do baru i zakosztować lokalnego piwa o łatwej do zapamiętania nazwie "Carib". Jeśli mam być szczery to produkt ten niestety niczym mnie nie powalił – jest to typowe dzieło wielkiego browaru nie różniące się jak dla mnie niczym w porównaniu do europejskich czy polskich odpowiedników obecnych w każdym markecie.

Gdy ulewa ustała, niebo pozostało nadal zachmurzone i postanowiłem wrócić na statek – i w sumie była to chyba dobra decyzja bo niespełna godzinę później rozpoczęła się następna – o podobnej intensywności i czasie trwania. W związku z tym Crown Point i jego przyległości poczekają na moją następną wizytę w tej okolicy:-)

Wieczorem w teatrze była okazja zapoznać się z szefostwem hotelu oraz jego głównymi menadżerami:

...oraz posłuchać występu tenora, który zaprezentował miły dla ucha repertuar popularny:

Po jego zakończeniu, na pokładzie basenowym odbyła się tradycyjna wieczorna impreza – tym razem "White Party" – już pewnego rodzaju tradycja na statkach Costy. W jej trakcie można było m.in. zobaczyć pokaz rzeźbienia w lodzie w wykonaniu jednego ze statkowych kucharzy.

Zaczęło się od sporych rozmiarów "klocka" lodu:

…po czym do akcji wkroczył odpowiednio uzbrojony kucharz:

W efekcie w ok. 15 minut powstała rzeźba przypominająca antyczną muzę (chociaż niektórzy widzieli w niej coś innego Smile ):

Imprezie towarzyszył bardzo urozmaicony bufet owocowo-deserowy serwowany do północy:

A my w czasie tej imprezy płynęliśmy już dalej – tym razem w stronę Grenady…

C.D.N.

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Online
Ostatnio: 41 minut 28 sekund temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Trochę pech z tymi ulewami Sun-smilie girl  246 skoro ty nie zobaczyłeś tej najładniejszej plaży na Karaibach, to my tez nie Bad

Ale największa szkoda że ani Tobago ani Madagaskar nie jest nasz.. byłoby super. O ile jednak historię z Magadaskarem zna pewnie co drugi Polak , o tyle nasze powiązania z Tobago to dla mnie zupelna nowośc..

Czy językiem oficjalnym jest angielski ?

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 godziny 30 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Zdecydowanie angielski, całe Tobago jest bardzo angielskie.

A co do ulew to mimo, że były prawie codziennie to w zdecydowanej większości trwały krótko. Na plaży czy w mieście szczególnie nie przeszkadzały. Gorsza była (szczególnie w lesie) parówka po ich zakończeniu - ale w sumie to też swojego rodzaju atrakcja:-)

A to nasz polski kolonizator: https://pl.wikipedia.org/wiki/Jakub_Kettler  Smile

wiktor
Obrazek użytkownika wiktor
Offline
Ostatnio: 1 dzień 5 godzin temu
Rejestracja: 03 mar 2016

Super świetne są atrakcje na statku.Cieżko wybrać , tyle sie dzieje. Siłownia wygląda na całkiem dużą.A jakie były zajecia sportowe ?

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 godziny 30 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Wiktor - codziennie dwa razy przy basenie była możliwość uczestniczenia w gimnastyce prowadzonej przez trenera z siłowni, do tego dochodziły częste (nie pamiętam nawet czy nie codzienne) turnieje tenisa stołowego a dla zainteresowanych była możliwość zapisu na zajęcia jogi (płatne).  A siłownia była faktycznie niezła chociaż nie wiem czy trochę nie za mała w proporcji do rozmiarów statków (podobnych rozmiarów siłownia jest na mniejszej Costa Meditteranea).

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 2 godziny 30 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Z samego rana przybiliśmy do Grenady. Akurat padał deszcz a pierwszy widok miasto nie wyglądał zbyt zachęcająco:

Do tego Play powitał mnie w dość dziwny sposób sugerując, że jestem na Jamajce:-)

Stolica Grenady – St.George's okazała się jednak bardzo malowniczym miasteczkiem.

Pierwsze swoje kroki po wyjściu z portu skierowałem do bankomatu, z którego wypłaciłem lokalną walutę –dolary wschodniokaraibskie (ECS), które z tego co przeczytałem są pewniejsze w komunikacji publicznej niż np. dolary amerykańskie.

