Costa Magica-Gwadelupa, Tobago, Grenada ,Barbados, St.Lucia, Martynika, Aruba, Curacao, Bonaire

72 wpisów / 0 nowych
Ostatni wpis
Strony
greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 6 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Nelcia - O Rihannie teraz już wiem ale mówiąc szczerze wcześniej nie miałem zielonego pojęcia - uświadomili mnie o tym Polacy, których poznałem na statku. Nawet mieli okazję być przed tym domem ale on nie należy już do rodziny Rihanny - został sprzedany jakiś czas temu. A na St.Lucii po lekturze kilku relacji z forum i nie tylko (również Twojej) zdecydowałem się wziąć całodniową wycieczkę ze statku i chociaż nie było to proste (pogoda), Pitony widziałem Smile Wyspa zresztą jest naprawdę nieprzeciętna i na swój sposób jedyna w swoim rodzaju.

A co do Costy to rozwijają się - jedno im wychodzi, inne nie. Akurat to show widziałem już kilka razy ale tutaj osiągnęli naprawdę wysoki poziom realizacyjny, który w połączeniu z niezłymi wykonawcami dały fajny efekt końcowy.

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 6 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

A jeśli chodzi o to coś:

...to zagadka jest rozwiązana:-) Nelcia miała rację. Mój dociekliwy kolega rozpoznał w tych muszlach ślimaka o nazwie skrzydelnik wielki. Więcej szczegółów na jego temat jest tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Skrzydelnik_wielki

Co ciekawe, umowy międzynarodowe uznały ten gatunek za zagrożony wyginięciem (co jak widać nie przeszkadza w jego odłowach na Gwadelupie) oraz zabroniły wywozu produktów wytwarzanych z tych zwierząt. Jak rozumiem, zakaz ten obejmuje również muszle - jeśli faktycznie tak jest, to turystów, którzy za kilka euro kupili je od sprzedawcy (i poradzili sobie z fetorem, o którym pisałem wcześniej), może czekać spora niespodzianka jeśli się załapią na jakąś kontrolę celną - o ile nie wyjdzie to już przy standardowym skanowaniu bagażu. Muszla jest na tyle duża, że trudno ją schować lub przeoczyć...

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Offline
Ostatnio: 11 godzin 13 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

he he czyli i na St Lucii też pokapało ? mi się strasznie te wysepka podobała ,taka jeszcze bardzo naturalna i nie skomercjalizowana  no ale nie będę uprzedzać czekam na twoje wrażenia Smile

To co mi się na Coście podobało to zawsze jak sie wypływało z portu, to towarzyszyła temu muzyka na najwyzszych pokładach . Był to albo what a wonderful world albo it's time to say goodbye/ Spotkalam sie z tym tylko na dwóch statkach, jeden należał włąsnie do Costy.. Fajne wrażenia na pożegnanie portu

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 6 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Na statkach Costy od jakiegoś czasu jest głównie "It is time to say goodbye". Ale faktycznie - praktycznie zawsze (nawet jak pada) jest muzyka na pożegnanie portu.

A co St.Lucii to jeśli powiem, że padało to tak jakbym nic nie powiedział:-) A szczegóły wkrótce:-)

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Offline
Ostatnio: 11 godzin 13 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

ooo to już mnie mega zaciekawiłes Biggrin

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 6 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Kolejny przystanek przypadł na Santa Lucii:

Santa Lucia przywitała nas porządnym deszczem:

Zresztą myślę, że jeśli napiszę, że w ciągu dnia padało 20 razy to na pewno nie przesadzę – nie liczyłem ale niewykluczone, że było tego nawet jeszcze więcej. Trwało to za każdym razem nie dłużej niż 10 minut ale intensywność niektórych opadów była taka, że nazwanie ich ulewą nie oddaje nawet w części tego, co się działo wokół:-)

Akurat na ten dzień zaplanowałem całodniową wycieczkę ze statku. Czytałem wcześniej kilka relacji z pobytów na St. Lucii w internecie i uznałem, że wyspa jest na tyle różnorodna a jednocześnie trudna do indywidualnego objechania w czasie postoju statku w porcie w Castries, że to optymalna w tym miejscu forma zwiedzania.