Swoją drogą jest to ciekawa waluta – taki odpowiednik euro na części Karaibów. Emituje je niezależny od żadnego z wyspiarskich państewek bank centralny i stanowią one prawny środek płatniczy nie tylko na Grenadzie ale na naszej trasie także na St.Lucci – a poza tym na kilku innych wyspach. Jeden taki dolar kosztuje aktualnie ok. 1,3 złotego.

Zwiedzanie miasta zostawiłem sobie jednak na później. W pierwszej kolejności wybrałem się na zwiedzanie okolic Parku Narodowego Grand Etang. Park ten położony jest w środkowej części wyspy i stosunkowo łatwo osiągalny przy pomocy komunikacji publicznej. A trzeba powiedzieć, że ta na wyspie funkcjonuje bardzo sprawnie – jest obsługiwana przez prywatne mikrobusy, które zapewniają funkcjonowanie kilkunastu wytyczonych mniej lub bardziej precyzyjnie linii. Rozkładów jazdy nie widziałem ale w praktyce jeździły bardzo często. Ja w sumie skorzystałem z nich 4 razy i w żadnym z tych przypadków nie czekałem na busa dłużej niż 10-15 minut.

W okolice Parku Narodowego wybrałem się busem kursującym po linii nr 6. Podróż zajęła ok. 30 minut. Wysiadłem praktycznie w środku lasu; akurat zaczynało w najlepsze padać i pojawiła się całkiem spora mgła:

Moim pierwszym celem był wodospad (a w zasadzie kompleks wodospadów) "Seven Sisters". Po przejściu kilkuset metrów dotarłem do malowniczego domku, w którym sprzedawano bilety do wejścia na szlak prowadzący do wodospadu (ok. 5 ECS) .

Zresztą okazało się, że formalnie nie są to bilety do parku narodowego ale umożliwiające przejście przez prywatne plantacje, aby można było wejść na szlak. Na ten sam szlak można było wejść bezpośrednio z terenu Parku Narodowego Grand Etang jednak droga do pokonania byłaby znacznie dłuższa (i sądząc po doświadczeniach gwadelupskich bardziej błotnista), stąd aby zaoszczędzić sobie czasu i papraniny w błocie wybrałem bardziej komfortową trasę.

Przed wejściem zostałem wyposażony w obowiązkowy kij (laskę), musiałem się wpisać do zeszytu podając namiary kontaktowe na wypadek jakichś problemów na szlaku (jak w niektórych schroniskach w polskich górach) oraz zostałem poinstruowany, abym dla własnego bezpieczeństwa pod żadnym pozorem nie wchodził do żadnej rzeki ani nie próbował jej forsować wpław. W tym dniu byłem pierwszą osobą na szlaku.

Początek szlaku zapowiadał się całkiem nieźle:

Pierwszy odcinek prowadził przez niewielkie osiedle zabudowane niewielkimi drewnianymi domkami jak ten na poniższej fotce:

Po około 10 minutach marszu zatrzymał mnie jakiś pracownik plantacji informując, że nie będę w stanie przejść szlaku ze względu na wielką ilość ziemi, która osunęła się na szlak czyniąc go niedostępnym. Podziękowałem za informację i stwierdziłem, że przejdę przynajmniej kawałek i jeśli faktycznie się to potwierdzi to wrócę do punktu wyjścia.

Wokół nich roztaczały się plantacje bananów, papai oraz różnego rodzaju warzyw. Tak wygląda ona z góry:

Stosunkowo szybko przeszedłem tę część trasy i wszedłem do lasu, gdzie szlak się bardzo zwęził ale był cały czas bezproblemowy:

Niestety nic nie trwa wiecznie. Ostrzeżenie lokalnego mieszkańca się potwierdziło – szlak został zablokowany przez osuwisko ziemne:

Chyba prześladuje mnie jakieś fatum – tak jak na Gwadelupie nie udało się zobaczyć ja dotąd wszystkich wodospadów Les Chutes de Carbet, tak na Grenadzie wodospadu Seven Sisters. No ale trudno – wróciłem powoli (oczywiście w totalnym deszczu) do punktu wyjścia mijając po drodze jakąś grupkę z lokalnym przewodnikiem, którzy również szli w stronę wodospadu. Gdy poinformowałem ich, że droga jest zasypana przewodnik skomentował, że to niemożliwe i że musiałem pomylić szlak…i poszli dalej:-) Około godziny później spotkaliśmy się nad jeziorem Etang, gdzie potwierdził, że faktycznie na dotarcie tą drogą do wodospadów nie było szans.