Nasza grupa liczyła 14 osób i miała charakter łączony angielsko-niemiecki z naprawdę rewelacyjną przewodniczką. Sabine pochodzi z Niemiec i przeniosła się na St.Lucię wiele lat temu-od kilku lat obwozi po wyspie wycieczki – głównie z Europy. Komentując na powitanie deszczową pogodę stwierdziła krótko, że nie pamięta na wyspie wizyty statku Costy, kiedy by nie padało, podczas gdy w inne dni potrafi być ładnie i słonecznie Smile Jak widać Costa przynosi St.Lucii brzydką pogodę:-)

Wycieczka składała się z dwóch części. Pierwsza z nich odbywała się małym busem, którym przemieściliśmy się ze stolicy St.Lucii – Castries do Soufriere zatrzymując się po drodze w kilku miejscach. Drogę powrotną pokonaliśmy z kolei katamaranem podróżując wzdłuż brzegu i odwiedzając po drodze kilka zatoczek. Całość trwała około 8 godzin.

Tytułem wstępu warto jeszcze wspomnieć, że St. Lucia to wyspa z jednej strony niewielka, z drugiej zaś bardzo "dzika" i nie zmieniona zbytnio przez człowieka. Jest bardzo górzysta a drogi są kręte i miejscami bardzo niebezpieczne – do tego w wielu miejscach w dość kiepskim stanie i słabo oznaczone. Jeździ się po lewej stronie i dość brawurowo – wyprzedzanie pod górkę i na zakrętach było czymś normalnym – po uprzedzeniu innych pojazdów klaksonem. Z tego między innymi powodu większość przewodników po Karaibach odradza wypożyczanie na St.Lucii samochodu – chociaż w Castries było to jak najbardziej możliwe. Poniższe zdjęcia w pewnym stopniu oddają to jak wyglądają drogi i jazda samochodem po tej wyspie:

A my tymczasem sprawnie wyjechaliśmy z Castries wyjeżdżając na wzgórze Mount Fortune górujące nad portem, mijając po drodze rezydencję gubernatora wyspy, który reprezentuje władczynię Wielkiej Brytanii:

Wyspa jest niepodległym państwem i jednocześnie członkiem Bytyjskiej Wspólnoty Narodów, jednak władza królewska nad wyspą ma charakter symboliczny. Historycznie wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk – siedmiokrotnie była w rękach Francuzów i tyle samo razy w rękach Brytyjczyków.

Z czasów kolonialnych w Castries pozostały resztki fortu, które zostały zaadaptowane na potrzeby szkół i urzędów i nie przypominają aktualnie tradycyjnego obiektu obronnego – poza niszczejącym dawnym magazynem amunicji:

Kierując się w stronę Soufriere mijaliśmy typowe wyspiarskie domki, z których część jest całkowicie drewniana a część posiada jakieś elementy betonowe – jedne i drugie muszą sobie co roku radzić z potęgą tutejszych huraganów:

Podczas pierwszego odcinka naszej podróży wielokrotnie wjeżdżaliśmy i wyjeżdżaliśmy z tutejszego lasu deszczowego, który pokrywa dużą część wyspy. Zaraz po wyjeździe z Castries droga prowadziła jednak najpierw przez liczne plantacje bananów:

Kierowca wyszukał bananowca z ledwo zawiązanymi owocami po czym usłyszeliśmy wykład na temat dojrzewania bananów, skąd się bierze ich kształt, jak kwitną oraz jak są zbierane i pakowane. Na poniższym zdjęciu na świeżo zawiązaną kiść bananów nie naciągnięto jeszcze plastikowego worka, w którym rosną one aż do zbiorów:

Przyczyna zakładania tych worków jest prozaiczna: większość bananów trafia na eksport a ich odbiorcy oczekują bananów idealnych jeśli chodzi o wygląd. Pozostawienie ich na drzewie bez osłony oznaczałoby gwarantowane skazy będące efektem działania ptaków i owadów a także stwarzało ryzyko, że w kiści bananów jakiś owad (np. pajączek) uwije sobie gniazdko i zostanie wyeksportowany do Europy czy Stanów co stanowiłoby poważne naruszenie przepisów fitosanitarnych. Co jakiś czas słychać zresztą o podobnych przypadkach (zwykle, gdy nie chodzi o małego pajączka ale jakiegoś groźnego pająka lub innego owada) co dowodzi, że nawet foliowe worki nie dają 100% ochrony przed takimi przypadkami.