W "żółtym domku" przy wejściu na szlak przekazałem im informację o problemie. Byli bardzo zdziwieni – ale ponieważ tego dnia wchodziłem na szlak jako pierwszy powiedzieli, że to nie jest wykluczone bo poprzedniego dnia intensywny deszcz padał praktycznie bez przerwy. Pracownica zawiadująca całym interesem od razu wysłała w stronę szlaku dwóch pracowników i oznaczyła w zeszycie, że wróciłem. Ciekawe co było gdybym nie wrócił – albo poszedł szlakiem dalej aż do jeziora Etang…

Wodospad Seven Sisters położony jest w stosunkowo niedużej odległości od centrum obsługi Parku Narodowego Grand Etang i samego jeziora o tej nazwie. Dotarłem tam w około pół godziny drogą, przez którą co jakiś czas ktoś przejechał – trasa wiodła z górki w związku z czym poszło to bardzo sprawnie.

Jak widać na poniższej fotce tutaj mgła już praktycznie znikła a pogoda się przejaśniła na tyle, że trudno było uwierzyć, że pół godziny wcześniej padał ulewny deszcz.

Nieco przed centrum obsługi turystów można było zobaczyć drogę prowadzącą do jeziora:

Wdałem się tutaj w krótką pogawędkę z parkowym strażnikiem, który potwierdził, że ostatnie dwa dni były bardzo deszczowe i przekazał mi, że szlaki w lesie deszczowym są możliwe do przejścia ale jest to bardzo duże wyzwanie. Wcale się przy tym nie zdziwił, że droga do Seven Sisters była zasypana – stwierdził, że na długim odcinku szlak prowadzi tam tuż przy zboczu góry i że to się zdarza od czasu do czasu.

Pomimo jego koszmarnego akcentu rozmawiało nam się fajnie (był zdziwiony, że w u nas jest teraz śnieg), a gdy usłyszał, że chciałbym zobaczyć tylko jezioro i nie zamierzam wchodzić na żadne szlaki przepuścił mnie przez "bramkę" bez biletu.

Główną drogę od jeziora oddziela kilkusetmetrowy odcinek drogi sąsiadującej z gęstym lasem:

Jezioro Grand Etang nie jest jakoś szczególnie rozległe-nie bardzo rozumiem skąd się w ogóle wziął przydomek "grand", który sugerował mi coś wielkiego. Co ciekawe, jezioro ma pochodzenie wulkaniczne (to krater wygasłego wulkanu). Niezłe wrażenie robiła mgła unosząca się nad jeziorem oraz las schodzący aż do jego brzegów:

Wokół jeziora prowadzi mało wymagający szlak okrężny, z którego w boki odchodzi kilka innych szlaków prowadzących m.in. do położonych w górach wodospadów. Aby wejść na szlak należy podejść nieco w górę do altanki:

Samo wejście na szlak wyglądało jednak mało zachęcająco i mówiąc szczerze widząc ilość błota nie miałem nawet najmniejszej ochoty go testować.

Wracając do punktu wyjścia spotkałem jeszcze raz strażnika, który akurat ku uciesze turystów karmił tutejsze małpki:

Gdy jednak podjechał busik z kolejnymi osobami, małpki przestraszyły się i uciekły do lasu…

Tą samą drogą, którą szedłem od wejście na wodospad Seven Sisters podszedłem jeszcze nieco wyżej, gdzie zlokalizowane jest centrum obsługi turystów Parku Narodowego:

Roztacza się stąd widok na okolicę –a w zasadzie przede wszystkim na gęsty las deszczowy:

Ruchem na parkingu kierował tam starszy policjant, którego poprosiłem o informację gdzie mogę liczyć na złapanie autobusu nr 6 w kierunku miasta. Przy okazji podpytałem jak najłatwiej dotrzeć do wodospadu Annadale (w końcu chciałem zobaczyć jakiś wodospad Smile ). Okazało się, że jest to stosunkowo proste – trzeba podjechać kawałek do ruin dawnego kościoła a stamtąd albo podejść już na piechotę do celu albo złapać autobus nr 7. Policjant powiedział, że zatrzyma dla mnie busa i że mogę sobie spokojnie gdzieś usiąść – zawoła mnie, gdy trzeba będzie – i dokładnie tak się stało:-) Muszę przyznać, że o miejscowych mieszkańcach na Grenadzie nie mogę powiedzieć złego słowa.