Chwilę potem mogliśmy zobaczyć z góry przepiękną zatokę Marigot Bay z zacumowanymi jachtami możnych tego świata, których rezydencje położone są na zboczach wzgórz otaczających zatokę:

Z tego samego miejsca roztaczał się również piękny widok na las deszczowy:

Kierując się w stronę Soufriere, kolejny nasz postój przypadł we wiosce rybackiej Anse La Raye. Historycznie była oprócz rybactwa ośrodkiem produkcji cukru oraz rumu. Aktualnie jest popularnym celem wycieczek turystycznych, pojawiło się w niej sporo straganów i stoisk dedykowanych wyłącznie turystom, które zasłaniają tradycyjne malutkie domki tutejszych mieszkańców:

W Anse la Raye można znaleźć również pozostałości po starej zabudowie kolonialnej – np. opuszczoną plebanię obok kościoła:

…jak również zabudowę wokół głównego placu wioski:

W Anse La Raye jest również niewielka plaża – aczkolwiek służy ona bardziej jako "parking" dla łodzi niż miejsce rekreacji:

Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej i parę chwil później mogliśmy zobaczyć tę samą wioskę z góry:

Po raz pierwszy pojawiła się również możliwość zobaczenia dwóch stożkowych szczytów będących symbolem St.Lucii znanych pod nazwą Pitonów. Są one pozostałością wybuchu wulkanu, bliżej położony jest niższy Petit Piton a nieco dalej Gros Piton. Mają one odpowiednio 738 oraz 786 metrów wysokości, na niższy z nich można się wspinać w zorganizowanej grupie z miejscowym przewodnikiem. Oczywiście pierwszy widok nie był idealny ale w ogóle był (wcześniej oba Pitony były zasłonięte przez mgłę) – akurat padał deszcz…

A to trochę lepsze ujęcie:

Kolejnym celem naszej wycieczki był wulkan La Soufriere, od którego nazwę przyjęła pobliska miejscowość. Jest to jedyne w swoim rodzaju miejsce na świecie – jak nazwała to przewodniczka "wulkan drive-in", do którego krateru można wjechać samochodem. Wynika to stąd, że podczas ostatniej poważnej erupcji jedna ze ścian wulkanu się zawaliła i powstała olbrzymia kaldera z łatwym dostępem z zewnątrz:

Wulkan cały czas dymi a do tego śmierdzi siarką a raczej siarkowodorem – smród jak dla mnie nieprawdopodobny i nie zachęcający do dogłębnej eksploracji – ale być może był spotęgowany deszczem. Akurat w momencie kiedy wjechaliśmy do wulkanu rozpadała się największa tego dnia ulewa. Poczekaliśmy chwilę, aby można było zrobić kilka zdjęć wulkanicznych "dymków":

Kolejnym punktem naszej wycieczki była rezydencja Morne Cubaril Estate będąca jednocześnie przepięknym ogrodem i plantacją:

…na terenie, której położona jest również restauracja, w której zjedliśmy lunch składający się głównie z dań kreolskiej kuchni:

Dania miały niewątpliwie oryginalny smak. Mi w pamięci została sałatka bananowa Smile

Jako deser można było spróbować cukierków z kakaowca przyrządzanych na miejscu z kawałków pokrojonego owocu kakaowca oraz brązowego cukru:

Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na zwiedzanie plantacji, do której prowadziła urokliwa alejka:

Na "starcie" czekało na nas drzewo z nie dojrzałymi jeszcze owocami mango:

…oraz odtworzona wioska typowych kreolskich domków – tak lekkich, że aż dziwne, że były w stanie przetrwać jakikolwiek deszcz czy burzę o typowym dla tego regionie huraganie nawet nie wspominając:

St. Lucia znana jest również z uprawianych tutaj przypraw. Na plantacji można zobaczyć uprawę niektórych z nich, m.in. pnącza wanilii, której uprawa akurat w tym miejscu do najprostszych nie należy ze względu na fakt, że musi być zapylana ręcznie:

W dalszej części plantacji czekała na nas prezentacja a w zasadzie małe show pod tytułem "skąd się bierze czekolada"… Punktem wyjścia są owoce kakaowca:

Po otwarciu owocu można zobaczyć miękki miąższ, składający się z wielu części – jest on jednak w smaku cierpki i zupełnie nie przypomina czekolady:

Do wyodrębnionych z miąższu "pestek" należy dodać wodę kokosową oraz całość wymieszać. Nam zostało to zaprezentowane w tradycyjnej formie – w wielkim garze przez pracownika plantacji:

Następnie fasolki tudzież pestki (trudno tak naprawdę powiedzieć jak nazwać elementy miąższu kakaowca) poddawane są fermentacji a następnie suszeniu:

…po czym pozbawia się je łupiny i ubija:

To co powstaje w efekcie jak najbardziej przypomina już smak bardzo gorzkiej czekolady. Ubity półprodukt formowany jest w sztabki i odsprzedawany dalej – m.in. do producentów czekolady:

Na plantacji miałem również okazję zobaczyć jak wyglądała kiedyś produkcja cukru z trzciny cukrowej. Głównym bohaterem tego z kolei przedstawienia był mały osiołek zaprzęgnięty w kierat:

Następnie przeszliśmy obok okazałego domu właściciela plantacji:

…i zaliczyli prezentację różnego rodzaju owoców uprawianych na St.Lucci:

Muszę przyznać, że połowy nie znałem albo wydawały mi się czymś innym niż są w rzeczywistości:-) Najciekawsze były zielone, grubsze niż znane nam banany używane tutaj jako warzywo (z nich właśnie wykonana była sałatka serwowana nam w czasie lunchu) oraz papaja w wersji warzywnej.

Ostatnia część wizyty na plantacji to spotkanie z mistrzem maczety – specjalistą w otwieraniu orzechów kokosowych. Nie wiem ile orzechów otworzył ten gość ale myślę, że są to ilości idące w dziesiątki tysięcy. Jedno wprawne uderzenie i owoc jest otwarty:

Miąższ, którego można było skosztować przypomina bardzo delikatny smak wiórków kokosowych:

Podstawa to dobra pozycja i odpowiedni sprzęt:-) :

…oraz wprawne cięcie. Z otwartego orzecha wylewa się nieco mdła w smaku woda kokosowa:

…i można skosztować miąższu:

Jeśli popatrzeć na górę łupin kokosów zgromadzonych obok stanowiska pracy "otwieracza kokosów" to raczej nie ma wątpliwości, że ten człowiek musi mieć nieprawdopodobną wprawę w tym co robi:-)

W ramach ciekawostek przyrodniczych obok można było zobaczyć jak wygląda "papajowiec":-)

Tymczasem nasz pobyt na plantacji dobiegł końca – jedziemy do Soufriere, gdzie w porcie czekał już zacumowany "nasz" katamaran:

C.D.N.

Nelcia
Obrazek użytkownika Nelcia
Offline
Ostatnio: 11 godzin 13 minut temu
admin
Rejestracja: 04 wrz 2013

Fajnie było wrócic na wyspę z tobą , choćby wirtualnie.

Rzeczywiście drogi w porównaniu np z turystycznym Barbados są kiepskie.. ale ja jednak jabym miała wrócić , to zdecydowanie wybrałam St.Lucia.

A propos bananowców to odkryłam lokalny ketchup bananowy.. Good

No trip no life

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 6 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

Nelcia - przywiozłem sporo tego ketchupu:-)

Kupiłem go właśnie na St.Lucii oraz również na Grenadzie.

Swoją drogą to ciekawy wynalazek, bynajmniej nie jest słodki...

greg2014
Obrazek użytkownika greg2014
Offline
Ostatnio: 3 godziny 6 minut temu
Rejestracja: 29 lip 2017

c.d. z St.Lucii:

Na pokładzie czekała już na nas druga grupa ze statku i ruszyliśmy powoli w drogę powrotną. Soufriere pozostaje za nami:

Na katamaranie był bar zaopatrzony w odpowiedni zestaw napojów obsługiwany przez Kreolkę o typowym dla miejscowych imieniu Natasza:-) :

Jeszcze rzut oka na monumentalne Pitony od strony morza:

Po drodze minęliśmy dziesiątki mniejszych i większych plaż – niektóre z nich są dostępne wyłącznie od strony morza, inne również od strony lądu. Większość była pusta lub prawie pusta:

Po około pół godzinie rejsu oraz dwóch ulewach katamaran przybił do urokliwej plaży "Anse Cochon Beach":

W głębi było widać hotel "TI Kaye". Miejsce naprawdę urocze.

Załoganci rozłożyli schodki i praktycznie prostu z Katamaranu można było wyjść na plażę:

Na widok katamaranu od brzegu na kajakach odbiło kilku miejscowych, których łódki pełniły funkcję pływających "sklepików" – do wyboru były owoce kokosowe, różnego rodzaju muszle, lokalna biżuteria i trudno powiedzieć co jeszcze:-)

Po kolejnych 40-u minutach wyruszyliśmy dalej, by wkrótce później wpłynąć do zatoki Marigot, którą oglądaliśmy wcześniej z góry. Samo miejsce oraz znajdujące się w niej plaże są po prostu bajkowe:

Na wzgórzu widać rezydencje pomieszkujących tutaj od czasu do czasu gwiazd – m.in. Oprah Winfrey, Micka Jaggera oraz Georga Foremana:

Na dalszym odcinku w drodze powrotnej na statek, wybrzeże zaczęło się zmieniać na coraz bardziej klifowe z licznymi jaskiniami, do których dostęp często możliwy jest wyłącznie pod wodą:

To, że dopływamy do Castries można było poznać po olbrzymich zbiornikach na ropę naftową oraz paliwa (St.Lucia jest jednym z większych "magazynów" produktów ropopochodnych na Karaibach):

Tuż przed Castries na pożegnanie pojawiła się jeszcze tęcza – chyba nagroda za to, że przetrwaliśmy tyle ulew w ciągu jednego dnia:-) :

W końcu na horyzoncie pojawił się statek (a w zasadzie dwa statki bo w porcie oprócz Costa Magica był jeszcze drugi wycieczkowiec):

Ostatni rzut oka na "nasz" katamaran:

…i wycieczka zakończona. Ponieważ zostało jeszcze nieco czasu do odpłynięcia statku, poszedłem na krótki spacer po Castries, aby zobaczyć miasto. Centralne miejsce zajmuje gigantyczna w porównaniu do odwiedzonych dotychczas na Karaibach katedra katolicka:

…a niedaleko można zobaczyć najładniejszy chyba budynek w Castries czyli bibliotekę:

Niestety spacer po Castries trzeba było szybko kończyć . Na pożegnanie zaliczyłem zakupy w lokalnym sklepie, gdzie zaopatrzyłem się w tutejszy specjał – keczup bananowy:

W ramach ciekawostek warto pamiętać, że na St.Lucii przy płatności jakąkolwiek kartą trzeba mieć przy sobie dowód tożsamości – przynajmniej mi sprawdzano go za każdym razem. Polski dowód osobisty wystarczył Smile

W końcu wróciłem na statek – pora była już najwyższa – akurat składano pierwszy trap:

Z racji tego, że następnego dnia spora część pasażerów kończyła rejs w porcie na Martynice, wieczorem zorganizowano w restauracji symboliczne pożegnanie:

I w ten oto miły sposób zakończyło się całodniowe i dość intensywne spotkanie z St.Lucią. Wyspa jest naprawdę piękna i bardzo różnorodna a trasa, którą zaliczyliśmy dała szansę sporo zobaczyć. Na pewno będę teraz pamiętał skąd się bierze czekolada i jak smakuje surowy owoc kakaowca, jak się otwiera kokosy, gdzie mieszka Mick Jagger, dlaczego banany na drzewie są w foliowym worku i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy:-) W każdym razie to był bardzo miło spędzony dzień:-)

basia35
Obrazek użytkownika basia35
Offline
Ostatnio: 7 godzin 6 minut temu
Rejestracja: 24 gru 2013

Super Biggrin nic mnie tak nie wkurza ja deszcz i brak słoneczka na wycieczce. Biggrin

basia35

Strony

Wyszukaj w trip4cheap