Po 10 minutach dojechałem do ruin wspomnianego kościoła, gdzie pożegnałem się z busem, prowadzącym go Kreolem oraz jakąś dziwną i bardzo głośną muzyką bliżej nieokreślonego gatunku (zapomniałem napisać, że to standardowy bonus w tutejszych busikach):

Po kościele jak widać niewiele zostało i pewnie za kilka lat zawalą się również ostatnie ściany. Obok położony jest mały cmentarz:

Moja nawigacja stwierdziła, że stąd do wodospadu Annadale jest tylko 3 km – na dodatek do pokonania w większości szosą, zatem nie czekając na następny autobus ruszyłem w trasę. Po drodze minąłem bardzo duże osuwisko, które zasypało częściowo drogę (ale była nadal przejezdna po jednym pasie), przy którym pracowali robotnicy drogowi. Wyglądało ono na bardzo świeże więc pewnie to była również pamiątka po ostatnich ulewach.

A po drodze można było zobaczyć liczne drzewa kakaowca z owocami w różnych kolorach (zielone, żółte lub czerwone). Przy jednym ze sklepików można je było obejrzeć z bliska - wyłożone były nie tylko owoce kakaowca ale również inne – a także pochodzące z nich wyroby…no i obowiązkowy rum:-)

Faktycznie wodospad Annadale okazał się być bardzo blisko. Dojście do niego wymaga zakupu biletu (ok. 5 ECS) i jest bardzo łatwe – praktycznie nie wymaga żadnego wysiłku.

Po wizycie na wodospadzie i skorzystaniu z porady miejscowego policjanta podszedłem kawałek do skrzyżowania, obok którego przejeżdżają busy do miasta, przyglądając się w międzyczasie kolejnemu drzewu kakaowca:

Bus przyjechał po ok. 10 minutach a pół godziny później byłem z powrotem w St. George's. Dopiero teraz miałem szansę się przyjrzeć miasteczku, które już na pierwszy rzut oka jest bardzo czyste i kolorowe:

Dosłownie w środku miasta pod wzgórzem, na którym położony jest fort, przechodzi tunel Sendall wybudowany jeszcze za czasów kolonialnych:

Obok niego prowadzą schody, którymi można podejść na szczyt wzgórza i obejrzeć Fort George (a w zasadzie to co z niego pozostało) oraz piękną panoramę, która się z niego roztacza – a następnie zejść na przeciwną stronę miasta – tzn. położoną po drugiej stronie tunelu. Samo wejście na teren fortu jest płatne (standardowe ok. 5 ECS). Fort w najlepszej kondycji nie jest – w zasadzie to prawie ruina. Aktualnie w tym z czego da się tam korzystać znajduje się szkoła policyjna.

Z fortu roztacza się piękna panorama na zatokę położoną po drugiej stronie tunelu Sendall, która nosi nazwę Carenage:

W przeciwnym kierunku z kolei roztaczał się widok na terminal portowy oraz nasz statek:

Warto przejść się brzegiem zatoczki. Można tu zobaczyć miejscowych rybaków, turystyczne katamarany, wielkie jachty oraz urokliwe kolorowe knajpki:

Przy promenadzie przy Carenage stoi również – jak się okazało ufundowany przez Costę pomnik Chrystusa Głebin w podziękowaniu dla mieszkańców Grenady, którzy uratowali wszystkich pasażerów włoskiego statku, który zatonął w okolicy.

Powoli wróciłem na statek – przechodząc przez obowiązkową na Karaibach mini-galerię handlową zintegrowaną z terminalem pasażerskim:

Dodam tylko, że widok ze statku po południu był zupełnie inny niż rano – chociaż chmurki pozostały, mgła znikła a słońce już całkiem nieźle przypiekało:

Podsumowując: Grenada po raz pierwszy zaliczona:-) Kolejna wizyta w tym samym miejscu za nieco ponad tydzień:-)

C.D.N.

Strony

Wyszukaj w trip4cheap